MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Kłopoty z osamotnieniem



Wspólnota może zaistnieć tylko wtedy, gdy jej członkowie zachowują własną odrębność. Istnieje zasadnicza różnica między jednością a jednolitością. Jedność różnicuje i w ten sposób stwarza bogactwo wielu form istnienia, natomiast narzucona wspólnocie jednolitość zabija życie. W życiu zakonnym odnowa niejeden raz zerwała maskę z jednolitości, która była tylko fasadą z trudem utrzymywanej jedności. Wspólnota zakłada bezwarunkowo niepowtarzalność każdego zakonnika. Jeżeli jednostce pomagamy do tego, by się stawała sobą, to pośrednio przyczyniamy się do powstania życia wspólnotowego. Jeżeli postąpimy przeciwnie i nacisk położymy przede wszystkim na wspólnotę, to następstwem tego może być fałszywe poczucie bezpieczeństwa, płytka swoboda w postępowaniu oraz infantylne przywiązania. Kontakt z innymi zakłada istnienie kontaktu z samym sobą. Każdy członek wspólnoty ma bardzo osobiste posłannictwo, niemożliwe do wymiany. Nikt nie może gwarantować za powołanie kogoś drugiego, ani nawet ręczyć za prawdziwość tego powołania.

Kto chce być prawdziwym człowiekiem i budować prawdziwą wspólnotę, musi przejąć coś z głębokiego i nieuniknionego osamotnienia. Osamotnienie z punktu widzenia wiary i życia duchowego człowieka, jest czymś cennym, czymś, co powinno się pielęgnować. Zamiast się starać o to, by uciec przed bolesną konfrontacją z osamotnieniem i podsunąć sobie samych fałszywych bogów, którzy nam obiecują natychmiastowe pocieszenie, możemy się dopatrywać w tym poczuciu osamotnienia zachęty, by przekroczyć te nasze ludzkie ograniczenia i pogłębić zrozumienie samego siebie. Akceptacja samotności może nam pomóc zrozumieć naszą wewnętrzną pustkę, a wówczas nie będzie ona dla nas czymś druzgocącym, lecz stanie się zachętą do nadziei. Żeby jednak żyć w takiej samotności, trzeba być bardzo cierpliwym.

Jeżeli szybko sięgamy po to, co przynieść może natychmiastową ulgę, to tylko ukrywamy właściwy problem i to, co zaczęło się obiecująco, kończy się tragicznym wycofaniem, np. z drogi życia zakonnego. W pewnym momencie życia uświadamiamy sobie to, że: ani miłość, ani przyjaźń, ani wspólnota, ani mężczyzna, ani kobieta – nie są w stanie zaspokoić naszej tęsknoty. Ta prawda jest tak zaskakująca i tak bolesna, że wolimy, aby wyobraźnia nam podpowiadała to, co daje chwilowe pocieszenie, niż na tę prawdę spojrzeć bardzo trzeźwo, z odniesieniem do Boga. Nadal może mamy nadzieję, że spotkamy kogoś, kto nas zrozumie, na kim się nie zawiedziemy, z kim można będzie wreszcie we wspólnocie, w miarę spokojnie żyć; że zostanie nam zlecona praca, która pozwoli rozwinąć osobiste uzdolnienia.

Ta fałszywa nadzieja doprowadza nas do tego, że innym stawiamy nieumiarkowane wymagania, rodzi ona zgorzknienie i bardzo niebezpieczną wrogość (np. do przełożonych), kiedy odkrywamy, że nikt i nic nie może naszych bezwzględnych wymagań spełnić. Wiele małżeństw kończy się nieszczęśliwie, ponieważ żaden z małżonków nie umiał wypełnić ukrytych nadziei, oczekiwań drugiego, ponieważ miał problem z wyzwoleniem się z własnego osamotnienia. Niektórzy celibatariusze żyją naiwnym marzeniem, że intymność życia małżeńskiego mogłaby ich uwolnić od poczucia osamotnienia. Nawet w najlepszych małżeństwach powstaje pewien żal, że nie osiągnięto takiej jedności, o jakiej marzyli przed ślubem. Zawsze w drugim człowieku pozostaje nienaruszalna tajemnica, w którą drugi człowiek nie może wniknąć, i w ten sposób tworzy się w nim zakłopotanie, że się nie może przed drugą osobą do końca otworzyć. Miłość niszczymy, ile razy próbujemy się do niej za bardzo zbliżyć, przekroczyć granicę, która z konieczności otacza to, co jest tajemnicą drugiego człowieka i jej strzeże.



Liczba wyświetleń strony: 9446062 * Liczba gości online: 26 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC