MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Sztuka zaakceptowania siebie



Z pozoru wydaje się to zupełnie proste. Jednak w rzeczywistości jest największą sztuką. Zaakceptowanie siebie stanowi podstawowy problem moralny i centralny punkt całego światopoglądu człowieka. To, że ugoszczę żebraka, że przebaczę znieważającemu mnie, że w imieniu Chrystusa kocham nawet wroga – jest niewątpliwie wielką cnotą. Co uczyniłem najmniejszemu z moich braci, to uczyniłem Chrystusowi. A gdybym miał odkryć, że najmniejszy z wszystkich, najuboższy z wszystkich żebraków, najbezczelniejszy z wszystkich ubliżających, a nawet sam wróg mieszka we mnie, że ja sam potrzebuję dobroci, że to ja sam jestem dla siebie tym wrogiem którego należy kochać, co wtedy? Wtedy odwróceniu ulega z reguły cała chrześcijańska prawda, wtedy nie ma już miłości i cierpliwości, wtedy mówię do bliźniego w sobie «ty głupcze», wtedy dokonuję druzgocącej samokrytyki i wyładowuję na sobie całą złość. Na zewnątrz skrywamy ten fakt, zaprzeczamy, że spotkaliśmy w sobie tego najmniejszego, i nawet jeśliby sam Bóg był tym, który w tej nędznej postaci zbliżył się nas, po tysiąckroć wyparlibyśmy się Go, zanim zapiałby kur.

Najtrudniejsze, a nawet niemożliwe jest zaakceptowanie siebie w swojej prawdziwej, żałosnej postaci. Już sama myśl o tym może przyprawić o śmiertelne poty, stąd ochoczo i bez wahania pierwszeństwo daje się temu, co bardziej skomplikowane, a mianowicie niewiedzy na swój temat i gorliwej trosce o innych, o trudności innych, o ich grzechy. Kto poznał wszystkie mroki swego wnętrza, wie o swoich ciemnych stronach, ten rozumie, że życie udać się może tylko wówczas, gdy przyjmie on wobec siebie postawę miłosierną gdy powie sobie „tak”, godząc się na to, że został stworzony właśnie taki, jak jest. Tylko wtedy, gdy przyjmiemy siebie takimi, jakimi jesteśmy, będziemy umieć zaakceptować szukającego porady, nie potępiając go przy tym.

Miłosierny stosunek względem innych jest możliwy tylko pod warunkiem, że jesteśmy miłosierni dla siebie, że pogodziliśmy się z własnymi niedoskonałościami. Kto spojrzał we własne wnętrze z pełną akceptacją tego, co tam się znajduje, ten może traktować innych z szacunkiem i bez uprzedzeń. Jeśli piętnuję czyjeś zachowanie, nie mogę mu pomóc. Jeżeli lekarz chce pomóc człowiekowi, to musi umieć zaakceptować go w jego faktycznym stanie fizycznym i psychicznym. A uczynić to potrafi tylko wówczas, gdy uprzednio sam w pełni zaakceptował siebie. Zanim będziemy w stanie dobrze potraktować innych, musimy wiec najpierw dobrze ocenić siebie, musimy zaaprobować swoją osobę, niczego w nas nie osądzać surowo.

Zaakceptować samego siebie – na tym polega prawdziwe podążanie za Jezusem Chrystusem. Podążać za Chrystusem, to nie znaczy kopiować Go, lecz kształtować nasze życie tak, jak On kształtował swoje w Jemu tylko właściwych warunkach. Nie chodzi wiec o to, żeby usiłując naśladować Chrystusa stawiać sobie zbyt wysokie wymagania, lecz aby zdobyć się na odwagę przeżywać jedyne, niepowtarzalne życie, które przewidział dla nas Bóg.

Dobre traktowanie własnej osoby nie jest czymś łatwym i przyjemnym. Oznacza ono zawsze podążanie za Ukrzyżowanym, osobiste doświadczanie tego, co stało się na krzyżu Jezusa Chrystusa. Krzyż Chrystusa był przez Niego samego niesiony i był Jego własnym. Branie na siebie już noszonego krzyża jest z pewnością prostsze niż niesienie swojego własnego krzyża, widząc drwiny i pogardę swojego otoczenia. Kto ma odwagę przeżyć swoje życie tak, jak Chrystus przeżył swoje, kto nie ucieka przed swoimi własnymi przeciwieństwami, lecz je znosi i przyjmuje jako część siebie, ten z pewnością – tak jak Chrystus napotka na swojej drodze krzyż, nie będzie to jednak otoczony przez tradycję religijną aureolą krzyż Chrystusa, ale twardy krzyż rzeczywistości, krzyż, którym jest on sam. Dobrze obchodzić się ze sobą, znaczy również – być gotowym do zaakceptowania tego, co człowieka przytłacza, pogodzić się ze swoimi ciemnymi stronami i powiedzieć tak swojemu wewnętrznemu rozdarciu.

Należy bez uprzedzeń wejrzeć w swoją duszę i przekonać się, co w niej odkryjemy, nic oceniając z tego – a przede wszystkim nic dokonując surowego osądu. Celem pracy wewnętrznej jest to, żeby człowiek powiedział „tak” swojej przeszłości, swojemu charakterowi, żeby pogodził się z wszystkim, co w nim jest. Zmienić można tylko to, co się zaakceptowało. Jest to podstawowa zasada ludzkiej natury Zasadnicze zadanie polega na tym, aby wzmocnić poczucie własnej wartości człowieka. Wychowywać powołanych do życia zakonnego na ludzi, mających radość ze swojego życia. Najważniejszym środkiem wychowawczym jest miłość, która musi być rozdzielona równomiernie na każdego, aby każdy mógł odkryć swoją wartość.

Człowiek, który nabierze do siebie zaufania, będzie dobrze postępował w stosunku do siebie. Nie podlega już on przymusowi ciągłego porównywania się z innymi i nie dręczy go poczucie niższości. Przyglądam się moim kłopotom, lękom, winom, wadom, ale ich nie osądzam. Próbuję sobie natomiast powiedzieć: „Mam problemy, ale ja nic jestem moim problemem. Mam ułomności, ale ja nic jestem moją ułomnością. Nie jestem bez winy, ale ja nie jestem moją winą”. Jest we mnie obszar, do którego te uczucia nie mają wstępu.

Jest we mnie obszar wolny od samo oskarżeń, rozczarowań, porażek, złości i strachu. Świadomość istnienia tego obszaru umożliwia mi zaakceptowanie siebie w stu procentach. Nie jestem pod presją konieczności uzyskania kontroli nad jakimś elementem mojego życia. Wiem, że pośród wszystkich niedoskonałości jest we mnie obszar, znajdujący się poza zasięgiem panowania moich namiętności i popędów. Wielu ludzi cechuje okrucieństwo w stosunku do siebie, gdyż sądzą, że siłą muszą się pozbyć swoich lęków, drażliwości, poczucia winy. Stawiają się w przymusowej sytuacji rozwiązywania problemów w sposób ostateczny, tak by nigdy więcej nic dały o sobie znać. Jest to jednak iluzja. Uganiając się za nią można sobie tylko rozbić głowę – do zamierzonego celu nigdy jednak nie dotrzemy.

Nie muszę ujarzmiać mojego strachu, mojej drażliwości, mojej słabości. Moje zadanie ogranicza się raczej tylko do tego, abym odkrył w sobie przestrzeń, w której jest obecny Bóg, przestrzeń, do której te uczucia i problemy nie mają dostępu. Wtedy wiem, że te wszystkie namiętności, z którymi mam walczyć, nic mają nade mną właściwie władzy. Zamiast je tłumić, wystarczy jeśli je tylko zrelatywizuję. Wówczas nie będę już przez nie zdominowany. Wszystko we mnie ma prawo istnieć, gdyż wiem, że tam, gdzie mieszka we mnie Bóg, nic nie jest w stanie zdobyć nade mną mocy. Tam nic mi nie dolega, tam niczego mi nie brakuje. Dzięki temu mogę być dla siebie łagodny i łaskawy.

Miłosierdzie jest najistotniejszą postawą duszpasterzy. Spotkanie w kierownictwie duchowym wymaga miłosierdzia bardziej niż czegokolwiek innego. Lecz kierownik duchowy musi najpierw sam nauczyć się w sposób miłosierny traktować swoją osobę. Dopiero wtedy może on natchnąć osobę, której towarzyszy, odwagą do bycia miłosiernym względem siebie i do zdetronizowania nieustannie go uciskającego, duchowego właściciela niewolników.

Sami często się ciemiężymy. Zamiast pobudzać się do działania słowami: „bądź perfekcyjny – pośpiesz się – sprawdź się – bądź silny”, powinniśmy sobie pozwolić na popełnianie błędów, na przejawy słabości, na to, że nic mamy obowiązku spełniania wszystkich oczekiwań otoczenia. Zbyt często utrudnia nam dobre obchodzenie się ze sobą, nasz życiowy konspekt. Sam sobie szkodzę, jeśli żyję według konspektu: „Jestem nieudacznikiem, do niczego się nie nadaję”. Analizując podłoże mojego życiowego konspektu, mogę stopniowo wyzwalać się spod jego władzy. Z czasem pozbawię mocy prawa, według których muszę umrzeć i odkryję Prawo Jezusa Chrystusa, Prawo, które pozwoli mi żyć.

Podstawowym postulatem w kierownictwie duchowym, jest pogodzenie się ze sobą i ze swoim życiem. Aby cel ten osiągnąć, powinniśmy najpierw zapoznać się ze wszystkim, co jest w naszym wnętrzu, bez wartościowania i bez osądzania, a następnie – biorąc za podstawę dotychczasową historię swojego życia – odkryć naszą wartość i miejsce w życiu. Kierownicy duchowi mają zasadniczo do czynienia z ludźmi, którzy zostali zranieni i nie umieją właściwie radzić sobie ze swoimi ranami. Bez przerwy odczuwają oni ból, nie pozwalający im prowadzić udanego życia. Kierownictwo duchowe nie ma z reguły na celu oswobodzenia prowadzonego, z wszystkich problemów czy spowodowania, by zapomniał u doznanych krzywdach. Zmierza ono natomiast do tego, żeby zmienił swój stosunek do nich, nauczył się postępować z nimi w sposób umożliwiający mu po prostu życie. Jeżeli prowadzony nauczy się dobrze traktować swoją zranioną przeszłość – odzyska zdrowie.



Liczba wyświetleń strony: 10033162 * Liczba gości online: 21 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC