MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Wstęp do uzdrowienia



Nie wolno dopuścić do zamknięcia się w jaskini własnego wnętrza przez dołujące samopoczucie. Wyjście do innych, zdrowo myślących i czujących, wejście w środowisko osób „oddychających wiarą”, dzielących radość z innymi może stać się wstępem do uzdrowienia. Trzeba dopuścić do siebie miłość Boga i ludzi. Nie wolno lękać się miłości. „Miłość, która przychodzi do ciebie poprzez ludzi, jest prawdziwa i dana przez Boga” (Henri J.M. Nouwen). Nie zaprzeczajmy wbrew temu, co dzieje się wokół nas, że nie jesteśmy kochani. Zrezygnujemy z tego by, kochano nas w taki sposób, jaki nie jest możliwy dla bliskich nam osób. Nie trzeba rezygnować z miłości do człowieka, by kochać Boga. Bóg nie chce byś przestał kochać ludzi dla ciebie ważnych. To dzięki miłości do nich odkryjesz pewnego dnia, że właśnie miłość do nich jest niezwykłym wstępem kochania Jezusa. Kochają ci, którzy są wrażliwi na piękno, na prawdę i dobroć. Gdy nie kochamy, żyjemy Jesteśmy sposób nieprzemyślany, chaotyczny, pozbawieni sensu, celu i smaku życia.

Jesteśmy czystymi, gdy kochamy i świadomie przeżywamy naszą miłość. „Miłość przemienia pragnienie śmierci w pragnienie życia, negatywny obraz siebie w obraz pozytywny”(Jean Vanier). Nieczystość pojawia się jako konsekwencja niedopuszczania do siebie miłości. Stąd, niejako automatycznie oglądamy siebie takimi, jakimi nie jesteśmy zdolni siebie przyjąć. Cierpimy widząc, że nie jesteśmy kochani przez innych i nie kochamy siebie. Niedopuszczając do siebie miłości pozwalamy „wrzucić” się w doświadczanie wewnętrznej ciemności. Nieczystość jest spowodowana usiłowaniem kochania siebie, okazywania sobie samemu uczuć, ciepła, bliskości w ciemności, w której trwamy. Negatywny obraz siebie skłania nas do nieprawdziwego pocieszania.

Wyrażanie sobie miłości jest gwarancją do czucia się bezpiecznym ze sobą, w sobie, z własnymi pragnieniami, namiętnościami i żądzami. Kochając, potrzebujemy określenia granic własnej miłości. Może nie jest nam znana zasada, iż nie musimy być na każde zawołanie. Nie jesteśmy powołani do zaspokajania wszelkich możliwych pragnień i oczekiwań tych, którzy się do nas zwracają. Dając siebie innym oczekujemy, że tyle samo, a może nawet więcej z ich strony otrzymamy. Tymczasem spotyka nas rozczarowanie w chwili, w której potrzebujemy realnego wsparcia, czyjejś obecności, czasu osoby, dla której nigdy go nie szczędziliśmy. Błędem jest rozumienie miłości polegające na konieczności zaspokajania innych w sposób nieograniczony.

Konieczne są granice dla naszych potrzeb. Zdolność oceny tego, co inni mogą dla mnie zrobić, ale i tego, co ja mogę i powinienem dla nich jest koniecznością, aby nie spotkało mnie rozczarowanie w miłości. To nie inni powinni zaspokajać wszystkie moje pragnienia, lecz to ja powinienem wychodzić naprzeciw tym pragnieniom przez miłość do siebie samego. Autentyczna trudność w kochaniu siebie przekłada się na to, że oczekuję w miłości wszystkiego od innych osób. Mogę oczekiwać na wzajemność w miłości wtedy, gdy nauczę się nad sobą panować, a także, gdy będę dawał siebie innym w taki sposób, by nie zapomnieć, kim jestem, jakie jest moje powołanie i ostateczne przeznaczenie. Poczucie własnej tożsamości jest warunkiem okazywania i przyjmowania miłości.

Potrzebujemy przynajmniej jednej osoby, którą ucieszy nasza obecność, która dostrzeże naszą wartość. Potrzebujemy dobrego zainteresowania się nami, naszym życiem, pracą i codziennością. Chcemy być dla kogoś. Pragniemy, aby inni przez słowa, gesty i życzliwość okazywali nam swoją czułość i zainteresowanie. Poprawa samopoczucia jest jednym z wielu czynników sprzyjających wychodzeniu z aktów nieczystych. Odczuwanie, że jesteśmy przez innych rozumiani, szanowani i kochani zaspokaja wiele z tych pragnień, które chcemy „osiągnąć” przez nieczystość. W taki sposób zostajemy pozbawieni potrzeby dokonywania aktów będących znakiem rozpaczy. Nieczystość jest skutkiem odczuwania bycia niekochanym.

Konieczna jest rezygnacja z obawiania się miłości, miłości głębokiej. Tam gdzie pojawia się miłość, pojawia się również ból. Obawiając się bólu, rezygnujemy z miłości. Bez względu na to, czy kochamy, czy też nie – odczuwamy ból. Lecz nie kochając, ból odczuwamy jest bezgraniczny i trudny do zniesienia. Nawet mając przed sobą perspektywę czyjejś zdrady, złamanego serca, odejścia, rozczarowań, śmierci – warto kochać. Odrzucenie przez osobę, która mówiła, że „kocha”, stawia cię przed koniecznością dokonania wyboru. Można się załamać, zniechęcić, zgorzknieć i obiecywać sobie, że nigdy nie pokocham, ale też mogę przyjąć na siebie swój ból i uznać, że to jest ważne doświadczenie prowadzące mnie do mądrości życia i umiejętności kochania.

Pod wpływem miłości nasze serce powiększa się. Jest zdolne przyjąć tych, którzy nie byli dotychczas zauważani. Zawsze jest tak, że gdy dajemy innym swoją miłość, to nawet wtedy, gdy odejdą, nie opuszczają twojego serca. Ludzie, których kochamy nie odchodzą, gdy odchodzą. Zawsze pozostaje ten „smak miłości”, jaką był przez nas otaczany. Ważne jest prawdziwe kochanie. Bardzo trudno znosimy rozstanie, czyjeś kłamstwa, gdy nasza miłość była szczera, mocna i głęboka. Ludzie, którzy nie cieszą się i nie cenią prawdziwej miłości, nie znajdują dla siebie miejsca na ziemi. Zawsze będą wędrować w poszukiwaniu namiastek, złudzeń, iluzji miłości. Można żyć naprawdę jedynie tam, gdzie jesteśmy kochani i kochamy.

Pragnąc uzdrowienia trzeba być nastawionym w większym stopniu na niesienie pocieszenia innym, niż na jego przyjmowanie. Nie chodzi też o to, aby samemu „błyszczeć”, choć taka potrzeba w doświadczaniu nieczystości pojawia się z dużą siłą, lecz pozwolić wyrażać się tym, którzy mają wiele do powiedzenia. Zauważając innych, pozwólmy im wzrastać: dzielić się tym, co w sobie noszą, dzielić ich radość i smutek, zagubienie i odnalezienie się, zrozumienie, do którego doszli i niepokój ciemności, jakiej doświadczają. Pozwólmy innym być przy nas silnymi, mądrymi, odkrywczymi, wolnymi, zaradnymi. Będzie to objawieniem wolności, w której my sami „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”. Niech będzie w nas radość, że inni obok nas inaczej myślą, odczuwają, decydują. Dostrzeżmy w tym bogactwo różnorodności, objawiające moc, mądrość i miłość Boga.

Preludium do uzdrowienia staje się pojednanie ze sobą samym i z własną przeszłością. Zgoda na radosne i ciemne obszary życia jest ewidentnym objawieniem naszego rodzenia się „na nowo” do życia czystego. Istotne staje się i to, aby prosić o przebaczenie tych, których skrzywdziliśmy, zraniliśmy naszym nieopanowaniem pożądliwości, słowami, propozycjami i gestami, które wprowadziły zamieszanie w uczuciach i pragnieniach bliskich nam osób.

Odkryjmy radość z więzi z innymi. Uradujmy się ich innością. Niech będzie w nas silne pragnienie, aby ludzie, którzy nas otaczają byli wolnymi w duchu. To jest równocześnie droga radowania się naszą więzią z innymi i stopniowego jej pogłębiania. Dopuśćmy do naszej świadomości fakt, że mamy prawo dobrze różnić się od tych, którzy nas otaczają. Godząc się na ich inność, godzimy się na ich poglądy, korzystne dla nich doświadczenia i słabości, prowadzące do odkrywania źródeł mądrości. Z tym wszystkim wchodzą oni w nasz świat. Witamy ich z otwartymi ramionami, bez lęku.

Uzdrowienie uwalniające nas od nieczystości obejmuje przyzwolenie na to, abyśmy zarówno my, jak i bliskie nam osoby rozwijały się zgodnie z własnym rytmem i osobistymi możliwościami. Nie musimy „w tej chwili” osiągnąć to, czego bardzo pragniemy. Iluzją jest oczekiwanie na bycie zawsze odpowiedzialnie reagującym i skutecznym we własnym rozwoju. Życie w czystości wymaga przyjęcia tego, co w nas słabe. Słabość w wymiarze duchowym, moralnym i psychicznym może być wsparciem a nie osłabieniem naszych dążeń w stawaniu się czystymi. Droga do czystości, ubóstwa, posłuszeństwa, pokory, mądrości i miłości staje przed nami otworem. Nigdy nie możemy w smakowaniu piękna tych wartości powiedzieć dosyć, wystarczy, osiągnęliśmy pełnię, doszliśmy do granic naszych możliwości.

Potrzebujemy jasnego wyboru zmierzającego do uporządkowania własnej zmysłowości i uczuciowości. Taka decyzja może zrodzić się jedynie pod wpływem doświadczenia Boga i Jego miłości oraz silnego pragnienia podporządkowania Jemu całego naszego życia. Niezwykłe są słowa św. Teresy z Avila: „Niech przyjdzie, co chce, niech boli jak chce, niech szemrze, kto chce, niech własna nieudolność jęczy i mówi: nie dojdziesz, umrzesz w drodze, nie wytrzymasz tego wszystkiego, niech i cały świat się zwali groźbami”. Konieczne jest przekonanie, że czystość jest naszą drogą. Potem przychodzi piękny czas wierności wypełniony również trudnymi zmaganiami przy porządkowaniu sfery zmysłowo-emocjonalnej.

Konfrontacja z potrzebami seksualnymi może prowadzić do wewnętrznej walki łączącej się z poczuciem rezygnacji i świadomością podejmowania koniecznych ograniczeń. Z drugiej zaś strony jesteśmy powołani do odkrycia większych wartości, dla których warto zrezygnować z przyjemności seksualnych. Droga, która może i powinna być naszą opiera się na fascynacji czystością i miłością. Możemy wówczas opanować niekontrolowane odruchy pojawiające się w obszarze życia seksualnego, przez dążenie do przyjemności wyższych.

Uniżenie się i przeżycie prawdy o byciu „prochem przed Bożym obliczem” przywraca zdolność rozeznawania własnej grzeszności i świętości, uczciwości i mataczenia. Upokorzenie jest wstępem do przyjęcia darów czystości, miłości i pokoju. Nie ma życie bez upokorzeń. Podobnie jak nie istnieje miłość, która nie musiałaby przejść przez nie. Chcąc być czystym dla Pana, należy brać pod uwagę ewentualność przechodzenia przez silne pokusy i akty nieczyste.

Tak oto pojawia się w nas potrzeba zdążania za jeszcze słabym, a nawet nieśmiałym odczuciem, będącym wezwaniem Jezusa, „Przyjdź, jeśli chcesz być zdrowy”. Idziemy jako grzesznicy. Skruszeni, ale nieprzerażeni. Nie ma potrzeby układania sobie słów, jakie Mu powiemy. Stając przed Jezusem, przychodzimy z Jego pragnieniem, które jest w nas większe od pragnienia grzechu. Miłość jest większa od grzechu, dlatego ona zwycięża wszelkie zło.

W tajemnicy ludzkiego uzdrawiania jest miejsce na „upadek” człowieka. To nic innego jak obecność u stóp Pana i „przysłuchiwanie się Jego mowie”. Szczególne miejsce odnawiające i ożywiające pokutujących. „Upadek” tak rozumiany staje się naszym wywyższeniem. „Upadek” z miłości i dla miłości wynosi nas na inny poziom przeżywania codziennych problemów. Jesteśmy tacy sami, a jednak inni: „Niby smutni, lecz zawsze radośni, niby nic niemający, a jednak posiadający wszystko, niby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu”.

Wiele rzeczy, którymi teraz się cieszymy, musimy stracić, gdyż one nie zapewnią nam tego wszystkiego, czego w naszym sercu potrzebujemy. Trzeba coś stracić, co teraz cieszy, aby odkryć prawdę o dobrym Bogu, obecnym i działającym w nas. „Początek uzdrowienia bierze się z solidarności w bólu” (Henri J.M. Nouwen). Potrzebne jest przyjęcie bólu i jego przeżywanie. Uzdrowienie dokonuje się przez zaangażowanie w to, co Bóg na nas w określonym przez siebie czasie dopuszcza. To, co wydawałoby się, że jest przeszkodą do uzdrowienia, jest narzędziem. I tak nieczystość może być drogą do stania się pokornym, a przez to również czystym w Chrystusie. Samotność, która boli może stać się domem zamieszkiwanym przez Ojca miłosierdzia i mnie, jego syna powracającego. To, co jest naszym brzemieniem, udręką może stać się miejscem naszego dorastania do wspólnoty odczuwania z bliźnimi.

Niezbędne jest powstrzymanie się przed sądzeniem tych, którzy doświadczają zniewalającej ich nieczystości. Stawiają opór, lecz kiedy on słabnie popadają w rezygnację. Potrzebne jest zrozumienie otoczenia, życzliwość i dobroć spowiedników oraz osobista troska o ciszę, modlitwę i piękne przyjaźnie.



Liczba wyświetleń strony: 9449347 * Liczba gości online: 19 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC