MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Liturgia Słowa



„Cóż to za rozmowy prowadzicie ze sobą w drodze?” „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”. Dwóch mężczyzn już nie patrzy na siebie, ale w oczy dziwnego człowieka, który do nich dołączył. Wreszcie spotkali kogoś, kto słucha, kogoś, kto chce słuchać słów pełnych zawodu, smutku, wyrażających całkowite zagubienie. Wydaje się, są takie chwile w życiu zakonnym, że nic nie ma sensu. Ale przecież lepiej jest powiedzieć to wszystko obcemu człowiekowi (w drodze do mojego Emaus, w którym poznam Pana po łamaniu chleba), niż powtarzać sobie nawzajem znane fakty. To, co zaczął im mówić nieznajomy, było im znane, a jednak brzmiało tak, jakby to słyszeli po raz pierwszy. Kiedy do nich mówił rozumieli, że ich skromne życie, było częścią wielkiej tajemnicy. Jezus nie powiedział im, że nie mieli powodów do smutku. Powiedział im, że ich smutek był częścią większego smutku, w którym ukryta była radość. Jezus nie powiedział im, że opłakiwana przez nich śmierć nie była prawdziwa. Powiedział, że była ona wstępem do nowego życia – życia prawdziwego. Jezus nie zaprzeczył, że utracili przyjaciela, który dał im nową odwagę i nową nadzieję, ale powiedział im, że ta strata stanie się drogą do nowej przyjaźni, jakiej nigdy nie doświadczyli.

Ten, który się przyłączył do uczniów idących do Emaus był zdecydowanym, bezpośrednim i niesentymentalnym. W tym, co mówił, nie było łatwego pocieszenia. Wydawało się, że przełamywał ich żal prawdą, której być może woleliby nie usłyszeć. Dla niektórych nieustanne użalanie się jest przyjemniejsze niż konfrontacja z rzeczywistością. Jezus rozbił ich obronne pozycje i wezwał ich do przekroczenia ograniczeń swoich umysłów i serc. Powiedział – „O nierozumni”. „Jak nieskore są wasze serca do wierzenia”. Słowo „nierozumni” obraża i powoduje, że przyjmujemy postawę obronną. Ale może nas to słowo otworzyć, rozbić lęk i nieśmiałość. Ten, który obraża, może otworzyć umysł i serce na to, przed czym się bronię. Jest to sygnał do wewnętrznego przebudzenia się i otwarcia oczu. Oni zatrzymali się przed przeszkodą, nie zdając sobie sprawy, że znalazła się ona przed nimi po to, aby wskazać im właściwą drogę. Przeszkoda może być po to, aby człowiekowi wskazać drogę. Skarżyli się z powodu swoich strat, nie rozumiejąc przy tym, że ponieśli je po to, aby możliwe było dla nich przyjęcie życia prawdziwego, a nie ciągnięcie pozornego. Jezus nazwał ich „nierozumnymi”, aby otworzyć im oczy. Jest w tym zachęta do zawierzenia. Oni nie wierzyli, że ich doświadczenie było czymś więcej niż doświadczeniem straty. (Gdy słuchamy niektórych osób, mówią jedynie o stratach, jakie ponieśli w życiu zakonnym. „Kto nie wyrzeka się wszystkiego (kto nie chce tracić wszystkiego), co posiada, nie może być Moim uczniem). Oni nie wyobrażali sobie, że można było zrobić coś innego, niż wrócić do domu i do dawnego sposobu życia. „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia”.

Nie bierzemy pod uwagę, że istnieje większy świat od naszego. Serca mamy nieskore do przekraczania własnych żalów i nieskore do odkrycia przez nasze żale, nowych możliwości dla nas. Nasze serca bywają nieskore do wzniesienia się ponad ból i zobaczenia go, jako małej części, długiego procesu uzdrawiania nas samych. Powolność może być czymś szkodliwym. Możemy pozwolić się uwięzić naszym własnym żalom i ograniczeniom. Kto otworzy nam oczy, skoro jesteśmy krótkowzroczni i bardzo głusi? Trzeba chcieć zobaczyć, co jest poza naszym polem widzenia i poza naszym polem słyszenia. Potrzeba, by ktoś przyczynił się do tego, aby nasze serca zaczęły pałać.

Gdy uczestniczymy w Liturgii słowa, możemy odkryć Jezusa, że jest z nami w naszym smutku. Te słowa, które słyszymy, oprócz tego, że nas informują, pouczają czy inspirują, przede wszystkim jednak sprawiają, że Jezus jest obecny wśród nas. Obecność Jezusa podczas Eucharystii jest przede wszystkim obecnością przez Słowo. Bez tej obecności poprzez Słowo nie będziemy w stanie rozpoznać Jego obecności przy łamaniu chleba. Na liturgii też przeważnie czekamy na to, aby Słowo Boże nas informowało. Nie oczekujemy od niego, by nas zaskakiwało czy poruszało. Tragedia polega na tym, że w ten sposób słowa tracą swoją sakralną jakość. Słowo Boga ma wymiar sakramentalny. Jest ono słowem świętym i czyni obecnym to, co oznacza. Kiedy Jezus mówił na drodze do dwóch smutnych wędrowców i wyjaśniał im Pisma, ich serca zaczęły płonąć. Oznacza to, że przez Słowo, doświadczali Jego obecności. Bóg powiedział „Niech się stanie światło i stało się światło”. Dla Boga mówienie oznacza stwarzanie. Kiedy mówimy, że Słowo Boże jest święte, to znaczy, że przepełnione jest obecnością Boga. Ta Jego obecność przez słowo, przemieniła smutek wędrujących w radość, a płacz, w radosny taniec. Myślimy często o słowie, jako o wezwaniu do odejścia i do przemiany naszego życia. Tymczasem cała moc słowa leży nie w tym, jak my je zastosujemy w naszym życiu po usłyszeniu go, ale w jego mocy przemieniającej, która dokonuje swojego dzieła w chwili, gdy go słuchamy.

W momencie słuchania przez nas Słowa, Bóg staje się obecny i uzdrawia. Słowo Boga nie jest słowem, które powinniśmy wprowadzać w nasze codzienne życie później. Jest to słowo uzdrawiające nas poprzez słuchanie go tu i teraz. Gdy ktoś mówi do nas: „kocham cię” albo „nienawidzę cię”, to nie przekazuje mi w tych słowach zwykłej wiadomości. Te słowa czegoś we mnie dokonują. One poruszają moją krew, moje serce zaczyna inaczej bić, a mój oddech ulega przyspieszeniu. One sprawiają, że mój sposób odczuwania zmienia się. One zmieniają mój sposób bycia, pozwalają mi rozumieć siebie samego. Te słowa mają siłę uzdrawiania mnie albo niszczenia. Bez słowa, które ma moc zapalić nasze serca, nie możemy uczynić innego, jak wrócić do domu i pogodzić się z faktem, że nic się nie zmieni. Bez słowa nasze życie nie ma wielkiej wartości, jest pozbawione żywotności i energii. Bez Słowa Bożego nasze indywidualnie przeżywane bóle i troski mogą zgasić Ducha i uczynić nas ofiarami zgorzknienia i rozżalenia. Potrzebujemy zatem słowa głoszonego i wyjaśnianego przez kogoś, kto dołączy do nas w naszej wędrówce i da nam poznać swoją obecność – rozpoznaną w naszych pałających sercach. Ta obecność daje nam siłę, by oderwać się od naszych zranionych serc i przyjąć postawę pełną wdzięczności. Wtedy możemy zaprosić do naszego domu, wnętrza kogoś, kto sprawił, że nasze serca zaczęły płonąć.



Liczba wyświetleń strony: 10034306 * Liczba gości online: 14 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC