MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Ojcze nasz



„Ojcze nasz, któryś jest w niebie”. Żeby się modlić, potrzeba Boga traktować jak kogoś najbardziej bliskiego. Nie tak jak ojca z domu rodzinnego, lecz więcej. Ojciec, to ktoś bliski, który tak mnie wychowuje, że staje się dla mnie autorytetem, ale także wprowadza mnie w odczucie smaku wolności, abym po upływie lat, potrafił ciągle dokonywać mądrych wyborów. Gdy Bóg jest dla mnie Ojcem, jest tym samym kimś wyjątkowym. Poznanie Ojca: jego myślenia, tego, gdzie chodzi, czym żyje, co go smuci, a co raduje, poznanie odwagi i mądrości, to że radzi sobie z wieloma trudnymi sprawami powoduje, że rośnie człowiek: odważny, mający poczucie bezpieczeństwa, umiejący dokonywać dobrych wyborów, a nade wszystko wzrasta w świadomości, że jest kochany. Trudno się modlić, nie odczuwając miłości tego, do którego się zwracam.

Czy można spotkać Boga-Ojca, nie spotykając człowieka-ojca, który mało mówi do dziecka, jest na nie obojętny, nie okazuje uczuć: troski, zainteresowania? Trudno się modlić do Boga Ojca, nie czując się kochanym przez człowieka-ojca. Kto mnie kocha, ten jest mi bliski i ma wpływ na moje ukształtowanie wewnętrzne.

Dziecko ma potrzebę widzieć, odczuwać obecność ojca. Wie, że ojciec wychodzi, ale powróci o określonej porze. Jest jednak dzieciństwo niektórych dzieci związane z niepokojem czekania: bo ojciec przyjdzie pijany i będzie przeklinał, bił, może nawet niszczył mieszkanie. Na modlitwę człowieka, wpływa fakt niepokoju, oczekiwania w klimacie strachu, na ojca. Na modlitwę człowieka ma wpływ brak słów ze strony ojca, które potwierdzałyby wartość dziecka. Człowiek może ciągle szukać miłości w wyrazie zewnętrznych odniesień, bo to nie zostało zaspokojone?

Nie mamy niekiedy doświadczenia wewnętrznego miłości Boga, bo są nie zaspokojone potrzeby o charakterze emocjonalnym, w odniesieniu do ojca. Modlitwa jest wyrażaniem Bogu mojej miłości. Zatem, zdolność do kochania, jest niejako ściśle powiązana z umiejętnością modlenia się. Zdolność do modlitwy, chęć jej przeżywania, wiąże się z chęcią i umiejętnością wyrażania tego, co czuję, co przeżywam.

„Ojcze...” – słowo, za którym może się kryć bardzo wiele wzruszeń, ciepła, doświadczeń silnych dłoni ojca, który unosi dziecko wysoko w górę, sadzając je następnie delikatnie na swoich kolanach. Ale też słowo: „Ojcze ...” może budzić wewnętrzny opór, strach, niechęć, pragnienie ukrycia się, ucieczki, niesmak wspomnień.

Jakie uczucia rodzą się we mnie, gdy słyszę: „Ojcze...”? w odniesieniu do mojego ziemskiego ojca, jak również: „Ojcze ...”, w relacji do Boga? Prośmy Jezusa o szczerość w nazywaniu tego, co odczuwamy.



*****


Ojciec jest przede wszystkim pierwszą osobą, do której biegnie się w niebezpieczeństwie, znajomym i bezpiecznym schronieniem. „Pan jest moją tarczą, moją ucieczką, moją skałą, moją obroną” – to słowa, jakimi Dawid najczęściej opisywał swój związek z Bogiem. Ojciec, to ktoś dostępny dla swoich dzieci, ktoś, u kogo, niczym w bezpiecznej przystani, dziecko może w każdej chwili schronić się przed niebezpieŹczeństwem. Bóg jest bliskim, serdeczŹnym przyjacielem. Dawid mówi: „Natęż słuch na głos mojej modlitwy, mój Królu i Boże. Albowiem Ciebie błagam, o Panie, słyszysz mój głos od rana, od rana przedstawiam Ci prośby i czekam.”. „Panie, mogę powiedzieć Ci wszystko. Jesteś zawsze dostępny. Wysłuchujesz mnie, gdy się raduję i gdy rozpaczam. Akceptujesz mnie takim, jakim jestem. Jesteś zawsze obecny, kiedy Cię potrzebuję.” „Pan jest łagodny i miłosierŹny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy.” Pomyślmy czy ktokolwiek z nas potrafi sobie wyobrazić taką osobę, pełną bezgranicznego współŹczucia, dobroci i cierpliwości? Taki właśnie jest nasz Ojciec Niebieski.

Ojciec jest dla dzieci oparciem w trudnościach. „Oczy Pana zwrócone są ku sprawiedliwym, a Jego uszy na ich wołanie. Wołali, a Pan ich wysłuchał i uwolnił od wszystkich przeciwności”. Od dzieciństwa widzimy naszą słabość, bezsilność i kruchość. Potrafimy stawiać czoła problemom i trudnościom, jakie niesie życie, jeżeli mamy kogoś, na kim możemy polegać, w kim znajdujemy oparcie, kogoś, kto służy nam radą i zapewnia wytchnienie. Tym, co ludzi niszczy, jest właśnie brak duchowego i uczuciowego oparcia w nawale kłopotów i stresów. W każdej dziedzinie życia, w sprawach małych i dużych, dzieci poŹtrzebują ojca, który byłby dla nich źródłem siły do stawiania kolejnych kroków ku dorosłości. Kochający ojciec chętnie uczestniczy w życiu swoich dzieci.

Dawid objawia nam istotę ojcostwa w słowach: „ocala, bo mnie miłuje.” Dziecko, które wie, że jest bardzo kochane przez rodziców, ma większą szansę być w zgodzie ze sobą i ze światem. Jeden z ojców rozmawiał z jedną ze swoich córek. Zbliżała się matura i wiadomo już było, że niektóre z jej koleżanek dostaną specjalne naŹgrody i stypendia, podczas gdy ona nie mogła liczyć na żadne wyróżŹnienie. Nie bardzo wiedział, jak ją pocieszyć, ale odruchowo objął ją i powiedział: u mnie masz pięć z plusem. Uśmiech i uścisk mojej córki powiedziały mu, że to właśnie chciała usłyszeć. Wystarczyło pięć sekund, aby ją przekonać, że są ludzie, którzy mimo wszystko cenią ją wysoko.

Psalmy uczą nas także, że ojciec jest radosnym towarzyszem. „Strzeż mnie jak źrenicy oka” – modlił się Dawid. Człowiekowi potrzebna jest świadomość, że jest ktoś, kto po uwielbia być razem z nim. To właśnie ta świadomość, jest dla niego źródłem dobrego samopoczucia i radosnego, pozytywnego nastawienia do życia. Niektóre osoby rzadko słyszą słowa pochwały czy zachęty. Ojciec to również ktoś obecny na co dzień, ktoś, kogo obecność bardzo cieszy. Człowiek ponad wszystko ceni sobie obecność ojca. Dawidowi znane było to żarliwe pragnienie przebywania z Panem. Łaknął obecności Ojca, gdyż ona jedna mogła go w pełni nasycić: „Dusza moja się syci niby sadłem i tłustością, radosnymi okrzykami warg moje usta Cię chwalą.”.

Ojciec jest doradcą i przewodnikiem dziecka. Bez względu na to, ile mamy lat, borykamy się ustawicznie z nawałem problemów, konfliktów i trudnych decyzji. Świat, w którym żyjemy, agresywnie narzuca nam różne spaczone koncepcje życia i niezdroŹwe systemy wartości. Mamy do czynienia z niebywałą presją duchowo i moralnie chorego społeczeństwa, które usiłuje urobić nas na swoje podobieństwo. Wobec ogromnych nacisków których w życiu doświadczam, płynących zewsząd, powinienem mieć świadomość, że zawsze mogę się zwrócić ze swymi probleŹmami do Ojca. Potrzebuję bowiem troskliwości Ojca, Jego oceny swoich trudnych wyborów i dylematów. „Panie wysłuchaj mnie, przemów do mnie, naucz mnie swoich dróg.” Nieodłącznym atrybutem przewodnictwa jest dyscyplina. Bóg, jako doskonały ojciec, karci tych, których kocha. Możemy przyjąć nawet bardzo trudne wymagania od kogoś, do kogo mamy zaufanie i kto nas kocha, pozostaje z nami w pięknej uczuciowej również więzi. Mówimy i myślimy o Bogu Ojcu. DyscyŹplina, to uczenie dokonywania wyborów. Poprzez twardą dyscyplinę, połączoną z miłością i wyjaśnianiem powodów swojego postępowania, Bóg Ojciec uczy mnie podejmowania mądrych decyzji.

Ojciec nie chowa urazy i nie opóźnia się ze swoim przebaczeniem. Bóg dał się poznać Dawidowi jako Ten, który jest „nieskory do gniewu i bardzo łaskawy” (Ps 145,8). Historia marnotrawnego syna obrazuje nieskońŹczone miłosierdzie Ojca, który przebacza, zanim jeszcze poprosimy o przebaczenie. Szczęśliwy jest człowiek, który ma głęboką świadomość tego, że jego Ojciec jest cierpliwy wobec jego wykroczeń, i nigdy nie wypomina popełnionych błędów. Bóg Ojciec prowadzi mnie z miłością, a nie wybuchami gniewu, obraźliwymi uwagami, bezustanną krytyką. Psalmy uczą nas, że Ojciec to ktoś, na kim można polegać. Jako człowiek dorosły, król Dawid musiał niemal bez przerwy walczyć z wrogami. Żyjąc w ciągłym zagrożeniu, nauczył się, w kim pokładać ufność: „Jedni wolą rydwany, drudzy konie a nasza siła w imieniu Pana Boga Naszego.” (Ps 20,7) Jedną z pierwszych rzeczy jakich się uczymy, jest to, na ile możemy wierzyć drugiemu człowiekowi. Ojciec, który nie zawodzi nigdy mojego zaufania /choć niekiedy nie rozumiem określonego Jego działania, zapewnia mi stabilne warunki rozwoju. Wiem, że mam w Nim stałe oparcie, mogę polegać na Jego słowie i liczyć na Niego w potrzebie.



*****


Doświadczenie Boga jest powołaniem każdego człowieka. Jest to wezwanie skierowane do wszystkich, nie ograniczające ich wolności. Kto nie zdecyduje się pójść w kierunku tego doświadczenia, nie odnajdzie nigdy naprawdę samego siebie. Pozostanie tylko „człowiekiem”, zamkniętym w ciasnym kręgu wymiaru wyłącznie ludzkiego. Natomiast ten, kto w swoim życiu spotka Boga i zdecyduje się poddać Jego działaniu, w pewnym momencie doświadczy tego, że Bóg jest Ojcem, a tym samym jestem już nie tylko zwykłym człowiekiem, ale dzieckiem, dzieckiem Bożym.

Odkrycie, że jesteśmy synami tego Ojca oznacza powolne odkrywanie samego siebie, swojej godności i powołania życiowego, całkowite zerwanie z poprzednim wyobrażeniem psychicznym i wywodzącymi się z niego iluzjami moralnymi. Nie potrzebuję się już upiększać wobec Boga czy tworzyć własną świętość własnymi rękoma )jakby to było możliwe). Nie muszę też zadręczać się pragnieniem dotarcia do Niego lub czynić przysłowiowe wszystko, aby ukryć przed sobą i przed Nim moje słabości.

Jeśli Bóg jest moim Ojcem, to zamiast komplikować sobie życie smutnymi regułami i perfekcjonistycznymi ambicjami, stanę się zdolnym do dziękczynienia i radości. Nasza wędrówka duchowa jest stopniowym uczeniem się wymawiania tego imienia: Abba, Ojcze.

Ojciec, który przygotowuje ucztę. Ojciec urządza ucztę w niebie wówczas, gdy grzesznik, to jest jeden z nas, dostrzega swój grzech, uświadamia sobie że jest grzesznikiem, wyraża skruchę i idzie do Niego prosić o przebaczenie. Natomiast nie przygotowuje uczty wtedy, gdy staje przed Nim „99 sprawiedliwych”, którzy nie uznają się za wystarczających grzeszników, którzy stają przed Nim, aby zademonstrować Mu swoją sprawiedliwość, przestrzeganie praw, swoje posty, zachowanie ślubów. Czyż ten Bóg nie jest dziwny? Zobowiązuje nas do przemiany naszego sposobu wyobrażania Go sobie, to kim On jest i jaki jest Jego stosunek do nas. To właśnie stanowi prawdziwe nawrócenie. Dlaczego więc wyprawia ucztę? Dlatego, że grzesznik daje Mu możliwość pełnego objawienia Ojcostwa, które wyraża wielkość Jego miłości właśnie wtedy, gdy przebacza, kiedy okazuje nam, mimo iż sobie na to nie zasłużyliśmy, pobłażliwość i wyrozumiałość. Tymczasem sprawiedliwy zawsze uważa, że choćby w części, ale zasłużył sobie na Bożą pobłażliwość.

Człowiek pokorny i uczciwy, doznający swojej grzeszności, doświadcza Bożego dziecięctwa, ponieważ poznaje darmową miłość Boga, miłość która przekracza sprawiedliwość i jego zasługi. Jedynie syn może czuć się grzesznikiem, jedynie grzesznik może czuć się synem. Tylko ten, kto czuje się synem, może odczuwać ból z powodu swoich przewinień wobec Tego, kto go kocha, a równocześnie mieć nadzieję, że zostanie mu to wybaczone. Tylko ten, kto dostrzega swój grzech i cierpi z tego powodu, może ponownie odkryć, jak wielka jest miłość Ojca, która sprawia, że wydaje On ucztę, aby uczcić powrót swojego syna! Miłość ojcowska obejmuje zarazem syna i grzesznika.

*****




To, co przechodzi przez ludzką wyobraźnię, co w niej zamieszkuje, ma wpływ na serce, myślenie, postawy i wybory. Miłosierdzie powinno pojawić się najpierw w wyobraźni i sercu. Wyobraźnia miłosierdzia, to nowe, ewangeliczne spojrzenie na siebie i tych, którzy mnie otaczają. Miłosierdzie, to postawa dobrego obchodzenia się ze sobą, oraz innymi. To wolność od gardzenia człowiekiem, wolność od potępiania. Jest to zachowanie, wyrażające się w tolerancji, szacunku dla poglądów, wypowiedzi drugiej osoby. Być miłosiernym, oznacza też, praktykować spontaniczną sympatię, dawać innym poczucie bezpieczeństwa. Pozwolić sobie i innym na dorastanie w czasie dla nich przeznaczonym.

Potrzeba „odkurzyć” w sobie wartości zapomniane, lub wyciszane, jak: łagodność i dobroć. Takim jest Bóg we mnie i dla mnie; takim też chce być przeze mnie dla tych, którzy są moimi braćmi i siostrami w człowieczeństwie i chrześcijaństwie. Być miłosiernym wobec siebie, to również nie uzależniać własnego postępowania od innych. Gdy sobie i bliźnim przebaczam, jestem miłosierny. O tej rzeczywistości myślimy również wtedy, gdy chcemy pogodzić się z tym, że popełniliśmy błąd; boli nas wielkie poczucie winy. „Jak Bóg wam wybaczył, tak i wy”. W ludzką postawę okazywanego miłosierdzia, zawsze jest wpisane miłosierdzie Boga. On chce we mnie i przeze mnie ulitować się nad człowiekiem, który zszedł na złą drogę i jeszcze nie spadła na niego iskra z ognia opamiętania się.

Miłosierdziem jest wczuwanie się, zarówno w dobre, jak i dramatyczne przeżycia spotkanych osób. Potrzeba odczuć to, co one odczuwają i zapłakać nad nimi, aby one mogły zapłakać nad sobą. Aktem miłosierdzia Jezusa, jest Jego płacz. Łzy Pana nas poruszają, bolą, oczyszczają, by z czasem wnieść pocieszenie równoznaczne z odzyskaniem wzroku przez niewidomego i słuchu, przez nie słyszącego. Łzy Jezusa, podobnie jak Jego słowa powodują, że oddajemy serce z kamienia, a przyjmujemy serce z ciała. Aby współczuć, potrzeba odczuć w sobie dramat błądzenia człowieka. Współodczuwanie zbliża ludzi tak, iż stają się mocni akceptacją, zrozumieniem, obecnością tych, którzy udzielają im wsparcia. Blisko ran człowieka, a nawet w jego ranach, jest Jezus ze swoim Miłosierdziem. Gdy szukamy Boga, najczęściej spotkamy Go, w poranionym, grzesznym, zagubionym w sobie i świecie, naszym bracie i naszej siostrze.

Miłosierdzie odnosi się do każdej osoby bez względu na jej światopogląd, przynależność polityczną, dotychczasową historię życia. Jezus chce, byśmy mieli serce dla biednych, zarówno materialnie, moralnie, oraz duchowo. Przemiana przez ten dar potrzebna jest każdemu, kto trwa w jakiejkolwiek niewoli. Oczekuję, proszę o miłosierdzie, ponieważ odkrywam w sobie zdolność do zamykania własnego serca przed tym, co jest we mnie biedne i nędzne. Przyjęcie miłości i przebaczenia jest trudniejsze niż ich dawanie. W miłości i przebaczeniu, potrzeba wyrzeczenia i całkowitego zawierzenia. Nie można żyć samemu przykazaniem miłości, jeśli nie pozwolę kochać się bez graniczeń i warunków wstępnych.

To ważne, aby samemu poczuć potrzebę powrotu do Boga i bycia przez Niego przytulonym. Ciężko pracuję, ale tak naprawdę nigdy w pełni nie zasmakowałem radości z tego, że jestem w domu, jestem blisko Boga Ojca. Zamiast wdzięczności za Boże dary, jest odczuwanie wielkiego niepokoju: zazdrość, do czego inni doszli, co mają, jak życzliwie są traktowani.

Gdy doświadczymy wielu udręk, otrzymamy wewnętrzne światło, dzięki któremu poznamy więcej, jak wrażliwy jest Bóg. Liczne rozczarowania jakie przeżył młodszy syn (z przypowieści O Synu marnotrawnym), nie doprowadziły go do całkowitego rozgoryczenia. To wszystko wpłynęło oczyszczająco na jego sposób widzenia świata, własnego domu, z którego odszedł, a przede wszystkim do zupełnie innego, wreszcie prawdziwego postrzegania ojca. Upragniona przez młodszego syna sława, okazała się nic nie warta. Zamiast bogatych szat, nosi podartą tunikę przykrywającą wyniszczone ciało, a sandały, w których przyszedł z tak daleka, nadają się do wyrzucenia (Dobrze jest wiedzieć, co w moim życiu, nadaje się do wyrzucenia). Potrzebne jest przejście „od chwały”, która zmusza do poszukiwań bogactwa i popularności, do chwały już obecnej w człowieku, a ukrytej w duszy.

„Powrót” zakłada odejście. Odchodzi ten, którzy naprawdę nie jest z ojcem, źle się w jego domu czuje, chce więcej, a jeszcze nie odkrył tego, że poza ojcem i poza jego domem, nie istnieje więcej. Ogromny smutek ojca, wywołany odejściem syna. Syn musiał wycierpieć wielką biedę. Sposób, w jaki odjechał, jest równoznaczny z życzeniem ojcu śmierci. Syn prosi nie tylko o podział majątku, ale także o prawo dysponowania swoją częścią. „Po przepisaniu swojego majątku na syna, ojciec nadal ma prawo utrzymywać się z zysku tak długo, jak żyje. W tym przypadku młodszy syn przejmuje zarządzanie majątkiem, do którego nie ma prawa przed śmiercią ojca. Pod obu żądaniami kryje się następujące założenie: Ojcze, nie mogę czekać, aż umrzesz”.

Dlaczego „odejście” syna jest tak bardzo obraźliwym aktem? Pozbawiony serca syn odrzuca dom, zrywa z rodzinną tradycją społeczności, do której należy. „I odjechał w daleką krainę”. Silne pragnienie poznania świata, ale też odcięcie się od sposobu życia, myślenia i działania, które były przekazywane z pokolenia na pokolenie, jako święte prawo. „Odległa kraina” jest światem, w którym lekceważy się wszystko, co w domu uznawano za święte. Opuszczenie domu, oznacza obojętność na Boga. Opuszczenie domu oznacza to, że żyję, ale szukam dla siebie innego domu, całkowicie różnego od tego, który zapewnił mi mój Ojciec. Dom, to centrum mojego życia, w którym słyszę głos mówiący: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Stałem się jakoś głuchy na głos nazywający mnie umiłowanym. Młodszy syn opuścił to miejsce, gdzie mógł usłyszeć ten głos, i odszedł, mając rozpaczliwą nadzieję, że gdzie indziej znajdzie to, czego nie mógł znaleźć w domu.

Jest wiele innych głosów, głosów donośnych, które obiecują, które kuszą. „Idź, udowodnij, że jesteś coś wart”. Jezus usłyszał głos, który nazwał Go umiłowanym, wyszedł na pustynię, tam doszły do Niego również inne głosy. Mówiły Mu, aby udowodnił, że jest wart miłości, odnosząc sukces, będąc popularnym i silnym. Te głosy nie są mi obce. Za każdym razem, kiedy opuszczam dom, tracę wiarę w ten głos, który nazywa mnie umiłowanym, i podążam za głosami, dostarczającymi mi różnorodnych sposobów zdobycia upragnionej miłości.

Pojawia się pytanie: „Do kogo należę? Do Boga czy do świata?” Wiele moich codziennych zajęć sugeruje, że należę raczej do świata niż do Boga. Trochę krytyki sprawia, że jestem zły, a drobna odmowa powoduje przygnębienie. Niewiele potrzeba, aby mnie unieść w górę lub zepchnąć w dół. Świat popycha do nałogów, ponieważ to, co ma do zaoferowania, nie może zaspokoić pragnienia najgłębszego nasycenia mojego serca. „Nałóg” wyraża zagubienie się człowieka. Nasze nałogi, uzależnienia powodują, że czepiamy się tego, co świat uważa za klucz do samospełnienia. Nałogi tworzą oczekiwania, które nie mogą spełnić najgłębszych naszych potrzeb. Dopóki żyjemy w świecie złudzeń, nasze nałogi skazują nas na daremne poszukiwania w „odległej krainie”, stawiają w obliczu nie kończących się rozczarowań, a my pozostajemy z poczuciem niespełnienia. Gdy pojawia się nałóg (myślenia rozczarowaniami, odczuwania urazami) oddalamy się od domu Ojca. Życie z nałogami można uznać za życie w „odległej krainie”. To stamtąd dochodzi nasz krzyk o wyzwolenie.

Ilekroć szukam miłości tam, gdzie nie można jej znaleźć, jestem synem marnotrawnym. Dlaczego nie zauważam miejsc, gdzie znajduje się prawdziwa miłość, i z uporem poszukuję jej gdzie indziej? Dlaczego ciągle opuszczam dom, w którym zostałem nazwany dzieckiem Bożym, umiłowanym Ojca? Jak mogę brać dary Boże i używać ich, by robić wrażenie na ludziach, zyskiwać poklask, zamiast rozwijać je na chwałę Bożą? Niekiedy życie człowieka wygląda tak, jakby chciał udowodnić sobie i światu, że nie potrzebuje Bożej miłości, że chce być w pełni niezależny. Pod tym wszystkim kryje się wielki bunt, radykalne „nie” wobec miłości Ojca. W czym wyraża się moje „nie” wobec miłości Ojca? Miłość nie pozwala ojcu zatrzymać syna w domu, za wszelką cenę. Miłość sprawia, że ojciec godzi się, by syn szukał własnego życia, nawet jeśli istnieje ryzyko, że je utraci.

Młodzieniec, którego obejmuje ojciec wie, że jest biednym, bardzo biednym człowiekiem. Opuścił dom jako człowiek dumny i bogaty, chcący żyć własnym życiem z dala od ojca i brata. Powraca, nie mając niczego: pieniędzy, zdrowia, honoru, szacunku do samego siebie, reputacji. Wszystko stracił. Syn wygląda gorzej niż słudzy jego Ojca, wygląda jak niewolnik. Im dalej odbiegam od miejsca, gdzie mieszka Bóg, tym słabiej słyszę głos nazywający mnie umiłowanym, a im słabiej go słyszę, tym łatwiej daję się uwikłać w manipulacje i gry tego świata. Młodszy syn uświadomił sobie swoje zagubienie, gdy wszyscy z jego otoczenia przestali mu okazywać choćby najmniejsze zainteresowanie. Zauważali go dopóty, dopóki był im przydatny. Prawdziwe osamotnienie przychodzi wówczas, gdy czujemy, że nie mamy z nikim nic wspólnego. Im mniej mamy wspólnego, tym trudniej być razem i tym bardziej obco się czujemy.

Okazać sobie miłosierdzie, to opamiętać się, powrócić do tego dobra, które odrzuciłem, nie znając naprawdę jego wartości i piękna. Powrót młodszego syna ma miejsce wówczas, gdy na nowo odkrywa swoje synostwo, choć utracił całą swoją godność. Nieustannie jestem narażony na zagubienie. Jest coś w człowieku, co przywiązuje go do grzechu. Dopóki będę chciał po części obstawać przy swoim, zawsze zatrzymam się w połowie drogi – stanę się najemnym sługą. Jako najemny sługa nadal mogę zachowywać dystans, buntować się, krytykować, strajkować, uciekać albo narzekać. Stać się dzieckiem, oznacza żyć w drugiej niewinności: nie niewinności nowo narodzonego niemowlęcia, ale w niewinności, którą się osiąga przez świadome wybory. Podczas wędrówki do domu Ojca mogę odkryć radości drugiego dzieciństwa: pocieszenie, miłosierdzie i coraz jaśniejszą wizję Boga. A kiedy dotrę do domu i poczuję uścisk Ojca, zrozumiem, że mogę domagać się nie tylko nieba; do mojego dziedzictwa należy także ziemia, miejsce, gdzie mogę żyć wolny od przymusów.

Skruszony młody człowiek, który klęczy przed Ojcem, czyż nie jest „Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata”? Czyż to nie ten, którego Bóg uczynił grzechem dla nas, choć nie znał grzechu? Czyż to nie Ten, który „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem”, ale stał się „podobny do ludzi”? Czyż to nie Ten Syn bez grzechu, który krzyczał z krzyża: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił”? Jezus jest Synem marnotrawnym marnotrawnego Ojca, rozdał wszystko, co powierzył Mu Ojciec, abym i ja mógł stać się do Niego podobny i wrócić z Nim do domu Ojca. Mój powrót i powrót Jezusa są czymś jednym. Mój dom i dom Jezusa są jednym. Nie ma wędrówki do Boga bez tej wędrówki, którą odbył Jezus. To On zabrał pewnego dnia ze sobą to, co było pod Jego stopami i odszedł ze swym dziedzictwem, swym tytułem Syna i ceną wykupu. Odszedł do dalekiej krainy, do odległej ziemi, gdzie ogołocił się i stał się podobny człowiekowi. Jego własny naród nie przyjął Go. Wzgardzony, najmniejszy z ludzi, od którego odwraca się twarz. Bardzo wcześnie poznał, co to wygnanie, wrogość, osamotnienie.

Jezus „zagubił się”, wśród zagubionych dzieci. Spędzał czas z chorymi, a nie dobrze się mającymi, z grzesznikami, a nie ze sprawiedliwymi, a nawet z prostytutkami, którym obiecał, że wejdą do królestwa Jego Ojca. Po tym, jak został potraktowany, jako żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników, Samarytanin, opętany, bluźnierca, po tym, jak ofiarował wszystko, nawet swoje Ciało i Krew; po tym, jak poczuł w sobie głęboki smutek, lęk i trwogę duszy; po tym, jak sięgnął dna rozpaczy, którą dobrowolnie się okrył, jakby był opuszczony przez Ojca – zawołał z krzyża, do którego Go przybito: „Pragnę”. Złożono go w prochu i cieniu śmierci. Powiedział: „Idę do mojego i waszego Ojca”.

Mamy za sobą życie, w którym najpierw mogło być wiele pewności siebie, osiągnięć, a potem – bolesnych strat, rozczarowań i porażek. Dzięki wzlotom i upadkom przechodzimy od zewnętrznego światła do światła wewnętrznego, od przedstawiania zewnętrznych wydarzeń do ukazywania wewnętrznych znaczeń, od życia pełnego rzeczy i ludzi do życia naznaczonego samotnością i ciszą. Po latach stajemy się ludźmi coraz bardziej „wewnętrznymi” i cichymi. Tak, w sposób duchowy, wracamy do domu Ojca.

*****




Starszy syn, jawi się, jako człowiek o surowym spojrzeniu, stojący z boku, obserwator. Zagubił się nie tylko młodszy syn, ale i ten, który pozostał w domu. Pozornie, na zewnątrz robił wszystko to, co należy do obowiązków dobrego syna, ale we wnętrzu odszedł od ojca. Każdego dnia ciężko pracował i spełniał wszystkie powinności, ale stawał się coraz bardziej nieszczęśliwy, zniewolony. Starszy syn patrzy na ojca, ale bez radości. Pomiędzy nim a ojcem istnieje duża przestrzeń, a przecież pozostał w domu i był blisko ojca. Zgorzkniały, obrażony i rozgniewany człowiek. Niektórzy robią to, co jest właściwe, w większości stosując się do oczekiwań innych, a równocześnie głęboko skrywają pragnienie ucieczki, odejścia, zostawienia, poznania smaku innego życia, niż to, które przeżywają. Być może starszy syn odczuwa zazdrość wobec nieposłusznego młodszego brata. Młodszy świetnie się bawił, robiąc to, co starszy potępia. Postrzega zachowanie młodszego, jako naganne, a nawet niemoralne, ale jednocześnie może pojawić się myśl, dlaczego on nie miał odwagi, by samemu czegoś z tych rzeczy spróbować.

Posłuszne i sumienne życie, z którego jest dumny, albo za które jest czasem chwalony, przypomina nałożone mu na ramiona jarzmo, z którym, choć go uciska, tak się zrósł, że nie potrafi go odrzucić. Nietrudno utożsamić się ze starszym synem z przypowieści, wnoszącym skargę: „Tyle lat ci służę i nigdy nie wykroczyłem przeciw twoim rozkazom. Ty jednak nigdy nie dałeś mi koźlęcia, bym się weselił z przyjaciółmi” (Łk 5,29). W tej skardze posłuszeństwo i powinność, zmieniły się w jarzmo, a służba – w niewolę. Takie zagubienie, jak starszego syna, prowadzi do osądzania, potępiania, gniewu, rozgoryczenia, oburzenia i zazdrości. Młodszy syn zagubił się ewidentnie: roztrwonił swoje pieniądze, czas, przyjaciół, ciało. Na czym polegała jego wina, wiedzieli nie tylko jego przyjaciele, rodzina, ale i on sam. Zbuntował się przeciw moralności, dał się ponieść żądzom i chciwości. Gdy zobaczył, że nieposłuszeństwo doprowadziło go do nędzy, opamiętał się, zawrócił i poprosił o przebaczenie.

A starszy syn? Właściwie to robił same właściwe rzeczy: był posłuszny, obowiązkowy, prawomyślny i pracowity. Ludzie szanowali go i podziwiali, chwalili i prawdopodobnie uważali za wzorowego syna. Na zewnątrz był bez zarzutu. Kiedy jednak dokonała się jego konfrontacja z radością ojca, cieszącego się z powrotu jego młodszego brata, zaczęły w nim pracować siły ciemne. W jaskrawy sposób pokazuje jak jest rozgoryczony, nieżyczliwy, samolubny i pełen pychy. Ta strona jego życia była dotychczas głęboko ukryta, jednak stawała się coraz silniejsza. Co więcej niszczy: żądza czy rozgoryczenie? Jest tyle rozgoryczenia w osobach „prawych” i „cnotliwych”. Jest niezwykła gotowość do osądzania, potępiania i uprzedzeń pomiędzy „świętymi”. Jest wiele zapiekłego gniewu pomiędzy ludźmi, którzy zabiegają o to, by unikać „grzechu”. Wielka troska o to by być dobrym, akceptowanym, lubianym, być przykładem życia dla innych, troska o to, by w sposób świadomy unikać pułapek grzechu. Równocześnie strach przed pokusą. Z czasem pojawia się powaga, „moralna przesada”, która sprawia, że coraz trudniej poczuć się w domu ojca jak u siebie. Z czasem utrata swobody, spontaniczności, radości i człowiek może zacząć być postrzegany, jako osoba „trudna”.

Czy nigdy nie odczułem, jak starszy syn, że nie otrzymałem tego, co mi się należało? Bo to jest jedna z przyczyn ludzkiego rozgoryczenia. Wewnętrzne narzekanie skrywa w sobie ogromną ciemną siłę. Narzekanie samo się napędza i samo w siebie jest wymierzone. Trudno żyje się z człowiekiem, który ciągle narzeka. Raz wyrażona skarga prowadzi do dalszego odrzucenia. Stąd trudno starszemu synowi dzielić radość z ojcem. Kiedy zaczynamy użalać się nad sobą, tracimy spontaniczność, i nawet radość nie może wywołać w nas radości. „Usłyszał muzykę”: nie był w stanie się bawić, był niezdolny do radości, do spontaniczności. Czy w nim nie zrodziła się obawa, że znowu został w czymś pominięty? Nikt go nie powiadomił o ty, co się dzieje, jest trzymany na boku. Zamiast ulgi i wdzięczności, iż brat powrócił, pojawia się reakcja przeciwna: „Na to się rozgniewał i nie chciał wejść do domu”. Radość i uraza nie mogą współistnieć. To, co jednych zachęca do radości, innych, do oddalenia się i większego smutku. Ta sama radość jednych, może stać się dla drugich źródłem rozgoryczenia. Niezdolność, by włączyć się do wspólnej radości, jest doświadczeniem odrzuconego serca.

Ojciec chce, aby powrócił nie tylko jego młodszy syn, ale także starszy. Ta przypowieść nie dzieli braci na dobrego i złego. Dobry jest jedynie ojciec. Kocha obu synów. Wybiega na spotkanie jednego i drugiego. Chce, aby obaj usiedli przy stole i uczestniczyli w jego radości. Młodszy brat pozwala się trzymać w przebaczającym objęciu. Starszy brat staje, patrzy na miłosierny gest ojca i nie potrafi wykroczyć poza swój gniew, nie potrafi pozwolić, aby ojciec również jego uzdrowił, przygarnął. Ojciec nie narzuca swej miłości umiłowanemu. Chociaż pragnie wyzwolić nas z wszelkich ciemności, jednak daje nam wolność dokonania wyboru. Starszy syn nie ma już brata. Nie ma też już ojca. Obaj stali się dla niego obcy. Patrzy z pogardą na swego brata grzesznika. Zagubienie starszego brata wyraża się, między innymi w tym, że stał się obcy we własnym domu.



Liczba wyświetleń strony: 10668037 * Liczba gości online: 26 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC