MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Rygoryzm w życiu duchowym



Wśród wielu osób możemy zaobserwować formy rygoryzmu względem siebie, a także niekiedy również wobec otoczenia. Skoro tylko popełnimy błąd lub w jakiś inny sposób zawinimy, skłonni jesteśmy do wyciągania w stosunku do siebie surowych konsekwencji. Choć chrześcijanie wierzą w miłosiernego Boga, to jeśli w czymś zawiodą lub nie zdołają sprostać własnym wymaganiom, wiara ta nie odnosi niemalże żadnego skutku. Do głosu dochodzą wtedy najcięższe samooskarżenia. Znamy to z własnego doświadczenia. Chociaż wiemy, ze mam prawo do błędu, ponieważ Bóg akceptuje nas takimi jacy jesteśmy, i ponieważ wciąż na nowo przebacza nam, to mimo to surowo osądzamy siebie, jeśli znowu przytrafi nam się błąd, jeśli znów powiemy o kimś coś złego, łamiąc wcześniejsze postanowienie zaniechania tego. Robię sobie wówczas wyrzuty i mówię: „Znowu to zrobiłeś. Przecież mogłeś temu zapobiec. Musisz się więcej wysilać. Do niczego się nic nadaje: Musisz nad tym wreszcie zapanować”.

Podobne tendencje do obwiniania samego siebie pojawiają we mnie wtedy, gdy nie zapanowałem nad sobą, ulegając ciągle tym samym słabościom. Nic nie pomagają wszystkie przemyślenia, jakie zapisałem na temat właściwego podejścia do niedoskonałości. I chociaż setki razy mówiłem sobie, że moje namiętności chcą przybliżać mnie do Boga, ciągle robię sobie jeszcze iluzje, iż kiedyś muszę wreszcie całkowicie nad nimi zapanować, tak by zupełnie zamilkły. Prawdopodobnie przez całe życie trwać musi proces uczenia się, jak dojść do pojednania się ze swoimi błędami, słabościami i namiętnościami, w jaki sposób po przyjacielsku je traktować, zamiast warczeć na nie i tępić je. W bezlitosny sposób obchodzimy się ze sobą zwłaszcza wtedy, gdy w czymś zawiniliśmy. Rozdzieramy nad sobą szaty i zadręczamy się poczuciem winy, ubliżamy sobie nazywając się największymi grzesznikami i nic żałujemy sobie pokuty.

Myśli perfekcjonisty bez przerwy krążą wokół zagadnień winy i odczuwania jej ciężaru: Kompleks winy pojawia się u perfekcjonisty już tam, gdzie pokazuje się cień winy, gdzie w grę wchodzą ludzkie słabości i błędy, gdzie do czynienia mamy z choćby drobnymi niedociągnięciami dnia codziennego. Wszędzie i zawsze istnieje możliwość stania się winnym, niebezpieczeństwo poślizgnięcia się na parkiecie życia i poplamienia pozornie białej szaty. Perfekcjonista nieustannie drży ze strachu przed ściągnięciem na siebie winy.W każdej chwili prześladują go lęki przed popełnieniem przewinienia. Analizując wszystkie swoje czyny, skupia się wyłącznie na problemie winy. Zastanawia się nad każdą rozmową: czy nie był zbyt egoistyczny, czy nie stawiał siebie w centrum uwagi.

Najgorsze jest to, że perfekcjonista wyklucza jakąkolwiek winę w przypadku, gdy ktoś zwraca mu uwagę na faktycznie popełnione przez niego przewinienie, jeżeli powie się do niego np., że jest on egoistą, który za wszelką cenę myśli tylko o swoim czystym sumieniu. Wtedy perfekcjonista jest do głębi zraniony i ciężko urażony; oznacza to dla niego okropne upokorzenie nieomal unicestwienie: on się przecież tak bardzo starał być doskonałym i niewinnym. Wszystko w nim broni się przed przyznaniem się do rzeczywistej winy, od lat dźwiga bowiem tak wiele wyimaginowanych win. Każdy przeciętny człowiek, wiedzący o swoich wadach i słabościach, dziwi się, gdy perfekcjonista z jednej strony ciągle jest pochłonięty rozpamiętywaniem swoich win z drugiej natomiast nic potraf przyznać się do rzeczywistej winy. Ale perfekcjonizm jest po prostu „chorobą i czyni z ludzi zadręczane, cierpiące istoty, które stale ciemiężone są poczuciem winy”. W sprawach dotyczących winy, perfekcjonista nie wie, co to pobłażanie. Właściwie w ogóle nie umie odczuwać radości, wszędzie bowiem węszy potencjalną winę i tak skutecznie pozwala się torturować obawom przed nią, że nigdy nic zaznaje spokoju.

Niekiedy za naszą miłością bliźniego, kryje się bezwzględna postawa względem nas samych. Także w takich sytuacjach niewiele pomaga, gdy człowiek sam sobie przypomina, że bliźniego należy kochać tak jak siebie, że drugiego człowieka kochać można jedynie wówczas, jeżeli się kocha siebie samego. Sama świadomość tej prawdy nie jest w stanie wyzwolić nas z głęboko zakorzenionej podejrzliwości względem nas samych i naszych pragnień. Niejeden poświęca się dla swoich starych rodziców i wcale nic zauważa, jak wiele agresji w nim narasta. Agresji skierowanych przeciwko rodzicom, ale także i agresji w stosunku do siebie, mających swe źródło w braku odwagi do posłuchania swojego serca.

Konsekwencją błędnie pojmowanej ascezy może być agresywna postawa w stosunku do własnej osoby. Greckie pojęcie ascezy jako ćwiczenia, treningu dla osiągnięcia określonych umiejętności w celu stymulacji rozwoju duchowego, zostało przez naszą zachodnią tradycję mylnie zinterpretowane jako postulat umartwiania się. Już samo to słowo zawiera ładunek agresywności. Kryje ono w sobie treści kojarzące się z zabijaniem, odcinaniem, gwałtownym oddzielaniem. Posługując się ascezą dąży się do pełnego zawładnięcia sobą, usiłuje się zapanować nad wszystkimi myślami, uczuciami i namiętnościami. Niektórym udało się w dziedzinie ascezy odnotować postępy godne sportu wyczynowego. Stale podnoszą oni sobie poprzeczkę, aby jeszcze lepiej panować nad sobą.

Niestety, u niejednego chrześcijanina asceza przemieniła się w tyranię zwróconą przeciwko własnym potrzebom i pragnieniom. Totalny ascetyzm jest równie niebezpieczny jak totalny hedonizm. Permanentne przekładanie wyrzekania się wszystkiego nad korzystanie z życia, nie jest zgodne z nauką .Jezusa. Tak samo szkodliwe jest naturalnie przekonanie, że życie duchowe zawsze musi przynosić satysfakcję, że zawsze dostarczać musi wspaniałych przeżyć. Totalny hedonizm przejawiać się może również w innej postaci. Jest nią użalanie się, że wszystko jest tak trudne. Wielu ludzi pytanych o podłoże ich ascetycznej postawy, która przypomina tę z minionych stuleci, odpowiada z rezygnacją: „Nic nie można na to poradzić Zostałem po prostu tak wychowany. Wszystko jest tak skomplikowane. Nic potrafię się zmienić. Musicie mnie brać takim, jakim jestem”.

W tej postawie użalania się nad sobą jest wiele beznadziejności i niechęci do siebie, wiele wymierzonej przeciwko sobie agresji. Zdrowa asceza natomiast oznacza pozytywny stosunek do swojej osoby. Fałszywe pojmowanie ascezy jako umartwiania się wyrządziło Zachodowi wiele zła. Asceza oparta na wyrzeczeniach często szkodziła człowiekowi, ponieważ udzielała mu wskazówek bez uwzględnienia jego duchowej struktury. „Niektóre porady odnoszące się do ascezy okazują się w świetle wyników badań dzisiejszej psychologii głębi nic tylko jako nieefektywne, lecz także jako wprost niebezpieczne dla zdrowia psychicznego”. Gdy zwalcza się tylko symptomy, ale nie uwzględnia się ich przyczyn w psychice człowieka, wtedy „funkcjonowanie takiej ascezy przypomina wielki tłumik, z wszystkimi fatalnymi następstwami jego działania”.

Asceza ma prawo mieć charakter wojowniczy. Musi ona jednak liczyć się z naturą człowieka. Jeśli nie szanując jej praw, próbuje się po prostu wykluczyć niektóre jej przejawy, wówczas do głosu dochodzi „prawo «sprzężenia zwrotnego» popędów”. Jeżeli popęd seksualny zamiast być poddanym transformacji zostanie tylko stłumiony, wtedy nasileniu ulec mogą nietolerancyjne, a nawet agresywne zachowania, zmierzające do zwrócenia na siebie uwagi; są one zresztą często kamuflowane motywami religijnymi”. Także dziś istnieje zapotrzebowanie na ascezę. Rola jej nic polega jednak na zwalczaniu człowieka, tylko wspieraniu go. Dzisiejsza asceza musi zostać wzbogacona o wiedzy psychologiczną, która jest obecnie dobrem powszechnym. Inaczej będzie ona dla nas szkodliwa i doprowadzi nas do wieloletniej stagnacji w życiu duchowym, do duchowej jałowości, a nawet do psychicznego paraliżu.

Za wypaczenie zasad ascezy w chrześcijaństwie winę ponoszą przede wszystkim perfekcjoniści, którzy niewłaściwie zrozumieli słowa Jezusa: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Mt 5,48). Doskonałość u Jezusa oznacza przedstawianie sobą pewnej całości, a nie perfekcjonizm czy nieomylność. Perfekcjonista stara się być coraz podobniejszy do Boga. Chce się z Nim identyfikować. Jednakże ta identyfikacja z Bogiem jako najwyższym wzorcem wpędzić może człowieka w „zamknięty krąg wyśrubowanych wymagań w stosunku do siebie, samozadręczania się narzucaniem sobie różnorakich form przymusu oraz do depresyjnego poczucia niższości”.

Perfekcjonista stworzył sobie system przymusu, który wyrazi się w dokładnych postulatach wyrzeczeń uraz dutej ilości zakazów i rytuałów. Perfekcjoniści „nakiadają na siebie obowiązek trzymania się pewnej sztywnej, pedantycznie ustalonej kolejności modlitw i dobrych uczynków, której dotrzymanie staje się dla nich życiowym celem. Ten obrzęd ma to do siebie, że nie można się już od niego uwolnić, że postępująco zwiększa on liczbę składających się nań rytuałów albo przynajmniej żąda intensywniejszego ich spełniania”.Jeśli ten system przymusu poszerzany jest o coraz to nowe postulaty moralne, prowadzi to często do dyletanckiej postawy względem ascezy. Nic zważając na strukturę ludzkiej duszy, próbuje się forsować różne cele. Pomijając rolę popędów człowieka i potrzeb ciała, koncentruje się zasadniczą uwagę wyłącznie na zwalczaniu tego, co uznano za niepożądane. Rezultat wspomnianej postawy jest taki, że stłumione popędy przechodzą do kontrofensywy i nieustannie dają o sobie znać w postaci pokus albo symptomów w o charakterze neurotycznym.

„Przy niezwykłym wysiłku woli, z wirtuozowską zręcznością, odrzuca się wszelkie pokusy, ignoruje potrzeby duchowe, tłumi odzywające się w głębi duszy uczucia. Efekt takiego postępowania jest taki, że w człowieku przestaje jakby płynąć krew, staje się on bezduszny i mdły. Robi się duchowym wrakiem. Asceza staje się synonimem procesu samounicestwiania się, samozniszczenia.

A więc ludzie upili swoje namiętności, swoje potrzeby. Zachowywali się tak, jak gdyby było im zupełnie obojętne, co jedzą. Nic chcieli czerpać z życia żadnych przyjemności. Ale jeśli człowiek odmawia sobie każdej przyjemności, sam staje się nieprzyjemny i agresywny. W całkowitym zakazie korzystania z życia kryje się wiele agresji. Świat jest wtedy właściwie jednoznacznie zły. Nie wolno nam używać go do naszych potrzeb, nie wolno nam z niego korzystać. Człowiek jest tylko po to, aby poświęcać się, ale nigdy nic wolno mu doświadczać radości, mieć pięknego życia. Taka postawa jest konsekwencją błędnej interpretacji sensu męki Jezusa. Cierpienie jest oczywiście częścią składową naszego życia. Nie wolno nam jednak samodzielnie szukać sobie udręk. Bóg stworzył nas przede wszystkim po to, abyśmy mogli żyć. A Jezus przyszedł, żeby ofiarować nam życie w całej pełni. Ale kto chce żyć naprawdę, ten musi być również gotów powiedzieć „tak” spotykającym go niepowodzeniom, powiedzieć „tak” życiowym cierpieniom, które mogą spaść na niego. Kto powie „tak” swojemu cierpieniu, ten może również cieszyć się swoim życiem, ponieważ nie musi on żyć w ciągłym strachu, że Bóg może mu wszystko odebrać. Jest to typowo pogańska postawa.

Chrześcijaninowi wolno się cieszyć z tego, co otrzymuje od Boga; towarzyszyć temu winna świadomość, że Bóg może to zabrać, ale nie strach, że musi Mu to wyrwać, ponieważ nie przewiduje dla niego szczęścia. Im więcej modlitwy, tym lepiej. Lecz gdy służyć ma ona temu, żeby siłą wyrwać z siebie wszystko co negatywne, to jest ona formą ciemiężenia samego siebie. Niekiedy preferujemy następujący punkt widzenia: muszę zapanować nad sobą, nawet stosując przymus. I cała nasza religijność jest wyrazem gwałtu jaki zadajemy sobie.

Niełatwo odkryć w takiej pobożności proces samounicestwienia się. Człowiek ma dobre zamiary, pragnie spełniać tylko Wolę Bożą. Stara się poprzez modlitwę i wyrzeczenia doskonalić swoje życie wewnętrzne. Wszystko to czynione jest w dobrej wierze – nie musi być jednakże dzięki temu od razu dobre. Stawiając na naszą dobrą wolę pomijamy często znaczenie naszej własnej osobowości. Nie ufamy Bogu, że wszystko co w nas jest, ma sens, i że Bóg może wszystko w nas przemienić. Wiara w przemienienie przez Boga nic żąda od nas, abyśmy wszystko mieli pod kontrolą, Lecz byśmy umieli w uczciwy sposób podzielić się z Bogiem tym wszystkim, co się w nas pojawi. Nic chodzi tu o alternatywę: samodzielnie pracować nad sobą albo pasywnie poddawać się losowi.

Pobożność wymaga zawsze naszej aktywności, tylko że musi ona iść we właściwym kierunku. Nasza aktywność polegać winna na tym, żebyśmy uważnie wsłuchiwali się we wszystkie nasze myśli i uczucia, nasze namiętności i potrzeby, nasze obawy i tęsknoty i dzielili się nimi z Bogiem, rozmawiali o nich z Bogiem, starając się zrozumieć, co Bóg chce nam przez nie powiedzieć, jak Bóg chce nas ukształtować.

Inną formą zadawania sobie gwałtu jest obniżanie swojej wartości. Często jest to zresztą rozumiane jako przejaw pokory. Pojęcie pokory oznacza jednakże odwagę poznania prawdy o sobie, odwagę wejrzenia do najgłębszych zakamarków własnej duszy i pojednania z ciemnymi okolicami naszego , ja”. Tu jednak pojmuje się pokorę jako poniżanie swojej osoby. Człowiek robi z siebie największego grzesznika i wmawia sobie, że jest totalnie zły. Wszystkie jego myśli są jakoby złe. Niczego nigdy nie dokonał. Niczego nie może Bogu zaoferować. Przesiąknięty jest diabelskimi myślami i do niczego się nic nadaje. Niedocenianie siebie jest niczym innym, jak odwrotną stroną przeceniania sił. Ponieważ nie jest się największym, ma się siebie za najgorszego. Zawsze musi tu być jednak stopień najwyższy. Jeśli więc nie ten najświętszy, to przynajmniej ten najbardziej zepsuty. Człowiek wzbrania się przed byciem zupełnie normalną osobą, posiadającą jasne i ciemne strony, przyjemne i mniej przyjemne cechy charakteru. Najbardziej humanitarne, a jednocześnie zgodne z sensem przesłania Jezusa, byłoby pogodzenie się ze sobą i swoją przeciętnością.

Odmawianie sobie wartości występuje często w bardzo subtelnej formie. Niejeden nie uważa się za najgorszego. Sądzi raczej, że kroczy właściwą drogą. W trakcie rozmowy staje się jednak jasne, że nie dowierza swoim uczuciom. Własnym myślom odmawia się znaczenia. Słuszność ma zawsze kto inny. Deprecjacja własnej wartości objawia się czasami w formie samooskarżania się. Jeżeli w rodzinie, w firmie czy w zespole dochodzi do napięć, wówczas szuka się całej winy u siebie. Człowiek nie próbuje zastanowić się nad faktycznymi źródłami zakłóceń. Jest natychmiast skłonny do szukania całej winy u siebie. Są ludzie, którzy wszystkie winy ich otoczenia biorą na siebie. Są oni winni wszystkiemu.



Liczba wyświetleń strony: 10033204 * Liczba gości online: 21 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC