MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Patrzeć w Oblicze Jezusa



Trędowaty stając przez Jezusem patrzy na Jego Oblicze. Patrzenie z miłością najgłębiej wyraża tajemnicę serca. Spojrzeniem powiemy więcej o naszych pragnieniach niż kunsztownie dobieranymi słowami. Pragnienia nas opisują, nasze wnętrze, subtelne marzenia i nadzieje. Nie istniejemy, nie oddychamy bez wielkich i małych pragnień. Niesiemy w sobie radosną nadzieję będąc wypełnionymi pragnieniami Bożego Serca. Muszą zostać one wydobyte na zewnątrz nas w jeden zasadniczy sposób, przez kontemplację. Potrzeba na kogoś patrzeć z miłością. Pojawia się naturalna potrzeba zmiany kierunku naszego patrzenia z siebie na kogoś kochanego. Gdy przestajemy nieustannie wpatrywać się w samych siebie, co jest równoznaczne z ciągłym „lizaniem własnych ran”, powoli i bardzo nieśmiało napływają nowe, ożywiające nas piękne odczucia. Szybko „rozlewa się” w umyśle, sercu i ciele nowa energia do życia, zapał pozbawiony widzenia przeszkód, którymi tyranizował lęk.

Trędowaty widząc Jezusa z daleka dokonał wyboru. Patrzenie jest pociągające, przyciągające do osoby, na którą patrzymy. W taki sposób ktoś drugi zamieszkuje w naszym sercu, przechodząc przez wyobraźnię znajduje porozumienie z naszymi emocjami. Kontemplacja jest do zamieszkania w naszym sercu tego, na którego patrzymy z miłością, tęsknotą i oczekiwaniem. Patrząc na Pana odczuwamy, że jest nam bliski. Zawsze takim był. Brak odwagi w patrzeniu sprowadza sytuację chorobową. Gdy zabraknie kontemplacji, wtedy wszystko, co w nas dobre, szlachetne i mądre poddaje się sile rozpraszającej. Odczuwamy narastającą słabość i odczucie pustki. Gdy patrzymy na Pana poznajemy, że w Nim zamieszkujemy.

Niezwykłe staje się nasze doświadczenie domu. On jest schronieniem, On poczuciem bezpieczeństwa, pokojem i ciszą, łagodnością i zrozumieniem. Dla kogoś jesteśmy ważni na zawsze. Patrząc na Jezusa przyjmujemy Jego moc w podejmowaniu decyzji. Trędowaty z daleka zobaczył. Odległości w naszej relacji do Boga to sprawa względna. Odczucie, że jesteśmy daleko jest jedynie naszym subiektywnym doświadczeniem. Bóg zawsze jest blisko. Nie możemy żyć bez „patrzenia” na Jezusa, bez „przysłuchiwania się” Jemu, bez „przeżywania” Jego Osoby. Nie ma w nas życia, gdy nie kochamy. Potrzebujemy świadomości tego, jak ważne jest „patrzenie z miłością”. Ono winno wyrażać nas, nasze wnętrze: lęk i zagubienie, radość i uwielbienie.

Są chwile, w których wszystkie, znane nam dotychczas sposoby radzenia sobie z problemami tracą na znaczeniu. Poza jednym, systematycznie przez nas pomijanym – patrzeniem na Jezusa i dążeniem w Jego kierunku, jak Piotr na falach jeziora Galilejskiego. Dopóki szedł w stronę Mistrza i patrzył na Niego utrzymywał się na wodzie, gdy skierował swój wzrok pod nogi patrząc z przerażeniem, po czym idzie, zaczął tonąć. Przeżywanie czystości możemy porównać do „chodzenia po wodzie”.

Gdy patrzymy na Pana, będąc w stanie wewnętrznego zbrudzenia, trądu duszy, odkrywamy w sobie nową energię umożliwiającą przyjście, zbliżenie się do Niego. Biegniemy w stronę wypełnienia Jego pragnień, jak Maryja po Zwiastowaniu anielskim „pełna łaski i Ducha Świętego”. Czyż patrzenie na Pana nie jest przyjmowaniem mocy Ducha Świętego? Przeżyć uzdrowienie, to uwolnić się z diabelskiej izolacji polegającej na zamknięciu się w sobie i narzekaniu na własną nieczystość. Konieczne jest wyjście poza obszar, jaki inni nam stworzyli uznając, że z nas już nic nie będzie. A może jest tak, że sami sobie wmawiamy, że nas nikt nie oczekuje, nie kocha i nie potrzebuje? Tymc co pozwala powrócić do wspólnoty ludzkiej, jest patrzenie na Pana, który nigdy ze mnie nie zrezygnował. Miłość nie rezygnuje, nie podaje się zwątpieniu.

Patrzenie na Jezusa przywraca upragniony pokój serca. W tym pokoju możemy wybrać wszystko, czym nasze serce dotychczas nie żyło. Równocześnie uświadamiamy sobie, że będąc trędowatymi przed Bogiem nie możemy zbliżyć się do Niego, nie będąc przez Niego przywołanymi. Jako nieczysty mogę być powołany przez Jezusa do życia w czystości. Jezus wyraża swój dar oczyszczenia przez ciepły gest wyciągniętej ręki nad człowiekiem pokrytym trądem. Ręka Jego stała się na podobieństwo namiotu pasterskiego rozpiętego nad nieczystym, aby uwierzył, że Bóg wszystko może.

Przez brak czułych spojrzeń, ciepłych gestów, przyjaznego dotyku stajemy się ludźmi nieczystymi. To nas tworzy, co daje poczucie bezpieczeństwa, odczucie pokoju, co jest wyraźnym znakiem akceptacji dla nas i naszego życia. Błogosławieństwo dla nieczystego, od którego uciekano omijając z daleka, którego się obawiano. Niewątpliwie jest ono wyrazem przywracania go wspólnocie. Trzeba patrzeć w oblicze Jezusa, pozwolić się Jemu błogosławić, żeby powrócić do wspólnoty i być jej błogosławieństwem. Kontemplacja Oblicza Jezusa prowadzi do odczucia, że jesteśmy kochani bez żadnych warunków wstępnych i bez żadnych ograniczeń. Taka świadomość jest fundamentem, na którym możemy budować nasze życie w czystości. Miłość Jezusa nie wprowadzi nigdy w doświadczenie opuszczenia, zdrady, odrzucenia czy zerwania z nami więzi. Przeświadczenie o Bożej miłości uwalnia od lęku i obawy o własną przyszłość. „Czystość jest owocem kontemplacji oblicza Boga, na co dzień/…/ Mądre rozeznanie tego, kim jestem, co mnie stanowi, złączone z coraz pełniejszym poznawaniem siebie, musi stać się moim chlebem powszednim” (M. Kożuch).

Poznając Jezusa przez kontemplację Jego oblicza, poznaję Jego serce, a to jest miłość. Wpatrywanie się w Oblicze, jest kontemplacją tej miłości, jaką Jezus ma do nas. Poznając Boga przestajemy się obawiać Jego samego i naszej przyszłości. Wtedy nie tyle skupiamy się na czymś, co mogłoby nas zaniepokoić, lecz na miłowaniu Pana. Miłość chroni od złego. Ten stan ducha sprawia, że nie pojawia się zainteresowanie pokusą, która przychodzi i usiłuje w nas „zamieszkać”. Doświadczenie miłości Jezusa i pragnienie odpowiadania sprawia, że nie jesteśmy zainteresowani pomysłami i obrazami, jakie usiłuje wprowadzić pokusa w naszą wrażliwość. Nie znajdują one „siły przebicia”. Nie wnoszą, bowiem smaku większego od tego, jaki zrodził się w nas pod wpływem kontemplacji i wyłaniającej się z niej miłości.

Należy odkryć to, że dobrze się czujemy, wpatrując się w Oblicze Pana. „Panie, dobrze nam tu być”. Doświadczamy, że naszym powołaniem nie jest na miejscu pierwszym rozwiązywanie mnóstwa problemów, jakie rodzą się każdego dnia, lecz kontemplacja, która wielu problemom wynikającym z działania złego ducha, nie pozwala w nas zaistnieć. Zaangażowanie się nadmierne w rozstrzyganie codziennych spraw powoduje, że nasze serce staje się obce dla Boga. Kontemplacja przenosi nasze zainteresowanie z tego, co jest dążeniem do bycia ważnym, bycia efektownym, posiadającym władzę, na obszar tego, co jest miłowaniem Boga, troską o bliźniego, życie przebaczeniem, przyzwolenie na „przepasanie nas i poprowadzenie tam” gdzie zamierzył Pan.

Ważne jest to, byśmy przez kontemplację poczuli się dobrze ze sobą i z Bogiem. Poczuć, że jestem u siebie, to wejść w doświadczenie bezpieczeństwa, jakie daje mi Bóg, dla zachowania przeze mnie czystości. On jest gwarantem mojego bezpieczeństwa, On jest tarczą za którą się chronię. Dlatego przyzwalam na „przepasanie mnie i prowadzenie”. W tym zawiera się również tajemnica Jego pocieszania człowieka. Z takiego pocieszania rodzi się moc i siła do zanurzania się w czystości, którą jest sam Pan.

Codzienne wpatrywanie się w Oblicze Ojca uwalnia od przerażenia się złem, jakie nas zewsząd otacza. Postrzeganie zła bez posiadanego zaplecza w postaci modlitwy kontemplacyjnej sprawia, że ulegamy przerażeniu i przekonaniu, co do jego wszechobecności. Pragnienie przebywania w obecności Boga „wygrywa” z pragnieniami nieczystymi. Stąd wsłuchiwanie się w głos Boży, patrzenie w Boże piękno wyrażane choćby w ikonach, pomaga smakować w tym, co zaspokoi umysł i wszystkie zmysły człowieka. Nie należy skupiać się na obawach, które na każdego przyjść muszą. Należy je traktować jako jeden z czynników wzmacniających naszego ducha w stawaniu się czystymi. Niezwykłe jest to, aby w swoim myśleniu ulec przeświadczeniu, że i „szatan nosi kamienie na budowę świątyni”, naszej świątyni ducha.

Związek człowieka z Bogiem jest naturalny. Gdy człowiek traci związek z Bogiem, traci najwięcej. Prawdziwa otchłań zaczyna się od utraty więzi z Bogiem. Nie zauważamy straty największej – brak obecności Boga. Kto traci Boga, traci wszystko. To jest piekło. Człowiek nosi to wszystko. W człowieku jest niebo i w człowieku jest piekło. Nosimy w sobie niebo lub piekło. Życie bez Boga jest piekłem w człowieku. Największa strata jest w tym, że nie widzi się straty, własnych strat.

Jeśli nie przyjmuje Boga do swojego życia jako Ojca, wtedy w jego życiu pojawia się smutek. Uciekamy w to, co ludzkie, nie wchodząc w relację z Bogiem. Gdzieś człowiek musi się przytulić. Nieosiągalna jest do końca jedność z człowiekiem. Człowiek bez Boga jest śmiercią. Cokolwiek bez Niego robi, to źle. „Beze mnie nic nie możecie uczynić”. Głód Boga w nas, jest największym głodem, jaki nosimy w sobie, Człowiek nie może się zlać z Bogiem. Człowiek jest bardzo bezradny. Jedyne rozwiązanie jest w Chrystusie, gdyż Bóg stał się człowiekiem. W Nim łączy się maksymalna więź z Ojcem. Nigdy nie opuścił łona Ojca. Ten, który jest na łonie Ojca, o Nim pouczył. On wtulony w Ojca. Z drugiej strony jest człowiekiem. Nikt tak nie rozumie człowieka, jak Chrystus. Bo wziął na siebie nasze grzechy, nasze smutki.

Najpiękniejszą duchowością jest droga dziecięctwa duchowego. Być jak dziecko, jak niemowlę. Ja nie muszę wykonywać ćwiczeń, ale wtulić się w Boga, w ramiona Ojca. Nie muszę zasługiwać, a by On mnie kochał. Całkowita ufność w Jego dobroć. Musimy być nieustannie na łonie Ojca. Wychodząc od swojej depresji można znaleźć Boga.

Patrząc na oblicze Jezusa należy pozwolić ogarnąć się Jego uczuciami, zarówno swój umysł, serce jak i ciało. Odczuwanie bliskości Jezusa prowadzi do radości Nim w naszym ciele. Zauważamy, że tym, co utrudnia nam dostęp do Niego jest wstyd i poczucie winy. Uczynki nasze są dobre i złe, lecz my jesteśmy dobrymi ludźmi. Nie dowierzamy temu, że jesteśmy dobrzy i kochani przez Boga. Powstrzymuje nas przed tym lęk wobec osób, od których byliśmy i jesteśmy zależni. Bywa tak, że ciągle się kogoś lękamy, a przez to zamykamy się na nich. Takie postępowanie stało się mechanizmem ujawniającym się w relacji do Boga. Zamykanie się we własnych uczuciach, we własnym ciele, prowadzi do napięcia, bolesnego skurczu. Żyjemy tak, jakbyśmy innych za naszą obecność przepraszali. Zachowujemy się tak, jakbyśmy potrzebowali zgody na to, jacy jesteśmy.

Myśl o Jezusie wprowadza spokój. Był wolny od ludzkich spojrzeń, myślenia, ocen, jakie wystawiali. Każdy człowiek był Mu bratem. Również ten, który wydał Go na śmierć krzyżową, w którego serce wypełnione było nienawiścią. Jezus miał wielką niechęć do układów, znajomości, utrzymywania relacji jedynie z tymi, którzy przez innych byli uważani za godnych szacunku. Całe nasze myślenie i przeżycia znajdują swoje odniesienie do ciała. Ciało jest niszczone złym myśleniem o sobie i rzeczywistości otaczającej. Niszczą je uczucia, którym dajemy prawo obywatelstwa. W tak utrapionym i poranionym ciele trudno doświadczyć czułej miłości Jezusa. Patrząc na Niego w ikonie, w tabernakulum, wiszącego na krzyżu, w obrazach Ewangelii zaczynamy odczuwać, że nadeszła chwila uwolnienia nas przez Niego z krępujących więzów. Patrzenie na Pana umożliwia widzenie szerzej, głębiej i dalej tego wszystkiego, czym dotychczas żyliśmy. Odczuwamy spływający na nas powiew wolności. Patrzenie umożliwia widzenie i odczuwanie i życie w tym, co dla człowieka nie jest możliwe, ale nie dla Boga. „Dla Boga wszystko jest możliwe”. Nie jest rzeczą możliwą stąpanie po wodzie bez wpatrywania się w oblicze Jezusa i podążania w Jego stronę. Żyć w czystości serca, to chodzić „po wodzie”. Kontemplacja (miłosne wpatrywanie się w oblicze Pana) jest dla człowieka źródłem życia w czystości.

Po wielu latach błądzenia możliwy jest powrót do Boga, czas na zmiany. Konieczna jest decyzja spotkania się z Jezusem takimi, jakimi jesteśmy. Odczytajmy na nowo słowa Jego: „Nie lękaj się, Ja jestem z tobą”. Jezus chce nam dać nowe serce i nowego ducha, a także nowe myślenie, odczuwanie i nowe ciało. Miłość Boża przemienia serce wypełnione strachem i niedowierzaniem w serce kochające i pełne ufności. Kim jestem, bym mógł pragnąć i oczekiwać takiej przemiany? Jaka jest moja tożsamość? Moją tożsamością jest dziecięctwo Boże. Ono ułatwia przyjmowanie zarówno radości jak i bólu. W nim jesteśmy zdolni do przyjmowania pochwał uznania, ale i słów krytyki a nawet „odrzucenia i podeptania przez ludzi”. Jesteśmy zanurzeni i zakorzenieni poza tym, co ludzie o nas myślą i mówią, a także poza tym, co nam czynią. Jeśli jest pochwała, wielbimy Pana za to, co czyni w nas i przez nas. Jeśli jest krytyka szukamy prawdy i uczymy się odczuwania Boga we wrażliwości tych, którzy ją kierują pod naszym adresem.

Jesteśmy własnością Boga, Jego dziećmi, przyjaciółmi, uczniami, braćmi i siostrami. Otaczanie się ludźmi, którzy wspierają w nas rozwój dziecięctwa Bożego jest równoznaczne z troską o życie w czystości serca. Serce czyste jest w Bogu. Nie oznacza to, iż będzie wolne od pokus, które przychodzą wraz z pochwalą lub krytyką. Pojawiające się pochwały nie odnosimy do siebie, ponieważ one są uwielbieniem Boga i Jego chwałą. Doświadczenie krytyki przeżywamy z Jezusem, ponieważ nie należymy do samych siebie. To, co nas spotyka jako dzieci Boga, spotyka również Ojca. Przeżywanie wszystkiego w Nim, z Nim i dla Niego jest aktem nieustannej modlitwy. Jego bliskość chroni przed popadnięciem w zniechęcenie i chęć ucieczki od Boga i ludzi.

Przeżywanie uznania i krytyki w osamotnieniu sprawia, że ludzie mają nad nami władzę. Jesteśmy podatni na manipulację. Nie dają nam oni tego, co daje Bóg. Czujmy się zawiedzeni i oszukani. W takiej sytuacji również jesteśmy w stanie doświadczyć, że jedynie Bóg daje nam pełne poczucie bezpieczeństwa tam, gdzie człowiek nie może dotrzeć w naszym wnętrzu.

Istotną sprawą jest to, by nie pozwolić się zdominować ludziom i ich problemom. Uznanie, że pewne osoby są niezbędne w naszym życiu, że one są warunkiem naszego dobrego samopoczucia i ułatwieniem w realizacji zleconych nam zadań, wskazuje na to, że nie jesteśmy naprawdę wolnymi. Otaczamy się tymi, którzy dają nam akceptację, okazują podziw i zrozumienie. Jest to sytuacja stąpania po „cienkim lodzie”. Człowiek jest bardzo zmienny w swoich poglądach i odczuciach na osoby najbliższe. Ich ocena nie powinna stanowić dla nas zasadniczego odniesienia. Podstawą do oceny przeżywanego przez nas czasu może być jedynie ten, który jest źródłem niezawodnej, bezinteresownej miłości.

To nie inni kierują mną, jak powinienem postąpić, w jaki sposób zaplanować dzień, czy przeżyć czas odpoczynku. Osobami posiadającymi zasadniczy wpływ na styl i ukształtowanie dnia, nie powinniśmy być my sami. Jeśli planujemy poza Bogiem, prowadzimy z Nim nieuświadomioną walkę o to, w czyich rękach jest nasze życie.

Żyć w duchu kontemplacji, to powtarzać wręcz nieustannie, nie tyle w myślach i słowami, lecz postępowaniem: „Bądź wola Twoja, Panie”. Zmęczenie, zniechęcenie do życia, odczuwanie wypalenia się wskazuje na to, że Bóg nie kieruje naszym życiem, nie wypełniamy tym samym Jego woli. Wybory nasze prędzej czy później są zdominowane przez emocje, namiętności i uczucia. Odczuwanie siły żądz, presji potrzeb seksualnych, które żądają zaspokojenia, jest kwestią krótkiego okresu czasu. Dlatego wpatrywanie się w oblicze Jezusa i słuchanie Jego głosu jest dla nas źródłem siły odnawiającej i przemieniającej. Owocem kontemplacji jest to, że mówimy ustami Jezusa, patrzymy Jego oczami, słuchamy Jego uszami, dotykamy Jego dłońmi. To daje odczucie radości i miłości Boga, a pogardę i obrzydzenie dla tego, co nieczyste.



Liczba wyświetleń strony: 9462615 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-25
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC