MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Kto idzie na potępienie?



Wiele komentarzy wzbudziła niedawna wypowiedź Benedykta XVI na temat piekła. Gdy Papież przypomniał, że ono istnieje, natychmiast rozgorzała dyskusja w internecie, a włoskie media prześcigały się w przedstawianiu różnych teorii na ten temat. Tak jakby Ojciec Święty powiedział coś nowego. Tymczasem Benedykt XVI przypomniał po prostu nauczanie Kościoła na ten temat. Było to w święto Miłosierdzia Bożego. Bo wcale nie ma sprzeczności między istnieniem piekła a Bożym miłosierdziem.

Zdanie Benedykta XVI, które wywołało w świecie tak wiele kontrowersji, brzmi: "Jezus przyszedł, aby powiedzieć nam, że chce nas wszystkich widzieć w raju i że piekło, o którym mało się mówi w naszych czasach, istnieje i jest wieczne dla tych, którzy zamykają serce na Jego miłość". Komentując te słowa na łamach "Corriere della Sera", Vittorio Messori przypomniał, że obecny Papież od dłuższego czasu zajmuje się tą sprawą, a opinie o piekle i wieczystym potępieniu znaleźć można w wielu jego książkach. Katolicki pisarz i publicysta zwraca jednocześnie uwagę, że jest coś podejrzanego w często gwałtownej reakcji "świata", kiedy Kościół wyraża swoje przekonanie o istnieniu rzeczywistości, której nie może usunąć, zbyt zdecydowane i oczywiste jest bowiem stanowisko Pisma Świętego na jej temat. Na to właśnie określona kultura, zaniepokojona i niespokojna, zdaje się reagować nie ironią, lecz inwektywą - stwierdza Vittorio Messori. "Kto reaguje w ten sposób, zapomina, że Ewangelia, czyli Dobra Nowina, dlatego tak się nazywa, że głosi w Jezusie Boże przebaczenie, odkupienie, zbawienie. Piekło nie zostało stworzone przez miłosiernego Boga, lecz przez człowieka. Bóg stworzył go wolnym, nie chciał niewolników, lecz synów, nie narzuca swej obecności właśnie dlatego, że szanuje naszą samodzielność" - pisze Messori. Wiele komentarzy na ten temat pojawiło się również w internecie. "Prawdziwe piekło potrafią zrobić ludzie na ziemi. Inkwizycja, rewolucja francuska, rewolucja bolszewicka, hitleryzm i stalinizm - to było prawdziwe piekło!!!" - napisał jeden z internautów. Inny wpis: "Dlaczego mam iść do piekła - tylko dlatego że jestem nieufny i nie wierzę w słowa bez pokrycia?".

Piekło, tak zresztą jak niebo i czyściec, jest taką rzeczywistością, o której niewiele wiadomo. Poza tym, że jest. W Ewangelii czytamy: "Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony (Mk 16, 16). W innym miejscy Chrystus powie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny" (Mt 25, 41). Jak to należy rozumieć? Teologowie przekonują, że biblijne obrazy piekła oznaczają stan, w którym człowiek sam siebie skazuje na zatracenie. Jeśli Chrystus grozi nam potępieniem wiecznym, to dlatego, że nas kocha. Szanuje bowiem ludzką wolność. - Bóg nikogo nie przeznacza na potępienie. Wręcz przeciwnie: daje możliwość zbawienia wszystkim ludziom. Tylko od nas zależy, czy z tego skorzystamy. Świadomość istnienia piekła zachęca natomiast do jeszcze większej wiary w Boże miłosierdzie. Ale to wiara w miłość Boga jest najbardziej istotna.

Wiele na ten temat mówił przez cały pontyfikat także Jan Paweł II, dla którego piekło było równoznaczne z odrzuceniem Boga. "Piekło to jest sytuacja, w której znajduje się ten, kto ostatecznie odrzuca miłosierdzie Ojca, nawet w ostatniej chwili swego życia" - mówił Papież podczas jednej z katechez. Przywołuje w niej biblijne obrazy piekła, ognia i potępienia, podkreślając zarazem, że należy je właściwie tłumaczyć. "Wskazują one na całkowitą frustrację i pustkę życia bez Boga. Bardziej niż miejsce, piekło oznacza sytuację, w której znalazł się ten, kto dobrowolnie i ostatecznie oddalił się od Boga, źródła życia i radości - uczył Jan Paweł II. - Potępienia więc nie należy przypisywać inicjatywie Boga, gdyż w swojej miłosiernej miłości może On pragnąć jedynie zbawienia istot przez siebie stworzonych".

Wróćmy jeszcze. Otóż w odniesieniu do wypowiedzi Benedykta XVI włoska prasa pisze o różnych koncepcjach istnienia piekła. Najczęściej przytaczana jest przez komentatorów teza Hansa Ursa von Balthasara, że prawdopodobnie piekło jest puste. Ktoś jednak nie bez racji odpowiedział mu: "Może i jest puste, nie zmienia to jednak faktu, że właśnie ty i ja moglibyśmy pójść tam jako pierwsi" - pisze Vittorio Messori.

Jest to znany w historii Kościoła nurt tzw. nadziei powszechnego zbawienia, który zakłada zbawienie absolutnie wszystkich ludzi. Z głoszenia tej tezy znani są przede wszystkim dwaj teologowie dwudziestowieczni: Siergiej Bułgakow i Hans Urs von Balthasar. Ich zdaniem, tam, gdzie jest piekło, tam musi być Chrystus, Ratownik. I gdy człowiek zawoła: Przyjdź, Panie Jezu, On przyjdzie. Nawet po śmierci. Bo Bóg byłby nieszczęśliwy, gdyby ktoś nie został zbawiony. I właśnie tutaj nurt ten rozmija się z nauczaniem Kościoła, które głosi, że zaraz po śmierci człowiek otrzymuje zapłatę za swoje czyny, po czym idzie do nieba, czyśćca lub piekła. Wyraźne jest także na ten temat nauczanie Jana Pawła II, który pisał w "Przekroczyć próg nadziei", że "Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze". I podkreślał, że "dawne sobory odrzuciły teorię tzw. apokatastazy ostatecznej, według której świat po zniszczeniu zostanie odnowiony, a wszelkie stworzenie dostąpi zbawienia; teorię, która by znosiła piekło". Chociaż zatem nigdy Kościół nie orzekł, że ktoś został potępiony, nie pozwala też sądzić, że piekło jest - czy może być - puste. Ale pewne jest też, że miłosierdzie Boże nie zna granic. I że każdy, kto się do niego odwołuje, może liczyć na to, że Bóg go nie odrzuci. Jak mówił w objawieniach Juliannie z Norwich: -„Ale wszystko będzie dobrze. I wszystko dobrze się skończy”.

Prawda o tym, że ja mogę zmarnować swoje życie i potępić się na wieki, wzbogaca moją wiarę. Wydaje mi się bowiem, że bez tej prawdy moja wiara chrześcijańska byłaby o coś bardzo istotnego zubożona. Ewangelia uczy wyraźnie i wielokrotnie o tym, że człowiek może ściągnąć na siebie wieczne nieszczęście: "Idźcie precz, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i aniołom jego... I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego" (Mt 25,41.46).

Prawda o możliwości potępienia wiecznego przypomina mi o pewnych budzących trwogę właściwościach naszej ludzkiej natury. Chodzi tu mianowicie o tajemniczą nieodwracalność naszych czynów już tu, na ziemi. Czyny ludzkie nie są w stosunku do samego człowieka czymś tylko zewnętrznym. To nie jest tak, że mogę sobie czynić dobro lub zło zależnie od aktualnego upodobania. Czynione dobro tworzy człowieka, zło nas niszczy. To są procesy o wysokim stopniu nieodwracalności. Człowiek zakłamany nie może z dnia na dzień stać się synem prawdy, a rozpustnikowi niełatwo porzucić grzechy, a nawet jeśli to mu się udało, musi się jeszcze długo napracować, zanim się stanie człowiekiem czystym. Co więcej, możemy wejść w sytuacje - sprawiedliwości lub grzechu - które w ludzkiej perspektywie wydają się zupełnie nieodwracalne. Przez długie trwanie w dobrym lub złym nastawieniu, a niekiedy nawet przez jakiś jeden, ale szczególnie intensywny, czyn bohaterski lub zbrodniczy. Zło niszczy człowieka, niekiedy nieodwracalnie. Taka jest natura zła. Nie zarzucamy okrucieństwa Panu Bogu, jeśli ktoś skoczył z piątego piętra i złamał sobie kręgosłup. Mimo że jest to kalectwo wyjątkowo ciężkie i w zasadzie już nie do uleczenia.

Grzech, który nieodwracalnie niszczy człowieka i może mnie nawet zniszczyć zupełnie, pomaga mi zobaczyć we właściwym świetle, kim jest dla nas Jezus Chrystus i dokonane przez Niego odkupienie. Pan Jezus - dlatego że jest Bogiem - dokonał rzeczy po ludzku niemożliwej: Jego mocą możemy wyleczyć się z najcięższego nawet kalectwa, ba, możemy nawet odzyskać życie (a że ktoś umarł duchowo, łatwo poznać po tym, iż zjada go robak samolubstwa, nienawiści, nieczystości, pijaństwa, pychy, chciwości i tym podobne robactwo, którego żerowiskiem są duchowe trupy). Chrystus otworzył przed nami perspektywę zbawienia wiecznego. Proszę spróbować zrozumieć przepastny sens tej prawdy, bo na ogół się nad tym nie zastanawiamy: przecież zbawienie wieczne jest to naprawienie nieodwracalnego zepsucia, przecież jest to przywrócenie utraconego życia. My wszyscy jesteśmy grzesznikami. Grzesznikami są nawet ci spośród nas, którzy rzetelnie pracują nad sobą i nie oszczędzają się w czynieniu dobra. I oto Chrystus wyzwoli nas całkowicie od zła, mimo że w ludzkiej perspektywie jest to niemożliwe. Chrystus obdarzy nas przechodzącym wyobraźnię pięknem duchowym, będziemy nieskazitelnie czyści, przepełnieni dobrem. Nie będzie w nas nawet cienia duchowej choroby, kalectwa czy innej deformacji. Mimo że obecnie zło jest nawet w najlepszych spośród nas; nie tylko zresztą zło, również jego skutki, też w zasadzie nieodwracalne.

Niestety, mimo dokonanego odkupienia, można się zmarnować na wieki. Jednak w jakiż sposób fakt ten może rzucać cień na miłosierdzie Boże? Taka przecież jest natura zła, że niszczy ono człowieka. Jeśli chory nie przyjął Lekarza, który sam się do niego zapraszał, to czy ów Lekarz jest winny temu, że chory pogrążył się w śmierci wiecznej, gdzie "robak nie umiera, a ogień nie gaśnie?" Kto odważy się źle myśleć o Bogu, dlatego że przy końcu czasów powie do niektórych: "Idźcie precz ode Mnie!" Czy rzeczywiście Źródło Życia jest właściwym miejscem dla duchowych trupów?

Prawda o potępieniu wiecznym pomaga nam głębiej zachwycić się miłosierdziem Bożym. Popadliśmy przecież w zło, ulegliśmy wielkiej katastrofie - śmierć wieczna była sprawiedliwym losem nas wszystkich. I oto Bóg w swojej nieskończonej miłości dokonał rzeczy nieprawdopodobnej: Odwieczne Słowo stało się jednym z nas i w rodzinie ludzkiej zajaśniało Światło, mające moc przemieniać ludzi, przywracać im życie i leczyć z kalectwa.

Wszystko, co mówi nam Chrystus w Ewangelii, jest słowem miłości. Również, jeśli grozi nam potępieniem wiecznym, to dlatego, że nas kocha. Miłość zna twarde słowa, a nawet słowa groźne. Jeśli nie ma innego sposobu, żeby doprowadzić do opamiętania tego, kogo się kocha. Serce ludzkie może obrosnąć tłuszczem albo przemienić się w kamień. Może do tego stopnia utracić wrażliwość, że nie rozumie nawet moralnego i duchowego elementarza. Pan Jezus próbował dotrzeć nawet do takich serc i używał wówczas środków różnych. Potrafił w oczy powiedzieć faryzeuszom, że są plemieniem żmijowym i grobami pobielanymi, ostrzegał nas wszystkich, abyśmy sobie nie przygotowywali ognia wiecznego. Są to środki ostateczne, którymi próbował dotrzeć do zatwardziałych serc, niewrażliwych już na inne argumenty. Sięgał po nie dlatego, że nas kocha, że nie jest Mu obojętny los faryzeuszy ani los kogokolwiek.

Orygenes, wielki teolog starożytnego chrześcijaństwa (ok. 185-254), tak pisał na ten temat: "Być może jest to ogień niewidzialny. Niewidzialny ogień może rzeczywiście palić. Przecież już teraz doświadczamy wewnętrznego ognia, który nam zadaje niemało bólu". Niestety, jest to ogień straszliwy, bardziej rzeczywisty niż zwykły ogień materialny, bo wnikający nawet w duszę. Jakieś przeczucie tego ognia możemy mieć wówczas, jeśli zdarza nam się wejść w przedsionek piekła. Jeśli wyłączamy się z krwiobiegu miłości i próbujemy budować swe szczęście wbrew prawdzie i dobru. Jest to ogień straszny, bo człowiek nosi go w sobie. I słusznie mówią mistycy, że choćby potępiony znalazł się w samym środku nieba, nadal pozostanie nieszczęśnikiem, bo po prostu jest do szczęścia niezdolny.

"Bóg bowiem nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, żeby świat został przez Niego zbawiony" (J 3,17). Bóg nie przypatruje się obojętnie, którą drogą człowiek pójdzie. On gorąco chce, abyśmy wybrali drogę życia. Dlatego "cieszcie się i radujcie, bo wasze imiona zapisane są w niebie" (Łk 10,20). Trzeba tylko przylgnąć do Chrystusa i wypełniać Jego przykazania. A prawda o potępieniu wiecznym niech będzie dla nas tylko groźnym ostrzeżeniem, żeby nie zboczyć z drogi życia. Dobrze, jeśli droga na szczyt zaopatrzona jest w tablice, ostrzegające przed przepaścią.

„Dlaczego jest tak wiele sporów w kwestii życia po śmierci, duszy nieśmiertelnej? Dlaczego KK tak się upiera jeśli chodzi o dalsze istnienie człowieka po śmierci a Świadkowie Jehowi powołują się na Stary Testament który porównuje dusze do fizycznego życia”?

Katechizm Kościoła to oficjalne nauczanie. Nie jest to prezentacja poglądów jednej czy dwu osób w Kościele, które uparcie twierdzą, między innymi, o istnieniu człowieka po śmierci, lecz oficjalne nauczanie Kościoła, któremu Chrystus przekazał władzę strzeżenia i przekazywania prawdy, jej wyjaśniania. Spory i dyskusje na temat życia wiecznego wynikają z tego, że na wiele pytań odnoszących się do życia wiecznego człowieka nie znajdujemy odpowiedzi w Piśmie świętym. Kościół naucza i wyjaśnia to, co Bóg objawił w Biblii. Katechizm Kościoła podaje w syntezie całą naukę zawartą w Biblii i Tradycji Kościoła.

Zwróćmy uwagę na czyściec i ogień czyśćcowy, jako jeden ze stanów życia człowieka po śmierci. W Nowym Testamencie spotykamy tajemniczy ogień, który jest znakiem Bożej obecności. W dniu zesłania Ducha Świętego nad głowami apostołów spoczęły "języki jakby z ognia" (Dz 2,3). O zwycięskim Chrystusie Apokalipsa wspomina dwukrotnie: "oczy Jego jak płomień ognia" (1,14; 19,12). Natomiast List do Hebrajczyków po prostu powiada: "Bóg nasz jest ogniem pochłaniającym" (12,29).

Pośmiertne spotkanie z Bogiem człowiek może odczuwać na wzór zanurzenia w ogniu. Kiedy człowiek jest prawdziwie oddany Bogu, ale zarazem nie jest Mu oddany do końca, to niewyobrażalnie bliskie spotkanie z Bogiem, jakie następuje po śmierci, odczuwa zapewne jako coś jednocześnie wspaniałego i bardzo bolesnego. Wspaniałego, bo jest to rzeczywiste spotkanie z Tym, który jest samą Miłością, spotkanie z pewnością głębsze i pełniejsze niż to, jakie na tej ziemi osiągają najwięksi mistycy.

Zarazem musi to być spotkanie bardzo bolesne, bo człowiek zobaczy wówczas, jak mała jest w nim pojemność na Boga w porównaniu z tą, do której został stworzony. Człowiek zobaczy też tę część samego siebie, która rozwinęła się w fałszywym kierunku, zapragnie, aby to, co w nim niegodne życia wiecznego, zostało przez ten boski ogień spalone. Nie dająca się wyobrazić fascynacja Bogiem, który jest Miłością, obudzi w człowieku wielkie pragnienie wejścia w ten ogień, aby, bez względu na ogromny ból, oczyścić się z tego, co Boga niegodne oraz rozszerzyć się jak najwięcej, aby jak najwięcej Bogiem się napełniać.

W każdym razie doświadczenia mistyków pozwalają nam ogień czyśćcowy tak właśnie sobie wyobrażać. Św. Jan od Krzyża (+ 1591) z wrzuceniem do ognia porównywał miłość Bożą, jaka ogarnia człowieka w kontemplacji. Jest ona początkowo bardzo bolesna: dopóki nie zniszczy w człowieku tego, co powinno się spalić. W miarę jednak jak człowiek uzyskuje coraz pełniejsze podobieństwo do Boga, przebywanie w tym ogniu napawa człowieka rozkoszą, nie dającą się z niczym porównać. Św. Jan od Krzyża pisze o tym szeroko w Nocy ciemnej, zwłaszcza w rozdziałach 4-10 księgi drugiej.

Święty Jan czyni refleksję w rozdziale 10, że Miłość Boża, z chwilą kiedy człowiek się w niej znajdzie, ogarnia go mniej więcej tak, jak ogień ogarnia drewno. Na wzór drewna, które upodabnia się wówczas do ognia, człowiek upodabnia się do Boga i zostaje cały przeniknięty Jego świętą obecnością. "Ogień ogarniając drewno, najpierw je osusza. Wyrzuca zeń wilgoć i sprawia, że znajdująca się w nim woda z sykiem ucieka. Drewno pod wpływem ognia staje się czarne, ciemne i brzydkie oraz wydziela swąd. W miarę jednak osuszania, ogień coraz bardziej ogarnia drewno płomieniem i usuwa zeń wszystkie ciemne i brzydkie przypadłości, które są jego przeciwieństwem. W końcu, ogarnąwszy je od zewnątrz, rozpala je, zamienia w siebie i czyni tak pięknym jak on sam. W drewnie nie pozostaje już wtedy żaden przymiot, chyba tylko ciężar i rozmiary mniej subtelne od ognia. Przejęło ono bowiem od ognia wszystkie jego właściwości i czynności. Jest suche i osusza; jest gorące i ogrzewa; jest jasne i oświeca; jest o wiele lżejsze, niż było przedtem. Wszystkie te skutki i właściwości sprawił w drewnie ogień".

Dalej św. Jan od Krzyża napisał: "Podobnie jest z boskim ogniem miłości w kontemplacji. Zanim zjednoczy on duszę z sobą i przemieni w siebie, najpierw musi usunąć wszystkie jej właściwości, które są mu przeciwne. Wyrzuca z naszej duszy jej niedoskonałości, czyni ją czarną i ciemną, tak że wydaje się nawet gorszą, brzydszą i wstrętniejszą, niż była przedtem. To boskie oczyszczenie usuwa wszystkie złe i zgubne nawyki, których dusza przedtem nie widziała, ponieważ były one w nią wkorzenione i zbyt zastarzałe. Nie zdawała ona sobie po prostu sprawy z tego, jak wiele było w niej zła. Otóż ciemne światło boskiej kontemplacji stawia je wszystkie przed jej oczyma, w celu wydobycia ich na zewnątrz i zniszczenia, a dusza oświecona tym światłem widzi je wszystkie jasno. Oczywiście, dusza nie jest przez to mniej doskonała ani sama w sobie, ani przed Bogiem. Widząc w sobie to, czego przedtem nie widziała, czuje się tak nędzną, iż sądzi, że nie tylko nie zasługuje na Boże wejrzenie, ale jest godna wzgardy i za taką się uważa. (...)

Możemy z tego porównania poznać, w jaki sposób cierpią dusze w czyśćcu. Ogień nie zadawałby im żadnego bólu, gdyby one były wolne od niedoskonałości: to one są przyczyną ich cierpień. Niedoskonałości te są materią, której ima się ogień, kiedy zaś się skończą, ogień nie będzie już palił. Kiedy znikną niedoskonałości duszy, skończy się jej utrapienie, a pozostanie radość".

Apostoł Paweł również mówi o jakimś tajemniczym zanurzeniu w ogniu, jakie nastąpi w "dzień Pański", a więc już w wymiarze eschatologicznym: "Fundamentu nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. I tak, jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drewna, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego. Odsłoni je dzień Pański. Okaże się bowiem w ogniu, który je wypróbuje, jakie jest. Ten, którego dzieło wzniesione na fundamencie przetrwa, otrzyma zapłatę. Ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień" (1 Kor 3,11-15).

Wszelkie rozważania o naszej sytuacji pośmiertnej byłyby niezasadnionym wymądrzaniem się, gdyby nie pomagały nam w głębszym zrozumieniu naszej obecnej sytuacji wobec Boga. Również nad naturą ognia czyśćcowego warto się zastanawiać przede wszystkim dlatego, ażeby już w życiu obecnym zanurzyć się jak najwięcej w świętym ogniu Bożej obecności. Obecnie możemy znieść zaledwie odrobinę tego ognia, ale już teraz możemy doznać obu jego działań. Bo z jednej strony jest on ogniem rozkoszy, rozpalającym w nas coraz więcej miłość Bożą, z drugiej strony jest ogniem błogosławionego bólu, ogniem niszczącym tego nieprzyjaciela Bożego, który wciąż jeszcze siedzi chyba w każdym z nas.

O pierwszym działaniu tego ognia Bożej obecności pięknie powiedział św. Augustyn (+ 430), komentując słowa psalmu: "Od blasku Jego obecności rozżarzyły się węgle ogniste" (Ps 18,13). Słowa Augustyna są proste, ale mówią właściwie wszystko: "Ci, którzy już byli martwi i pozbawieni ognia dobrych pragnień oraz światła sprawiedliwości, odżyli znowu i zostali zapaleni i oświeceni" (Objaśnienie Psalmu 17,9). Czy ten Boży ogień już się we mnie pali?

Jeśli się pali, to będzie mnie oczyszczał. Orygenes, komentując tekst z Listu do Hebrajczyków (Hbr 12,29), zauważa: "Bóg trawi wprawdzie i niszczy, ale niszczy złe myśli, niszczy haniebne uczynki, niszczy grzeszne pragnienia - przez to, że przenika umysły wiernych oraz dusze, które są zdolne do przyjęcia Jego Słowa i Mądrości". "Bóg jak ogień - pisze Orygenes - trawi zło oraz wszystko, co ze zła pochodzi, a co grzesznik na postawionym już fundamencie duchowym buduje - mówiąc symbolicznie - z drewna, siana i słomy".

Niestety, tutaj właśnie leży powód wielu naszych ucieczek od Boga. Tak przywykliśmy do swojej grzeszności, że chronimy ją nieraz, jakby była największym skarbem, jakby właśnie ona była źródłem naszej osobowej tożsamości. Boimy się zbytnio zbliżać do Boga, bo czujemy podświadomie prawdę słów, że "jak wosk się rozpływa w ogniu, tak giną przed Bogiem grzesznicy" (Ps 68,3). A my - niby chcemy, żeby stary grzesznik we mnie zginął - ale zarazem boimy się, że to będzie bolało. I w ten sposób ani Bogu nie jesteśmy oddani całkowicie, ani też całkowicie od Niego nie odchodzimy.

Na temat ognia czyśćcowego pisała szwajcarska mistyczka, żyjąca w naszym XX wieku (konwertytka z protestantyzmu), Adrienne von Speyr: "Pierwszy krok przez ogień czyśćcowy, zgoła najboleśniejszy, to poznanie własnych grzechów. Nic tu nikomu nie zostaje oszczędzone, poznanie musi być całkowite, dopiero potem na jego miejsce zjawia się modlitwa, a wreszcie ulega ono wymazaniu za sprawą modlitwy wysłuchanej; poznanie wprawdzie zostaje, ale już nie boli. (...) To jedno pozostaje w ogniu czyśćcowym -- a może dopiero w nim się rodzi: modlitwa. I kiedy modlitwa już tylko powstaje przeciwko grzechowi -- grzechowi w ogóle, nie tylko własnemu, gdyż grzech ucieleśnia cierpienia Chrystusa - zostaje wysłuchana, przyjęta i staje się wyzwoleniem - nie tylko z grzechu, ale i z wszystkich jego pęt, i jest to zarazem koniec czyśćca. Droga może być wprawdzie jeszcze długa, ale drzwi tylko jedne. Modlitwa, która przed chwilą była jeszcze błaganiem, zmienia się w pieśń uwielbienia, towarzyszy duszy - oczyszczonej w ogniu - w drodze z czyśćca do nieba. Do Chrystusa żadna dusza nie dotrze inaczej niż w rozmodleniu".

A co z duszą nieśmiertelną? Już sama obserwacja życia ludzkiego naprowadza na myśl o istnieniu w człowieku duchowego elementu. Nawet prosta obserwacja pokazuje, że człowiek to nie tylko ciało. Wśród spostrzeżeń, które przekonują, że nasze istnienie nie wyczerpuje się w samej tylko cielesności można wymienić następujące:

- człowiek ma świadomość siebie (choć ciało wciąż się zmienia, to przez całe życie mamy poczucie własnego "ja")

- zauważam, że ja myślę, chcę czegoś, przeżywam;

- noszę w sobie różne pojęcia (idee), które nie mogą być materialne, np. mam wyobrażenie słonia, przez co wcale nie ważę więcej;

- potrafię tworzyć, wyobrażać sobie coś;

- posiadam wiedzę, przechowuję w sobie ten materiał w sposób duchowy, a więc i w "miejscu" duchowym;

- mam takie pojęcia, jak prawda, dobro, honor, godność - materialnie nie sposób tego wytłumaczyć;

- zauważam w sobie życie wewnętrzne, doświadczam przeżyć religijnych, wchodzę w relację z Bogiem.

- Człowiek wytwarza szeroko rozumianą kulturę, realizuje pomysły wymyślone przez ducha, ma poetyckie wzloty, odczuwa radość;

- wreszcie głos sumienia (w skrajnych wypadkach może być bardzo nikły), który potrafi bardzo silnie wpływać na nasze postępowanie.

Pismo św. mówi więcej - dusza jest nieśmiertelna.

Oznacza to, że...

1. Istnieje w człowieku duchowy element. Zwiemy go duszą. W Księdze Rodzaju czytamy o tchnieniu życia, które otrzymaliśmy od Boga wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. (zob. Rdz 2,7) W Katechizmie Kościoła Katolickiego znajdujemy takie słowa: "Pojęcie dusza często oznacza w Piśmie świętym życie ludzkie lub całą osobę ludzką. Oznacza także to wszystko, co w człowieku jest najbardziej wewnętrzne i najwartościowsze; to, co sprawia, że człowiek jest w sposób najbardziej szczególny obrazem Boga: "dusza" oznacza zasadę duchową w człowieku." (KKK 363) Wyrażenie "duch", o którym pisze św. Paweł (1 Tes 5, 23), oznacza posiadane przez człowieka ukierunkowanie ku nadprzyrodzoności. Natomiast określenie "dusza" mówi o uzdolnieniu do tego, by była w darmowy sposób podniesiona do komunii z Bogiem. (zob. KKK 367)

Oznacza to, że...

2. Dusza ma swój początek. Jak ciało "otrzymujemy" od rodziców, tak każda dusza jest zawsze bezpośrednio stwarzana przez Boga. Przedtem nie istniała. Historia duszy ma swój początek w momencie poczęcia. Dusza nie jest "produktem" rodziców. (zob. KKK 366)

Oznacza to, że...

3. Dusza jest tą "częścią" człowieka, poprzez którą zachowuje świadomość siebie, kiedy pokonuje próg śmierci. Dusza nie ma końca, nigdy nie przestanie istnieć.

Kiedy "człowiek umiera" następuje rozdział duszy i ciała. Ciało może się spokojnie rozkładać, czekając na paruzję. Wtedy ponownie połączy się z duszą. (zob. Rz 8,11)

Dusza natomiast trwa nadal. Zachowuje świadomość istnienia. Ponosi konsekwencje postępowania człowieka (w chwale Boga lub z dala od Niego: zmartwychwstanie życia lub zmartwychwstanie potępienia - J 5,28-29. Zob. też KKK 997-1001). Będzie istniała zawsze. Do ostatecznego zmartwychwstania - bez ciała. Potem, po ponownym połączeniu wspólnie z ciałem uwielbionym. Ciało po powszechnym zmartwychwstaniu będzie to samo, ale nie takie samo. Św. Paweł używa na ciało po zmartwychwstaniu takich określeń, jak: niezniszczalne, chwalebne, mocne, duchowe (zob. 1 Kor 15, 35-53). Nie ma mowy o tym, aby dusza robiła jakieś wycieczki po innych ciałach. Każda dusza ma tylko jedno ciało, które jest tylko tej duszy przypisane. (por. KKK 366)

Pamięć o tym, że istnieje coś takiego jak dusza, która będzie ponosić odpowiedzialność za czyny człowieka, prowadzi niektórych ludzi do spychania na margines myśl o samym Bogu. Boją się, że kiedyś przyjdzie im zdać sprawę z życia i ponieść konsekwencje swoich czynów. Innym daję pociechę i siły do znoszenia wielu niesprawiedliwości. Jeszcze innym, poprzez żywy kontakt z Bogiem, pozwala żyć po części już tą rzeczywistością, którą On nam przygotował w wieczności. Wszystkim zaś, ciągłość istnienia duszy może rodzić motywację do pracy nad sobą oraz przygotowywania się na spotkanie z wiecznością, z Bogiem w prawdzie. Świadomość istnienia duszy może również pomóc w kształtowaniu właściwego stosunku do sakramentu spowiedzi. Ujawnia też wartość spowiedzi, która jest pomocą w dobrym przygotowaniu duszy na spotkanie z Panem oraz pomaga utrzymać duszę w odpowiednim stanie. Jezus Chrystus zachęca do roztropności: "Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle." (Mt 10,28)



Liczba wyświetleń strony: 9444002 * Liczba gości online: 25 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC