MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Panie zmiłuj się nad nami



Czy nie jesteśmy zagubieni? Czy nasz ból nie moglibyśmy sprowadzić do jednego słowa oddającego jego przyczynę - strata? Straciliśmy ta wiele. Niekiedy wydaje się, że całe nasze życie jest pasmem nieustannych strat. Straty są częścią naszego zwyczajnego życia. Spróbujmy wymienić niektóre: utrata czyjejś bliskości, utrata bezpieczeństwa, utrata niewinności, utrata przyjaciół, utrata miłości, utrata marzeń. Wydawało się nam, że podobamy się innym, że jesteśmy szczerze kochani przez najbliższe osoby we wspólnocie zakonnej. Marzeniem naszym było i jest życie pełne służby i poświęcenia dla innych. Oczekiwaniem naszym było to, aby wszystkim przebaczać, troszczyć się o Siostry we wspólnocie i być pełnymi życzliwości osobami. Lecz przyszła taka chwila, kiedy uświadamiamy sobie, że utraciliśmy własne marzenia. Staliśmy się osobami nadwrażliwymi, lękliwymi, trzymającymi się kurczowo czegoś, co i tak nie daje poczucia spełnienia, ani wymiernej satysfakcji. Tracimy ducha, a do tego tak trudno się przyznać.

Tracimy wiarę, a może i przekonanie, że nasze życie zakonne ma sens. Przez pewien czas dajemy sobie radę ze stratami, a nawet udaje się z nimi jakoś żyć, gdyż przeżywamy je jako przynaglenie, w celu zbliżenia się do Boga. Lecz z czasem, to, co nam kiedyś pomagało: Msza św., spowiedź, życie we wspólnocie zakonnej utraciło swoje znaczenie. Kiedyś Jezus wydawał się taki bliski, a modlitwa nieustannie doświadczanym pocieszeniem. Teraz coś się zmieniło. Nie chcemy spędzać czasu przed Najświętszym Sakramentem. Nie czujemy, aby Pan był obecny. Przychodzimy na Eucharystię z sercem złamanym wieloma stratami, nie tylko własnymi. Podobnie jak dwaj uczniowie idący do Emaus mówimy: „A myśmy się spodziewali...”, ale utraciliśmy nadzieję. Nasze głowy nie są już podniesione do góry, nie patrzymy przed siebie, ale ze zwieszonymi głowami wpatrujemy się w ziemię.

Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie: czy nasze straty wywołują w nas uczucie rozgoryczenia czy wdzięczność? Rozżalenie jest bardzo realnym wyborem. Wiele osób je wybiera. Seria strat łatwo wywołuje rozczarowanie, złość, zgorzknienie i coraz większe rozżalenie. Im bardziej się starzejemy, tym mocniej odczuwamy pokusę by powiedzieć: „Życie mnie oszukało. Nie ma dla mnie przyszłości, nie ma żadnej nadziei”. Rozżalenie jest jedną z najbardziej niszczących sił w naszym życiu. Gniew prowadzi do zatwardziałości serca. Rozżalenie może tak dalece stać się sposobem na życie, że przenika ludzkie uczucia, czyny, a my nie mamy świadomości, co się z nami dzieje. Pomyślmy, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby w sercu nie było rozżalenia? Przywykliśmy mówić o ludziach, których nie lubimy, rozmyślać o wydarzeniach, które przyczyniły się do mojego cierpienia, albo zachowywać się podejrzliwie, nieufnie i bać się wielu osób ze swojego otoczenia. Jak by to było, gdybym niczego nie żałował, albo nie miał się kogo czepiać? W sercu jest wiele miejsc, w którym ukrywamy rozgoryczenie. Czy możemy się od niego uwolnić? Czy rzeczywiście tego chcemy? Co bym zrobił bez mojego rozgoryczenia? Było tyle chwil w moim życiu, że wręcz je w sobie wzmacniałem. Snujemy plany: kogo w ciągu dnia unikać, kogo nie chcę spotkać, z kim nie chcę dzisiaj rozmawiać. I z tego , między innymi, zbudowane są nasze dni i lata.

Tak wiele rozżalenia jest w zgromadzeniach zakonnych sióstr, we wspólnotach kapłańskich, w Kościele katolickim. Eucharystia pokazuje inne rozwiązanie: możliwość wyboru nie rozżalenia, ale wdzięczności. Opłakiwanie naszych strat jest pierwszym krokiem oddalającym rozżalenie i prowadzącym ku wdzięczności. Gdy straciłem (poczucie godności, niewinność, dobre imię), płakałem; gdy płakałem, odczuwałem, że Bóg płacze ze mną, płacze nade mną. Łzy goryczy mogą skruszyć twardość serca i otworzyć na powiedzenie Bogu „dziękuję”. Eucharystia, to przecież „dziękczynienie”. Sprawowanie jej i życie nią ma związek z uczuciem wdzięczności. Życie na sposób eucharystyczny, to przeżywanie życia jako daru, za który jestem wdzięczny. Przez opłakiwanie naszych strat rozpoznajemy życie jako dar. Piękno i wartość życia jest związane z jego kruchością i śmiertelnością.

Na początku każdej Mszy św., błagamy słowami: „Panie, zmiłuj się nad nami”. To ważne, by wołaniu o miłosierdzie Boże towarzyszyła świadomość, że jesteśmy związani z tym, co utraciliśmy. Oskarżanie Boga, Sióstr, Zgromadzenia zakonnego za nasze nieszczęścia nie oddaje do końca prawdy o tym, kim my jesteśmy. Jeśli weźmiemy odpowiedzialność za własne cierpienie, którego nie byliśmy bezpośrednią przyczyną, obwinianie zmienia się w potwierdzenie, że i my mamy swój udział w słabości innych. Słabość człowieka nie jest tragicznym przeznaczeniem, a my nie jesteśmy ofiarami tego przeznaczenia, ale owocem naszego wyboru, w którym powiedzieliśmy „nie” miłości. Uczniowie idący do Emaus byli smutni, ponieważ stracili kogoś, w kim złożyli swoją nadzieję, ale byli też świadomi tego, że to ich przywódcy Go ukrzyżowali. Ich żal miał związek ze złem, które mogli rozpoznać obecne w swoim sercu.

Nasz udział w Eucharystii wymaga, byśmy żyjąc w Kościele, Zgromadzeniu brali współodpowiedzialność za otaczające nas zło. Jeśli będziemy jedynie narzekali na innych, jak ciężko jest nam żyć, nie dojrzejemy do skruchy serca. Skrucha może się pojawić jedynie w sercu skruszonym. Jeśli nasze straty widzimy jako zwykłe przeznaczenie, to nasze sukcesy, osiągnięcia są dziełem czystego przypadku. Nasze straty są równie ważne, jak nasze osiągnięcia. Przeznaczenie nie prowadzi do skruchy, a szczęśliwy traf nie prowadzi do postawy wdzięczności. Konflikty w naszym osobistym życiu, ale i konflikty we wspólnocie są naszymi wspólnymi konfliktami. Biorąc za nie odpowiedzialność możemy je przezwyciężyć, to znaczy: wybierając życie bez gniewu, urazy, wypełnione życzliwością, dobrocią, zrozumieniem.

„Panie, zmiłuj się nad nami” musi płynąć z serca skruszonego. W przeciwieństwie do serca zatwardziałego, serce skruszone nie jest sercem obwiniającym, lecz przyznającym się do własnego udziału w grzeszności wspólnoty, zgromadzenia, Kościoła i świata. Twardy i wysuszony grunt, nie przyjmie w siebie wodę. Natomiast, gdy pokruszymy ziemię swoimi rękami i ponownie wylejemy na nią wodę, będzie ona w stanie ją przyjąć. Gdy rozpoczynamy Eucharystię ze skruszonym sercem, jest ono otwarte na przyjęcie wody Bożej łaski.

Żaden z naszych grzechów nie może być uznany, bez równoczesnego uznania łaski, która jest nam proponowana. Żadna strata nie może być opłakiwana bez jakiegoś przeczucia, że znajdziemy dzięki niej, a nawet w niej – nowe życie. Niektóre osoby we wspólnotach zakonnych zdają się mówić: „Mamy niezmienne charaktery i wieloletnie złe nawyki; jest w nas zazdrość i rozżalenie, chwile gniewu”. Jeśli jednak wsłuchamy się w głosy na dnie naszego serca, to oprócz sceptycyzmu, niekiedy cynizmu jest w nim tęsknota za miłością, jednością i wspólnotą. A w tym wszystkim pojawia się głos: „Wystarczy ci mojej łaski”. Żeby to odkryć, potrzebujemy szczególnego towarzystwa, jak uczniowie idący do Emaus.



Liczba wyświetleń strony: 10034302 * Liczba gości online: 14 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC