MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Podejście autorytarne i podejście nie-autorytarne



Podejście autorytarne polega na tym, że formatorzy wychowują przez wydawanie przede wszystkim przeróżnych nakazów, zakazów i poleceń. Ustanawiają wiele różnych reguł i przepisów, dążąc do tego, by były one ściśle przestrzegane i zachowywane. W takim podejściu do formacji ważne jest zachowanie reguł i przepisów; liczą się zewnętrzne postawy przyjmowane przez formowanych. Mniej jest tu miejsca na dyskusję, wymianę poglądów czy własną inicjatywę formowanych albo też uwzględnienie ich potrzeb i możliwości. Zewnętrzny ład, podporządkowanie się regułom i przepisom oraz poprawne zachowania uspakajają formatorów, ale też mogą ich zamykać na różne problemy osób formowanych, które może nie zawsze są widoczne na zewnątrz. Niektóre osoby formowane w ten sposób, zwłaszcza te, które chciałyby i mogłyby coś z siebie więcej dać, mogą nie rozwijać siebie i własnych przymiotów, zatracając równocześnie inicjatywę i odpowiedzialność za własną formację i wykonywane prace.

Taki sposób formowania może faworyzować osoby słabe, bierne i podporządkowane, które są zależne, nie mają własnej inicjatywy i przez swe poprawne zachowanie pragną przypodobać się formatorom. Autorytarne podejście do formacji sprawia także, iż zarówno formatorzy, jak i osoby formowane mogą się zadowalać tylko zewnętrznymi zmianami, nie biorąc pod uwagę potrzeby głębszych zmian, które są trudniejsze i zachodzą wolniej. Ograniczanie się w formacji tylko do troski o zewnętrzne postawy powoduje, że osoby formowane wiele rzeczy robią na pokaz, by zadowolić formatorów, bo „tak trzeba”, ale bez większego przekonania o słuszności pewnych postaw. W ten sposób można uformować ludzi, którzy w życiu będą w niewielkim stopniu motywowani przez wartości czy miłość do Jezusa; kierować się oni będą raczej lękiem niż miłością. Trochę więcej wolności i mniej kontroli sprawia, że dość szybko „wychodzą” stare i infantylne postawy. Dlatego też po pewnym czasie niektóre osoby stają się „gorsze”, nie zmieniają się, a ich miłość do Jezusa, zgromadzenia i ludzi słabnie.

Podejście nie-autorytarne: trzeba umiejętnie stawić wymagania, a jednocześnie pozostawić wolność i darzyć zaufaniem. Nie można jednak od młodych ludzi nie wymagać, czyniąc wszystko, by uniknęli stresów, napięć i trudnych sytuacji. W formacji potrzebne jest indywidualne podejście do formowanych. Nie można wszystkich traktować podobnie, stosując te same wzorce i miary. To, co jest dobre dla jednej osoby i sprawdza się w danej sytuacji, wcale nie musi się sprawdzić w innej. Błędem jest zakładanie wielkiej dojrzałości u osób, które wstąpiły dopiero na drogę życia zakonnego. Osoby zaczynające życie zakonne potrzebują więcej opieki, troski, kontroli, pouczeń. Nie można jeszcze zbytnio liczyć na ich dojrzałość i umiejętne korzystanie z wolności.

Dialog z myślami i uczuciami: duchowość nie-autorytarna oznacza wsłuchiwanie się w brzmiący w naszych myślach, w naszych uczuciach, w naszych namiętnościach oraz potrzebach głos Boga, który w ten sposób do nas przemawia. Podejście nie-autorytarne inaczej obchodzi się z naszymi popędami. Nie próbuje ich opanować, lecz stara się je przemienić. Błędnym jest mniemanie, że popęd seksualny jest czymś, co należy opanować, ponieważ jest on ważnym źródłem naszej duchowości. Trzeba z Jezusem na temat popędu prowadzić przyjazny dialog. Uczymy się kochać Boga całym sercem, całym swoim ciałem, a także swymi namiętnościami. W sytuacjach upadku, zamiast zadręczać się wyrzutami sumienia, byłoby lepiej przyznać się do niemożności zapanowania nad swym popędem seksualnym. Dla wielu niemożność ta okazuje się zbawienna, zmuszając do pokornego przyznania się, iż jesteśmy wyłącznie ludźmi z krwi i kości i że nie potrafimy zamienić się o własnych siłach w istotę czysto duchową. Mnisi powtarzają ciągle, że Bóg uwolni nas od naszej walki dopiero wówczas, gdy przyznamy się do naszej bezsilności. Jest w nas ukryta ambicja pokonania wszelkich uczuć negatywnych takich jak smutek czy przewrażliwienie.

Stosunek do moich zranień: poprzez moje rany odkrywam, kim naprawdę jestem. Dzięki nim właśnie mogę się spotkać z moim sercem, dzięki nim staję się żywym człowiekiem. Rany rozrywają maskę, którą na siebie nałożyłem. Ucieczka przed bólem, przed zranieniem w modlitwę może nic nie pomóc. Trzeba wpleść swój ból w modlitwę. Jesteśmy rozczarowani sobą, naszą niedoskonałością i naszymi niepowodzeniami. Niektórzy reagują na rozczarowanie rezygnacją. W sercu zamiera wszelka witalność i nadzieja. Zranienia pokazują mi, iż moje wyobrażenia na temat mojej osoby nie były prawdziwe, że źle oceniłem samego siebie. W miejscu, w którym zostałem zraniony, jestem żywy; tam odczuwam siebie samego, tam też jestem wrażliwy na innych ludzi. Moi bliźni nie mają dostępu do tych miejsc we mnie, w których czuję się silny. Mogą mnie odnaleźć tylko tam, gdzie czuję się załamany. Tam też odnajdzie mnie Bóg.

Doświadczenie poczucia niemocy i klęski: droga ku Bogu wiedzie zawsze poprzez doświadczenie własnej niemocy. Doświadczenie Boga nie jest nigdy nagrodą za nasze własne wysiłki, lecz odpowiedzią na naszą niemoc – poddanie się Mu jest celem naszej drogi duchowej. Asceza nie prowadzi do odczucia siły, lecz słabości, do doświadczenia, iż sami nie jesteśmy w stanie ulepszyć siebie, że zdani jesteśmy całkowicie na łaskę Boga. Dzięki temu doświadczeniu powinienem poddać się, zaprzestać wszelkich wysiłków i osunąć się w ramiona Ojca. Podejście nie-autorytarne a wspólnota: potrzeba byśmy zrezygnowali z naszych idealnych wyobrażeń i zmierzyli się z rzeczywistością. Wtedy uda nam się odkryć wszystkie ukryte w naszej wspólnocie blokady i energie. Chcąc osiągnąć sukces, musimy ponosić ryzyko pomyłki. Kierowanie się jedynie wzniosłymi ideałami przeszkadza w obcowaniu z poranionymi ludźmi.



Liczba wyświetleń strony: 10033177 * Liczba gości online: 24 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC