MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Miłość do siebie samego



Akceptowanie samego siebie, to wielka łaska. Jest to trudne i bardzo rzadkie w życiu ludzi powołanych. Dla wielu osób sama myśl, że należy kochać samego siebie, jest rodzajem pokusy – niemal świętokradztwem. Jeszcze nie dostrzegli różnicy między negatywną miłością własną a dobrą miłością samego siebie, której chce Bóg. Główny problem życia duchowego osób konsekrowanych często sprowadza się do takich spraw jak negatywna ocena samego siebie, brak wiary we własne siły, niezdolność do pozytywnej oceny własnej osoby. Wszystko to unieszczęśliwia człowieka. Wielu z nas nie chce uznać istniejącego w nas dobra. Rzadko też na tym właśnie się zastanawiamy. Stąd wniosek bardzo prosty, że za dobro tak naprawdę nigdy Bogu nie dziękujemy.

Od czasu do czasu, zamiast szukać swoich błędów, próbujmy wyłowić nasze talenty, policzyć darowane nam przez Boga dobro. To nam dobrze zrobi. Być może w formowaniu naszych postaw życiowych, w naszym wychowaniu zbyt eksponowano nasze negatywne właściwości. Może czyniono to w dobrej wierze, bo albo chciano nam zwrócić uwagę na nasze błędy, byśmy je przezwyciężali, albo ustrzec nas przed samouwielbieniem i pychą. Jednak gdy przekracza się w tym miarę, działa to na ludzi hamując. Często jest to wynikiem pewnej postawy obronnej, jakąś pierwszą oznaką kompleksu niższości, ciągłym porównywaniem się z innymi, jakaś niezdrowa mentalność, by wciąż z kimś konkurować.

Dość często widzimy w innym człowieku konkurenta lub zagrożenie dla siebie. Gdy wiara w siebie, w swoje możliwości, w to, co potrafię jest słaba, człowiek usiłuje się potwierdzić. Musi sobie samemu i innym udowodnić, że mimo wszystko jest coś wart. Niekiedy właśnie w ten sposób każdego innego czyni rywalem. Zdarzają się niekiedy w zakonie, we wspólnocie sytuacje tragiczne: ktoś jest chwalony – a ja, ze swoim poczuciem niższości, czuję się atakowany. Młody człowiek raz zlekceważony uogólnia to doświadczenie. Najpierw sam sobie wmawia, że nikt nie dałby za niego „złamanego grosza”, ale już po chwili twierdzi, że wcale nie jest tego wart, żeby się ktoś nim zajmował. W swoim negatywnym nastawieniu do siebie, nie dopuszcza oznak sympatii, którymi jest przez wspólnotę zakonną obdarowywany. A kiedy później bracia naprawdę zaczynają zwracać na niego mniejszą uwagę, jest pewny, że oto sprawdziły się jego przewidywania.

Jeśli kogoś nie cierpię, to zazwyczaj nie dlatego, że zbytnio kocham samą siebie, lecz dlatego, że kocham siebie za mało. Nie znoszę kogoś dlatego, że właśnie nie znoszę siebie. A jeśli nie lubię siebie, to przecież nie mogę oczekiwać, by polubili mnie inni, co więcej, mogę się nawet uważać za człowieka, którego nikt nie kocha, lub że w ogóle nie mogę być kochany. Staję się wówczas nieufny, przyjmuję postawę obronną, a nawet posuwam się do atakowania innych. Nie stać mnie jeszcze na to, by spojrzeć w oczy swoim słabościom. To, co negatywne w człowieku, bywa przez niego tłumione, bo człowiek nie docenia tego, co w nim jest dobre, godne uwagi, wartościowe. Moje zrozumienie siebie, zarówno w wymiarze pozytywnym jak i negatywnym zachowań, nie jest wystarczająco realistyczne. Człowiek jest napięty, nerwowo się broni, a to może hamować zdrowe dojrzewanie i rozwój. Niektórzy mają nasilające się kłopoty z odczuwaniem samotności. Również w środkowej fazie życia wielu z nas cierpi z powodu doświadczania izolacji we wspólnocie. Samotność staje się chorobą, która powoduje wiele cierpień. Strach przed samotnością, bywa niekiedy bardziej przerażający, niż sama samotność. Wielu z nas potrzebuje realnej, fizycznej obecności drugiej osoby. Człowiek, który mnie przyjmuje takim, jakim jestem, wierzy we mnie i ufa mi, rzeczywiście istnieje. Gdy ci, których uznajemy za przyjaciół, nie mogą niekiedy spełnić naszych nierealnych oczekiwań, może w nas zrodzić się gorycz, wrogość i zamknięcie się w sobie. Niektórzy duchowo, emocjonalnie wycofują się z życia wspólnoty. To powoduje głębokie cierpienie, a nawet może prowadzić do przeżywania piekła rozpaczy. Takie życie, powołanie zakonne w tym klimacie przeżywane – traci sens. Niekiedy człowiek na zewnątrz się uśmiecha, jest zaangażowany zewnętrznie w prace jemu zlecone, ale pod tym wszystkim kryją się uczucia opuszczenia i bezwartościowości.

Jeżeli nie będziemy żyć w zgodzie z sobą, to nie będziemy żyć w zgodzie z kimś innym we wspólnocie i poza nią. Może się zdarzyć, że będziemy próbowali się chronić za parawanem aktywizmu. Ale będzie to wówczas ucieczką przed problemem, przyznanie, że jest on dla mnie teraz nie do rozwiązania. Brak nam czasu na konfrontację z naszą własną samotnością i pustką. Uciekamy przed tym, co jest w nas, uznając, że i tak sobie z tym nie poradzimy; pewne problemy po prostu są nie do rozwiązania. Tak się dramatycznie pocieszamy.

Gdzie za mało miłości, tam co innego staje się ważne: sympatie i antypatie, przyjemności, uznanie, całe mnóstwo środków zastępczych może zawładnąć naszym życiem. W takim stopniu, jak zamiera miłość, wzrasta zapotrzebowanie na wszystko, co miłością nie jest. Sartr tak napisał: „Wierzyć, że życie warte jest przeżycia, to szczyt szczęśliwej miłości, jeżeli taka w ogóle istnieje”. Zbyt łatwo rezygnujemy z dążenia do szczęścia. A przecież silnym jego sprzymierzeńcem jest wiara, bo w niej przede wszystkim chodzi o miłość, a w życiu tylko miłość ma sens i uszczęśliwia. Ludzie naprawdę i mocno kochający nie głowią się nad sensem życia, dla nich życie po prostu ma sens. Zanim kogoś obdarzymy miłością, musimy ją otrzymać. Zanim pokochamy, musimy być kochani. Każdy z nas potrzebuje więcej miłości, niż na to zasługuje. Dlatego nigdy nie można jej kupić ani wymusić. Można nią tylko obdarzać i tylko ją otrzymywać.

Nie pragniemy miłości krótkotrwałej, uwarunkowanej czymś, czy też ograniczonej. Chcemy wiecznej, bezwarunkowej miłości. Taką może nam okazać jedynie Bóg. Ludzka miłość łatwo może manipulować: „Gdybyś mnie naprawdę kochał, to nie zrobiłbyś tego”, albo „zrobiłbyś to dla mnie”. Miłość Boga nie stawia warunków wstępnych. Nie musimy zasługiwać na miłość Boga.



Liczba wyświetleń strony: 10033200 * Liczba gości online: 25 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC