MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Dialog



Człowiek musi mówić, aby żyć w pełni, odczuwać smak życia i więź z innymi. O osobie, która potrafi mówić i chętnie rozmawia z innymi mówimy, że jest osobą „otwartą”, w przeciwnym wypadku mówimy, że jest osobą „zamkniętą”. Słuchanie prawdziwe i głębokie jest zawsze wyrazem miłości. Niekiedy osoby żyjące w Zakonie mówią, że nie ma nikogo, kto mógłby je wysłuchać i chciał zrozumieć. Dlatego: „nie mam czasu, nie jestem w stanie ci pomóc, nie znam się na tym, idź do spowiednika, w czym widzisz problem, po co taką osobą się przejmujesz” itd. Kiedy zamiera we wspólnocie słowo, umiera także miłość: życzliwość, dobroć, zaufanie, szczerość. Codzienna rozmowa osób żyjących razem jest bardzo ważna - warunkuje ona bowiem w pewnym stopniu dobrą modlitwę. Bóg objawia siebie poprzez słowo. Również i człowiek ukazuje czym żyje, co dla niego jest ważne - właśnie przez słowo.

Słowo we wspólnocie może być wyrazem: akceptacji, miłości, przebaczenia, szacunku. Nie można dobrze żyć bez relacji z innymi osobami. Ta potrzeba relacji, wręcz konieczność więzi, rośnie w człowieku wraz z jego rozwojem. Jeśli człowiek nie dojrzewa, nie rozwija się prawidłowo, to może mieć problem w tym, a by wejść w uporządkowane relacje z innymi osobami. Wartość dialogu między osobami zależy, między innymi, od stopnia ich dojrzałości emocjonalnej. Każdy posiada swoje problemy, wartości, uczucia, emocje, doświadczenia, którymi chciałby się podzielić w dialogu z drugim. Rozmawiać z drugim, to okazywać mu szacunek, o ile rozmowa ta nie jest wymuszona lub konieczna. W obecnych czasach rozmawiamy coraz bardziej powierzchownie, brak mówienia głębokiego. Gdy rozmawiamy ze sobą z własnej woli, to dlatego, że chcemy się do siebie przybliżyć, zmniejszyć dystans, jaki nas dzieli.

Trzeba dążyć do tego, by nasze rozmawianie było mówieniem czegoś, co jest znaczące. Gdy człowiek wypowiada słowa wyprute z treści i przeżycia, może tracić więź z innymi, sprawia, że inni od niego odchodzą. Mówienie o sobie sprawia, że jaśniej widzimy własne problemy. To, co jest wypowiedziane, opowiedziane, wyniesione na światło przez słowo jest bliższe rozwiązania, gdyż wiele problemów rodzi się w głowie, to znaczy w sposobie widzenia rzeczy. Wypowiedzenie siebie dokonuje się w dialogu z kimś, do kogo mamy zaufanie i przed kim możemy otworzyć własny świat intymny. Kto nie potrafi otwierać się w klimacie dialogu skazuje się na pozostanie nieznanym nie tylko innym, lecz także sobie samemu. To, co zostaje wypowiedziane, staje się inne niż było wcześniej, gdyż inny stał się ten, kto je wypowiedział. Dostrzega on i odczuwa poczucie wolności po zwierzeniu się drugiemu człowiekowi.

Nic z naszych przeżyć nie ginie, wszystko jest zarejestrowane w naszej psychice i naszym zachowaniu. Nosimy w sobie naszą przeszłość z jej doświadczeniami. Jedną z podstawowych potrzeb ludzkich jest więc mówienie, mówienie o sobie wobec drugiego człowieka. Potrzebny jest jednak ktoś, kto słucha, kto miałby czas i chęć wysłuchania. W przeciwnym wypadku potrzeba mówienia zostaje sfrustrowana i prowadzi do samotności i smutku. Prawie nikt nie uczy sztuki słuchania, wysłuchiwania innych.

Słuchać, to dać pierwszeństwo drugiemu, stworzyć dla niego miejsce w sobie i oddać się jemu szczerze do dyspozycji. Jest to gościnność w tym sensie, że ten co mówi zostaje przyjęty jak we własnym domu. W słuchaniu zachodzi nie tylko brzmienie głosu, lecz cały ruch w kierunku rozmówcy, jego przekazu, jego sposobu myślenia, jego uczuć i emocji. Słuchanie jest zawsze kontaktem na poziomie głębi. Jest sztuką, ponieważ jest aktem obecności prawdziwej, cierpliwej, uważnej i wrażliwej na drugą osobę. Gdy pomyślimy o osobach z którymi w życiu czuliśmy się najlepiej, to okaże się, że były to osoby, wobec których mogliśmy się zwierzać, czuliśmy się wolni, bez poczucia zagrożenia i z potrzebą szczerości, która dawała nam odczucie wielkiego wyzwalania się.

Prawdziwe słuchanie pozwala szukającemu pomocy w uspokojeniu się i wewnętrznym odprężeniu. Pozwala ono na wypowiedzenie się do końca i dotarcie do tego, co najbardziej ukrywane w człowieku. Gdy spotkam człowieka, który prawdziwie mnie słucha, pozwala mi on na uświadomienie sobie takich spraw we mnie, które są zamglone, przeszkadzające i ciężkie.

Mówienie o sobie na głos, jest czymś wprowadzającym pokój, gdyż spada we mnie napięcie tak, iż jestem w stanie unieść problemy i konflikty, jakie w sobie noszę. Nazywanie przeżyć powoduje ogromny przypływ energii życia, gdyż ten sam ciężar niesie się już we dwoje, a równocześnie wzrasta w człowieku odwaga pójścia dalej.

W dialogu trzeba umieć słuchać tak, aby być zdolnym zrozumieć, nie zatrzymując się na samych słowach i sformułowaniach. Trzeba chcieć i uczyć się docierać do wewnętrznego świata swojego rozmówcy. Należy umieć wysłuchać pogodnie, spokojnie tego, co mówi o sprawach intymnych, sprawach o których nigdy nikomu nie mówił. Nie należy uznać je za banalne, znane, lub nic nie wnoszące, nie odkrywcze, gdyż dla mojego rozmówcy są one ważne, przeżywane z dużym niejednokrotnie napięciem, w jaki sposób i w jakim stopniu zostanie przeze mnie zrozumiany. Nie wolno się niczemu dziwić lub dramatyzować jeszcze bardzie trudną sytuację.

Słuchanie wymaga „zapomnienia o sobie”, o swoich problemach, przekraczania własnych napięć i zmęczenia. Potrzeba również świadomości tego, jakie uczucia we mnie się rodzą, gdy słucham takich zwierzeń. Może zaistnieć potrzeba pokonania ewentualnych uprzedzeń i antypatii. Wymagana jest wielka cierpliwość. Cierpliwość w dialogu, w życiu z drugim człowiekiem we wspólnocie zakonnej ma większe znaczenie i pożytek, niż wszelkie porady, jakich można mu udzielić.

Co jest fundamentem dobrego dialogu, a tym samym podstawą twórczego życia z innymi? Pełne zaufanie do osoby, która w jakiejkolwiek sprawie zwraca się do mnie, rozumiem ją - usiłując wczuć się w jej problemy, pozytywna i ciepła akceptacja osoby, osobista szczerość i przejrzystość.

Pełne zaufanie do osoby z którą prowadzę dialog. Okazuję szacunek osobie; staram się towarzyszyć jej w tym, czego ona szuka. Nie lekceważę tego, czego nie rozumie, albo też, czemu się opiera. Zaufanie rodzi się na bazie szacunku. Ufa i darzy szacunkiem ten, kto kocha szczerze i bezinteresownie. Ważne jest nie wynoszenie się ponad mojego rozmówcę, nie osądzam go, nie dominuję nad nim, nie upokarzam, nie zniechęcam. Niezbędne jest dostrzeżenie i docenienie tego, co w moim rozmówcy najlepsze.

Rozumienie połączone z wczuwaniem się w świat przeżyć drugiej osoby. Widzę świat takim, jakim widzi go druga osoba.

Akceptacja człowieka. Dotyczy ona całej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości człowieka, jego sposobu życia, wyrażania się, bez okazania jakiejkolwiek niechęci, czy też wystawiania pospiesznego ocen jego życiu. Akceptacja jest tam, gdzie ma miejsce zainteresowanie się osobą, szacunek okazywany dobrymi, lecz nie przesadnymi gestami dobroci.

Szczerość i przejrzystość. Rzecz w tym, by nie udawać, nie zakładać masek, nie przyjmować postawy przesadnej troski, a równocześnie bez tanich kompromisów i dyplomacji.

Wejście w wewnętrzny świat drugiego człowieka zakłada rezygnację z dziwienia się czemukolwiek, rezygnację z osądzania go. Zakłada ono cierpliwość, zainteresowanie się całą osobą i jej światem wewnętrznym, zakłada też usposobienie optymistyczne i pogodne. Potrzeba przyjąć człowieka jakim teraz jest. Gdy go nie przyjmiemy, człowiek ten nie pozwoli nam wejść głębiej w swój świat wewnętrzny, zamykając go bardzo szybko.

Chcieć drugiego człowieka uczynić na własny obraz i podobieństwo nie jest dobrym pomysłem. Prawdziwy dialog, właściwa troska o rozwój całościowy drugiego człowieka zakłada pragnienie, aby drugi człowiek żył i był szczęśliwy na swój sposób, według niepowtarzalnego zamysłu Boga w nim. Potrzeba wierzyć w możliwość przemiany człowieka i jego rozwój. Uszanować człowieka, oznacza zrezygnowanie z manipulowania nim, z nacisku i przyśpieszania rozwoju. Należy odczytywać emocje zawarte w słowach, które wypowiada mój rozmówca dlatego, by „czuć” z nim i odkryć subiektywne znaczenie jego doświadczenia.

Życie człowieka, jego życie duchowe dokonuje się w dialogu i przez dialog. Ci, którzy chcą rozmawiać zarówno z Bogiem, jak i z człowiekiem chcą być prowadzeni, otwarci są na przyjmowanie, szukają tego, co lepsze. Prowadzenie, przewodniczenie dokonuje się jako bezpośrednia odpowiedź na pytania tej osoby, która szuka porady. Doświadczamy niejednokrotnie życia w wewnętrznym chaosie. Nosimy w sobie mnóstwo sprzecznych myśli, pragnień, motywacji. Podstawowym odczuciem wielu osób, które szukają Boga, jest poczucie rozdarcia. Jesteśmy pociągani z jednej strony przez pragnienie Boga, a z drugiej przez to, co Jemu się sprzeciwia. Chcemy kochać, lecz w żaden sposób nie pozwalamy, by ktokolwiek naruszył nasze dobra osobiste. Pragniemy się modlić, lecz równocześnie mieć w miarę pełną orientację w tym, czym żyją inni. Wrzucić święte słowo, propozycję dotyczącą życia duchowego w ten chaos, byłoby raczej bezcelowe.

Jedną z pierwszych spraw, jakie należałoby uczynić, to opowiedzieć o swoim samopoczuciu, opisać komuś swój chaos. Odsłonić swoje myśli, pragnienia, uczucia, namiętności, pokusy – wszystko, co kłębi się we mnie i straszy w umyśle i sercu. Czy chcę i potrafię mówić o swoim wewnętrznym chaosie? To jest punkt wyjścia, z którego wyruszamy nowego dnia, drogą życia duchowego. Nie wszystkich stać na taką szczerość. Niektórzy ukrywają to, co najbardziej „kompromitujące”, najbardziej upokarzające, ponieważ nie chcą, aby ta osoba odpowiedzialna za mnie wiedziała, jakim jestem naprawdę. Ta nieszczerość wypływa najczęściej z lęku przed byciem osądzonym. Potrzeba wiele cierpliwości. Nigdy nie wolno „wymagać” całkowitej otwartości od drugiej osoby. W miarę jak będę wzrastał w zaufaniu do innych, będzie też postępował w wewnętrznym otwarciu się. Są osoby, które nie mogą być otwarte dlatego, ponieważ brak im znajomości siebie, albo dlatego, że są zablokowane. Wówczas ważne jest zachowanie cierpliwości. Zablokowanemu człowiekowi nie pomożemy mówieniem o tym, że powinien się bardziej otworzyć, ale pilnie go słuchając, możemy w końcu pomóc mu wypowiedzieć odpowiednie słowa.

Słuchać zamiast osądzać. Czymś najważniejszym i najtrudniejszym zarazem, jest właśnie słuchanie. Słuchać, nie osądzając ani negatywnie, ani pozytywnie. Dojrzałe życie duchowe charakteryzuje umiejętność przyjmowania każdego w pewnej postawie „zerowej”, nie wypływającej z obojętności na drugą osobę, ale z zaufania Bogu. Człowiek nie szuka przede wszystkim pocieszenia od drugiego, ale chce zaistnieć takim, jaki jest i jako taki chce być akceptowany. Odkryć siebie przed inną osobą, to niebywałe ryzyko. Wiele osób czuje, że są brzydcy, nieczyści, nędzni. Kiedy w końcu nabiorą odwagi, aby pokazać swą nagość – i przełamią swoją nieśmiałość, dzieje się to z dużym drżeniem: czy ktoś nie będzie zaszokowany, czy nadal będzie mnie akceptował, gdy wyjawię to, co we mnie jest, czy będzie chciał ze mną rozmawiać? Można pójść dalej i rozwijać się, jeśli wyruszy się z tego punktu, w jakim się obecnie stoi Nie można odejść od swoich słabych stron czy uwolnić się od złych przywiązań, jeśli wpierw nie będzie się przyjętym, jakim się jest – podobnie jak nie można dać tego, czego się nigdy nie posiadało. Wiele osób woła o pomoc i faktycznie jej potrzebują, aby móc zmienić swoje życie, dojrzeć i rozwijać się, ale rozwój zawsze musi wypływać z przyjęcia człowieka takim, jakim on w tej chwili jest.

Każdy człowiek tęskni za tym, aby pokazać się przed drugim człowiekiem w blaskach i cieniach, by być przyjętym bez względu na to, jakie jest jego dotychczasowe doświadczenie, charakter, sposób myślenia, umiejętność czy ich brak w określonych sprawach. „przyjmujcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przyjął was – ku chwale Boga” (Rz 15, 7). Zatem przyjmowanie innych jest Bogu na chwałę. Jeśli zaś reagujemy zdziwieniem, irytacją, niechęcią, kiedy ktoś w zaufaniu odkrywa siebie, to może tylko potwierdzamy złe mniemanie danej osoby, jakie ona ma o sobie: że nie będzie zaakceptowana, ani nie może zostać zaakceptowana. Brak akceptacji ze strony innych niejednokrotnie doświadcza się, jako brak akceptacji ze strony samego Boga. Czy bowiem w takiej sytuacji nie zaczyna szwankować przede wszystkim modlitwa? Ludzie, którzy są nie akceptowani przez najbliższych, mają poważne problemy z modlitwą. Stąd, tak wielka jest nasza odpowiedzialność za tych, które nam powierzają tajemnice swojego wnętrza. Trzeba nauczyć się odróżniać własną osobę od zadania, jakie mi powierzono. Jako osoba, pozostanę kimś, kto ma określone braki, ale równocześnie będąc człowiekiem, któremu została powierzona określona misja, staję w imię Pana: by pocieszać, zachęcać, podnosić na duchu, odkrywać i pokazywać dobro, jakie jest w braciach, szczerze i otwarcie mówić o sprawach niepokojących, a nawet bolesnych.

Jeśli nie doświadczamy, że jesteśmy akceptowani przez Boga z takim uposażeniem, jakie zdobyliśmy już w życiu, będzie wówczas bardzo trudno, a nawet może stać się to niemożliwe, zaakceptować siebie. Czyż akceptacja nie jest innym, albo jednym z wielu określeń miłości, a tym samym dojrzałości, jaka jest udziałem człowieka?. Akceptacja jest punktem wyjścia w drodze duchowej. Kiedy człowiek naprawdę jest zadowolony z tego, kim jest, dopiero wówczas jest zjednoczony z Bogiem. Niektórzy, zadowolenie z siebie traktują jako pychę, coś niestosownego i niedopuszczalnego w życiu zakonnym. Jesteśmy wzajemnie odpowiedzialni za to, by podprowadzać innych pod uznanie i przyjęcie samych siebie. Dobrze jest być tym, który siebie samego szanuje i cieszy się tym, czym został przez Boga obdarowany. Należy odkrywać i pokazywać możliwości, jakie są w innych. Ważną jest rzeczą, by dać im odczuć, że polegam na nich, darzę ich zaufaniem, mogą na mnie liczyć.

Akceptacja nie powinna niczego wykluczać. Muszą w niej znaleźć swoje miejsce blaski i cienie. Nie znaczy to, że akceptuje się błędy. Jednak na tym etapie nie czas jeszcze na odróżnianie dobra o zła. Pozwolić drugiemu zaistnieć, gdyż jeśli od razu go oceniamy, wypominamy mu to, czego w nim nie ma. Gra, kamuflowanie się, ucieczka od prawdy, maksymalna skrytość, brak opowiadania się z pewnych spraw jest między innymi konsekwencją tego, że wykluczam z życia innych, w punkcie wyjścia określone zachowania, postawy, czy błędy. Gdy wiemy, co jest problemem kogoś, kto żyje obok mnie, mogę mu pomóc. Gdy go oceniam, nie będzie mi ufał i moje działanie wobec niego będzie nieskuteczne. Mamy skłonność do natychmiastowego udzielania rad. Budowanie życia duchowego musi opierać się na pokorze, a pokorą jest całkowita akceptacja prawdy o sobie w blaskach i cieniach. Jeżeli jesteśmy zdziwieni tym, co odkrywają wobec nas inni i mamy trudności, by uznać, ile zła może się kryć w człowieku, to dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że nie znamy samych siebie i nie przeżyliśmy głębokiego spotkania z Bogiem. Święci nigdy nie mają trudności w rozumieniu grzeszności swoich braci. Ten, który był i który jest Najświętszy, nigdy nie osądził żadnego człowieka szczerze wyznającego przed Nim swoje grzechy.

Słuchać, to coś więcej niż milczeć. Nie wystarczy intencja, aby pozwolić się drugiej osobie wypowiedzieć, a samemu milczeć za wszelką cenę. Jednak u osoby, która w głębi serca krytykuje i osądza swojego brata, milczenie zewnętrzne jest kłamstwem, które mocno przeszkadza osobie zwierzającej się. Okazywanie zrozumienia, które naprawdę nie istnieje, nie przyniesie dobra. Jesteśmy w stanie odczuć, gdy ktoś nas akceptuje, lub gdy stosuje wobec nas metodę uników, zmierzających do nie narażenia się. Postawa chłodnej neutralności, również nie pomaga. Przerywanie komuś wypowiedzi, a równocześnie skierowanie pod jego adresem słów pełnych wyrzutów i osądzających go, nie wniesie w spotkanie nic dobrego. Również źle uczynimy, gdy wypowiadamy słowa pocieszenia, usprawiedliwiając go i wybielając. Gdy ktoś pokazuje swoje problemy, przerwać i zacząć pocieszać, mówiąc, że może nie jest tak źle, nie doprowadzi do głębszego wyzwolenia. Będziemy mieli do czynienia z osobą sfrustrowaną, nie mogącą się do końca wypowiedzieć. Blokujemy także możliwość wejścia głębiej tam, gdzie człowiek ten wie, że jest szanowany niezależnie od tego, co czyni i jak postępuje. Słowa usprawiedliwiające z naszej strony utrzymują go na tym poziomie, na którym ma wrażenie, że musi być dobry, cierpliwy, pracowity, uczynny, zawsze dyspozycyjny, aby był kochany. Nie możemy tworzyć takiej świadomości. Mogę kochać ciebie tylko wtedy, kiedy tych błędów nie będziesz popełniał, albo też, poradzisz sobie z tymi problemami, które teraz przeżywasz.

Bóg nie mówi: „Kocham cię dlatego, że ty Mnie kochasz”, albo: „Kocham cię dlatego, ponieważ już nie grzeszysz”. Bóg mówi: „Kocham cię”. Nasza skłonność do wypowiadania słów pociechy, do usprawiedliwiania może nauczyć nas czegoś o nas samych. Ta skłonność wypływa prawdopodobnie z tego, że sami nie odpoczywamy w miłości Bożej, ale nadal uważamy, że musimy sobie na nią zasłużyć. Jeśli sami poznaliśmy Bożą miłość, nie myślimy wcale o tym, żeby próbować przekonać inną osobę, że nie jest z nią tak źle. Jakkolwiek źle by z nią nie było, to i tak dla Boga to nie jest przeszkodą, aby ją kochać. Nie można przekazywać miłości, samej nie będąc w niej jakoś zakotwiczonym, osadzonym. Słuchanie człowieka w pewnych sytuacjach, jest modlitwą. Punktem wyjścia do słuchania jest pewność bycia kochanym, cokolwiek by się działo. Jedyny grzech, dla którego nie ma odpuszczenia, to „nie chcieć” tego odpuszczenia. Naszym zadaniem, jako osób wierzących Bogu, jest potwierdzanie, że: zaufanie, ufność, zawierzenie Bożej miłości, to są możliwości obecne w człowieku, i naszą misją jest wyzwolenie tych zdolności, zarówno z siebie, jak i z innych. Słuchanie jest ucieleśnieniem miłości Boga, która nie tylko nie sądzi, ale kocha człowieka, jakim on jest.

Rozpoznać podstawową tęsknotę serca drugiej osoby. To, co sobie uświadamiamy i o czym potrafimy mówić, jest małym fragmentem tego, co jeszcze możemy. Człowiek obok mnie żyjący, mówi o tym, co sam rozumie ze swojego życia. Wiele zaś spraw nadal pozostaje w ukryciu. Jeśli zwracamy uwagę jedynie na to, co ktoś mówi, możemy pozwolić na wprowadzenie się w błąd. Istnieje konieczność uczenia się słuchania tego, czego ktoś drugi nie mówi. Coś, co w wypowiedzi danej osoby wygląda ładnie, może w rzeczywistości być wstrętne.

Tęsknimy za Bogiem, lecz bywa tak, iż szukamy Go w niewłaściwych miejscach, pomimo tego, że wiemy gdzie Go szukać powinniśmy, aby znaleźć. Jeśli człowiek przestał być świadomy swojej podstawowej tęsknoty, jeżeli zapomniał, że cała jego istota jest tęsknotą za Bogiem, to zdesperowany poszukuje czegoś innego, co może wypełnić tę przepaść. Rzuca się na wszystko, co znajdzie na swojej drodze. Nasza podstawowa tęsknota może być rozbita na tysiące małych pragnień, ponieważ zwracamy się ku różnym namiastkom, zamiast szukać tego jednego. Tęsknota za Bogiem „z całego swego serca i ze wszystkich sił”, może doprowadzić do jedności w człowieku. Nie znaczy to, że każde pragnienie, którego bezpośrednim obiektem nie jest sam Bóg, jest złe. Chodzi o to, by pragnienia nasze były skupione w podstawowym pragnieniu. Błąd jest w tym, że pragnienia chodzą własnymi drogami.

Nie należy również być bezkrytycznym wobec tego, co ktoś mówi o swoich pragnieniach. Należy poza nimi odkrywać jego podstawową tęsknotę, która zawsze jest tęsknotą za miłością, bezgraniczną miłością - tęsknotą za Bogiem. Jeżeli jest wiele różnorodnych pragnień, to jest w tym zakamuflowany wyraz tęsknoty za bezgraniczną miłością. Im bardziej podstawowa potrzeba miłości w człowieku jest udręczona, tym łatwiej rzuca się na wszelkie jej namiastki. To, że jesteśmy niekiedy bardzo bezradni, że nie wytrzymujemy uporządkowanego, jednolitego życia, że przez cały czas musi się coś dziać, ma swoją przyczynę w tej głębokiej frustracji. Gdy brakuje wielkiej miłości, bo Bóg gdzieś zniknął, to nic innego nie pozostaje, jak tylko szukanie czegoś, co mogłoby zapełnić tę pustkę. Wówczas niezwykle ważnym będzie znalezienie w drugim kogoś, kto odkrył wielką miłość i potrafi też coś z niej przekazać.

Nie jest dobrą rzeczą zachęcać innych zbyt wcześnie, do wyrzeczenia się swoich, niektórych pragnień. Bez miłości do Boga, niebezpieczne jest poddawanie się surowym praktykom ascetycznym. Prowadzić walkę przeciwko pragnieniom, to jest zakamuflowaną próbą zaspokojenia swego życiowego pragnienia miłości. To pociąga za sobą ryzyko, że równocześnie człowiek stłumi swoją podstawową potrzebę. Ta potrzeba zacznie szukać dla siebie nowych wyjść. Zbyt wczesna asceza krzywi (krzywdzi) człowieka. Jeśli wysiłek skupia się wyłącznie na wyrzeczeniu, zaparciu się siebie, odrzucaniu, a nie przyjmowaniu, życie kapłańskie, zakonne może mieć bardzo surowe oblicze, zamiast oblicza miłości. Surowość, zamiast miłości. A przecież człowiek jest stworzony do uścisku miłości.

Dla osób, które odkryły miłość, wyrzeczenie jest sprawą oczywistą. Ono już nie jest mówieniem „nie” wobec czegoś, co jest pociągające, ale mówieniem „tak” temu, co pociąga jeszcze bardziej – jest wybieraniem tego, co najlepsze, preferowaniem miłości. Kryterium stanowi radość. Jeżeli wyrzeczenie czy asceza przekracza znacznie miarę miłości, jaką się już osiągnęło, konsekwencją będzie prawdopodobnie smutek, depresja, poczucie, że życie jest szare. Małe wyrzeczenie może przypominać o tym, że wybrało się Boga, że nie należy się już do siebie. Wyrzeczenie zharmonizowane z miłością, które nie wybiega zbytnio naprzód ani nie pozostaje za bardzo w tyle, prowadzi do radości. Nie mamy zapierać się prawdziwego człowieka, ale fałszywego, żyjącego w nas. W zdrowej relacji miłości jest nie do pomyślenia, by jednostronnie tylko dawać albo tylko brać. Wzajemność jest zawsze współdziałaniem pomiędzy tymi dwoma składnikami miłości. Nie jest czymś złym być szczęśliwym, radosnym. Bóg stworzył nas do szczęścia. Dajemy, aby móc przyjmować, przyjmujemy, aby móc dawać. Tylko miłość ma moc stwórczą. Potrzeba kochać ludzi. Potrzeba kochać tych, którzy nam się zwierzają. Jeżeli przeżywamy trudności z niektórymi osobami, to potrzeba modlić się o większą miłość. Nasze międzyludzkie relacje wskazują na to, że miłość między nami wzrasta, kiedy ma miejsce wzajemne przebaczenie.



Liczba wyświetleń strony: 10077480 * Liczba gości online: 32 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC