MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Traktowanie człowieka



„Najważniejsze zaś, by mieć dużo pokory, a kiedy proszącemu nie ma co dać, niech mu ofiaruje w odpowiedzi życzliwe słowo, jest bowiem napisane: „lepsze jest dobre słowo, niż dar najlepszy” (Syr 18,17) (RB 31,13-16).

Św. Benedykt w odniesieniu do ludzi domaga się przede wszystkim pokory. Pokora nie oznacza umniejszania się czy spoufalania, lecz oznacza odwagę uznania własnego człowieczeństwa i swego ziemskiego pochodzenia. Kto jest świadomy swojej nędzy, nigdy nie będzie się wynosił nad innych. Nie będzie ich osądzał, co więcej – w ogóle nie będzie oceniał ich postępowania. Będzie się starał obchodzić z innymi, jak z samym sobą. „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Jest to złota reguła postępowania. Drugą osobę należy traktować tak, jak chciałbym być sam traktowany.

Pokora, jako odwaga uznania własnego człowieczeństwa prowadzi do życzliwości i szacunku dla ludzi. Nie możemy spełniać wszystkich życzeń, a jakimi ktoś zwraca się do nas. Natomiast nie ma ograniczeń na dobre słowo, które każdemu w klasztorze możemy powiedzieć. „Złe słowo czyni także dobrych złymi, dobre słowo czyni również złych dobrymi”. Słowo może człowieka zmienić. Słowa które obrażają, wprowadzają człowieka w chorobę. Słowa, które poniżają, wywołują w człowieku poczucie bezwartościowości. Słowa mogą obezwładniać, lub wyzwalać, zginać lub prostować, mogą zniechęcać lub dodawać odwagi, ranić lub leczyć, zabijać lub ożywiać. Kto nie troszczy się o słowa, jakie kieruje w klasztorze do drugiej osoby, nie troszczy się tym samym o człowieka, Brak odpowiedzialności za słowa, jest tożsame z brakiem odpowiedzialności za tego, do którego jest ono skierowane.

Każdy z nas powinien zwracać uwagę na słowa. Nie należy odpowiadać, gdy jestem rozgniewany lub rozczarowany. Niekiedy zupełnie się nie słuchamy. Nie wnikamy w nasze problemy, a jedynie rozmowę możemy potraktować jako dobrą okazję, by mówić o sobie i swoich problemach. Nie jest to wówczas słowo, które buduje, lecz przygnębia. Św. Benedykt oczekuje od nas, że swoim dobrym słowem będziemy w innych wyzwalać dobro. Odwołuje się on do uwagi poczynionej w Liście do Efezjan: „Niech nie wychodzi z waszych ust żadna mowa szkodliwa, lecz tylko budująca, zależnie od potrzeby, by wyświadczała dobro słuchającym”.

Dobre słowa powinny człowieka budować. Budować, znaczy: „wzrastać, rozwijać się, powstawać, mieszkać”. Słowo, które buduje, pozwala człowiekowi rosnąć. W dobrym słowie, można mieszkać, jak w domu, można znaleźć ojczyznę. Dobre słowo jest przestrzenią życia dla człowieka. List do Efezjan jako drugi skutek dobrego słowa wymienia wyświadczanie dobra słuchającemu. Powinno się mu ofiarować pomoc, czułość, miłość. Przez słowo, moja miłość dociera do drugiego i pozwala mu odnaleźć miłość, która jest w jego sercu uśpiona i czeka, by dobre słowo ją przebudziło.

Niekiedy w klasztorze mówimy w sposób nieprzemyślany. Poniżamy innych słowami, często o tym nie wiedząc. Sądzimy, że wyświadczamy komuś wielkie dobro. Bezpodstawne strofowanie innych, obiektywnie rzecz biorąc, zajmowanie się niepotrzebnymi drobiazgami, przyczynia się do szerzenia bardzo ciężkiej i przytłaczającej atmosfery w życiu zakonnym. Powoduje to duchowe zanieczyszczenie środowiska klasztornego. Odpowiedzi ironiczne, albo cyniczne, bardzo zniechęcają. Są tacy, którzy nie potrafią nikogo i niczego pochwalić, widząc w drugich ciągłe zaniedbania, zapomnienia i błędy. Czasami szuka się uporczywie tego, co negatywne.

List do Efezjan nazywa złe słowo zbutwiałym i zgniłym słowem, które powoduje u ludzi zgniliznę. Od takich osób uciekamy, unikamy ich, a one nie wiedzą, że coś w tym wszystkim śmierdzi. Dobre słowo budzi w ludziach dobro. Pomaga im wierzyć w dobro, jakie jest w nich. Dzięki dobremu słowu, człowiek czuje się dobry. W takiej sytuacji, w takim klimacie zarówno wewnętrznym, jak i wewnętrznym potrafimy dobrze się modlić i dobrze pracować. Kto nie widzi w nas dobra, podcina nam skrzydła. To jest ważne w życiu konsekrowanym, aby nauczyć się zauważać dobro i o nim mówić. Kto zwraca się do tego, co dobre w człowieku, ten też wyzwala w nim dobro. W ten sposób czuje się on bardziej motywowany, niż przez krytykę, lub kontrolę.

W zakonach jest praktykowana kontrola. Nikt jej tak naprawdę nie lubi. Zobaczmy, że wówczas, gdy jesteśmy kontrolowani, nie jesteśmy prawdziwymi wobec tych, którzy nas kontrolują. Człowiek wyzwala w sobie wówczas siły przeciwne. Stara się przede wszystkim, aby wykorzystać swoje siły, energię, pomysłowość, na obejście kontroli. Kontrola może zapobiec błędom, ale nie budzi życia. Natomiast dobre słowo, budzi życie.

List do Efezjan wymienia zwłaszcza dwa skutki dobrego słowa: buduje oraz przynosi wsparcie i czułość. Dobre słowo nie tylko podnosi na duchu, lecz przyczynia się także do wytworzenia dobrej atmosfery w klasztorze, oraz budowania wspólnoty zakonnej. Wspólnota bez dobrych słów, staje się domem, w którym osoby zakonne duszą się wzajemnie. Jest jakby fundamentem, na którym może opierać się życie zakonne wspólnoty. Dobre słowo jest też znakiem wsparcia, czułego zwrócenia się do człowieka. Kto doświadcza takiej przychylności, może też z całego serca, oddać się swojej pracy i modlitwie. Natomiast widzę, że tam, gdzie dobre słowo jest jak na lekarstwo, siostry za bardzo są zajęte sobą i swoimi urazami, a wówczas nie mogą koncentrować się ani na pracy, ani na modlitwie. Czy Bóg, w jakimś sensie, nie idzie wówczas na wygnanie z naszego klasztoru?

Gdy słuchamy człowieka i okazujemy mu szacunek, okazujemy mu swoje uznanie i potrafimy zachować dyskrecję, wówczas jest tak, jakbyśmy drugiego człowieka, konkretnie siostrę, karmiły. Uprzejmość i wrażliwość są ważnymi środkami do tego, aby człowiek w klasztorze był po stronie dobra, prawdy, zaangażowania, ofiarności, Boga.

Nie można wynosić się ponad innych w klasztorze, dawać odczuć, że jest się kimś więcej od innych. Nie można osób traktować z góry, lecz raczej jakby z dołu, żeby w ten sposób okazać szacunek. Nie chodzi o pychę, lecz o pokorę. Niektórzy w klasztorach czują się poniżeni, upokorzeni, źle traktowani. To obezwładnia i rodzi bezsilną złość, która utrudnia współpracę i krępuje siły wewnętrznego człowieka w nas. Tak skrępowane w nas siły, nie są do dyspozycji wspólnoty zakonnej, do dyspozycji zgromadzenia.

Jeśli się kogoś boimy, to go nie szanujemy. Św. Benedykt mówi o opacie, ale dotyczy to wszystkich relacji między osobami w klasztorze: opat powinien starać się, aby „był bardziej lubiany, niżby się go bano” (RB 64,14). Kto budzi w klasztorze strach, obezwładnia innych. Tylko za taką osobą, którą lubimy, pójdziemy w przysłowiowy ogień. Człowieka, którego się boimy, opuszczamy go, gdy znajduje się w potrzebie. Widać to między innymi, gdy dany brat, który nie jest lubiany w klasztorze, zachoruje. Nie jest odwiedzany przez braci. Dlaczego te osoby nie wyciągają z tego koniecznych wniosków? Cierpią za inne. Uważają, że działają w imię dobra, a tymczasem, tak rozumiane dobro rozbija życie wspólne. „Po owocach ich poznacie” – mówi Jezus.

Nie powinniśmy się wzajemnie irytować. Św. Benedykt przytacza pewną regułę życia wspólnotowego, którą przekazuje ewangelista Mateusz: „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza”. Przez „małych” św. Mateusz rozumie osoby skromne i proste.

Irytować, oznacza gniewać. A właściwie słowo to oznacza – „zastawiać pułapki”. W jakie pułapki wpadamy, które na siebie nawzajem w klasztorze zastawiamy? Są to pułapki gniewu i złości. Kto bowiem się na mnie gniewa, albo złości, ten zależy ode mnie i musi cały dzień o mnie myśleć. Postępowanie takie budzi bezsilną złość, rezygnację, a nawet niezdrowe poczucie zależności. Gniew i złość w klasztorze bardzo szybko rozlewa się na większość braci, którzy mając do siebie zaufanie, informują się o przyczynach swojego gniewu.

Św. Benedykt tak pisał: „Opat niech wie, jak trudnej i ciężkiej sprawy się podjął: rządzić duszami i służyć wielu w dążeniu do naprawy obyczajów. Jednego musi łagodnie zachęcać, drugiego ganić, innego jeszcze przekonywać. Niechaj do wszystkich tak dopasuje się i przystosuje, zależnie od charakteru i inteligencji każdego, aby powierzona mu trzoda nie tylko nie doznała uszczerbku, lecz nawet cieszyła go jeszcze swoim postępem i dobrem. Przede wszystkim nie wolno mu zaniedbywać ani lekceważyć zbawienia dusz, które jego władzy poddano, a troszczyć się więcej o rzeczy przemijające, ziemskie i znikome. Niech zawsze myśli o tym, że powierzono mu rządy nad duszami, za które ponosi odpowiedzialność” (RB 2,31036).

Życie w zakonie wymaga uczenia się człowieka. Nie znamy siebie nawzajem. Nie wiemy, a czasami mam takie wrażenie, że nie obchodzi nas, jakie myśli i odczucia rodzą nasze słowa w duszy innych braci. Według św. Benedykta kierować, znaczy „prowadzić dusze”. To znaczy – oddać im sprawiedliwość, być wobec nich sprawiedliwym. Prowadzenie duszy oznacza, że zwracam uwagę na wnętrze człowieka, na jego niepowtarzalny obraz, jaki jest w nim, uczyniony ręką Boga. Kierowanie zatem polega na mówieniu do duszy człowieka i jej uskrzydlaniu. Jeśli natomiast człowiek doświadcza lekceważenia lub uciemiężenia w duszy, to odcina się go tym samym, od jego wewnętrznego źródła, z którego wychodzą przecież: pomysły, chęć do modlitwy i pracy, potrzeba bycia twórczym.

Św. Benedykt żąda, aby zakonnicy rozwijali się w swojej oryginalności, jaką dał Bóg każdemu, przez jego charakter. Ważne jest to, jakie są zdolności braci, jakie są ich ograniczenia i zagrożenia, co mogłoby im pomóc, a co przeszkodzić. Postępowanie swoje, należy zatem dostosować do charakteru oraz możliwości rozumienia pewnych spraw, przez konkretnego brata. Celem jest to, aby każdy członek wspólnoty zakonnej z osobna i cała wspólnota, mogły wzrastać.

Dla św. Benedykta człowiek jest ważniejszy, niż realizowanie zadań. Św. Benedykt surowo nakazuje opatowi, aby zbyt małych dochodów klasztoru nie uznał za powód stawiania braciom nadmiernych wymagań i lekceważenia sprawy ich zbawienia. Zbawienie, integralność, dobro jednostki są dla św. Benedykta ważniejsze, niż zrealizowanie jakiegokolwiek zadania. Kto naprawdę szuka Boga, ten będzie miał właściwy stosunek do świata. Kto Boga się boi, ten będzie również właściwie obchodził się z ludźmi, a wówczas nie dozna żadnego braku. Jeśli wspólnota ma cel, który dodaje jej skrzydeł, to rozwinie też idee.

Uświadamiamy sobie pierwszeństwo człowieka nad wszystkimi ideami, którym się tak często podporządkowujemy i do których się dopasowujemy. Św. Benedykt w Regule napisał: „Opat/.../ niechaj nienawidzi zła, miłuje braci. W karaniu niech postępuje roztropnie i bez przesady; aby usuwając rdzę nie zniszczył samego naczynia. Niech baczy na własną ułomność i niech pamięta, że nie godzi się łamać zgniecionej trzciny. Nie chcemy przez to powiedzieć, że ma pozwalać na rozrastanie się wad, lecz niech je tępi roztropnie i z miłością, w sposób, jaki uzna za pożyteczny dla każdego. Niech się stara, aby więcej go kochano, niż miano się lękać.Nie powinien być nieopanowany, ani trwożliwy, ani krańcowy, ani uparty, ani zazdrosny, ani podejrzliwy, bo nigdy nie zazna pokoju. W swych zarządzeniach przezorny i rozważny, czy sprawa, którą nakazuje dotyczy Boga czy świata. Niech zachowuje wnikliwość i umiar, myśląc o roztropności Jakuba, gdy mówił: Jeśli zmęczę moje trzody nazbyt uciążliwą drogą, padną wszystkie jednego dnia” (Rdz 33,13). Niech więc opat przyswoi sobie i ten i inne przykłady roztropności, owej matki wszystkich cnót, i niech wszystkim kieruje z takim umiarem, by i mocni mieli to, czego pragną, i słabi nie uciekali” (RB 64,11-19).

Św. Benedykt cytuje za św. Augustynem, że opat powinien nienawidzić zła, ale kochać braci. Nie chodzi o to, co mnie obchodzi ta, czy inna siostra. Byłoby to znakiem słabości osoby odpowiedzialnej we wspólnocie. Trzeba wyraźnie odróżniać osoby od rzeczy, to, co jest złe, od ludzi, którzy podlegają mechanizmom zła i pozwalają się pociągać w innym kierunku. Przełożony musi zawsze kochać braci, do których odnosi się z korektą, wobec ich postępowania. Powinien im zaufać, że mają dobre intencje, a w błędy popadli z braku dostatecznej wiedzy.

Sama jednak miłość w kierowaniu ludźmi nie wystarcza. Trzeba ją połączyć z roztropnością. Trzeba też w życiu zakonnym umieć korzystać z mądrości ludowej: „byleby nie za dużo, bez przesady”. Ludzie żyjący w wiecie, kierują się m.in. taką zasadą: „wszystko, co za dużo, człowiekowi tylko szkodzi”. Mnisi mówią, że wszelki nadmiar, pochodzi od diabła. Kto chce za dużo ulepszać, wszystko tylko pogarsza. Kto zbyt mocno karci, ten rani tylko człowieka. Jest taka zasada stosowana przez niektóre osoby konsekrowane, gdy są problemy, to więcej i więcej modlitwy: „więcej tego samego”. Zasada ta, rodzi więcej problemów, niż rozwiązuje. Jeżeli żądam od siebie i od innych: więcej modlitwy, więcej pracy, więcej posłuszeństwa – bez dialogu, bez rozeznawania tam gdzie to możliwe – wspólnotowego, to w pewnej chwili otwierają się nam oczy i widzimy klęskę: jesteśmy od siebie daleko, nic nas nie łączy, nie mówimy do siebie, lecz na siebie warczymy, zapomniałyśmy o tym, że człowiek potrzebuje odpoczynku i pogadania z drugim człowiekiem. Niekiedy w zakonach sprawy są stawiane na głowie.

Św. Benedykt posługuje się obrazem naczynia, które można zniszczyć, gdyby chciało się je całkowicie oczyścić z rdzy. Nosimy w sobie możliwość wpływania na zdrowienie tych, z którymi żyjemy. Kierowanie ma coś wspólnego z leczeniem. Kto kieruje innymi, musi mieć na względzie ich uzdrowienie. Musi tak kierować, aby inni odzyskali integralność, aby przezwyciężyli wewnętrzne rozdarcie i mogli żyć i pracować we wspólnocie. Przełożony powinna tak, jak Jezus, podnosić braci i pomagać im się wyprostować, dodawać im odwagi, uzdrawiać.

Kierowanie wspólnotą i uzdrawianie jej, traktujemy łącznie. Od sposobu kierowania wspólnotą, zależy bardzo wiele: bracia stają się chorzy, albo zdrowieją, czują się poniżani lub też podbudowani. Największa odpowiedzialność przełożonego – według św. Benedykta – polega na tym, żeby swoich współpracowników uzdrawiał. Uzdrowienie to może nastąpić dzięki powierzeniu im pracy, która przynosi im radość z życia. Praca, która sprawia przyjemność, czyni zdrowym nie tylko na duszy, lecz także na ciele. Uzdrowienie może nastąpić również wtedy, gdy przełożony okazuje swoim braciom szacunek, poważnie traktuje ich obrażenia, nie rozgrzebuje ran, myśli o każdym z osobna i zastanawia się, w jaki sposób można wzbogacić życie tego brata.

Budząc życie i dając radość z życia, dokonuje się oddziaływanie uzdrawiające na wspólnotę, jak lekarz, który stawia właściwą diagnozę i szuka odpowiedniego lekarstwa. Zdrowa atmosfera we wspólnocie, której warunkiem jest dobre kierowanie, może okazać się skutecznym lekiem na wiele ran, które bracia we wspólnocie co dzień sobie zadają. Lekceważenie i złe traktowanie powodują, że rany wciąż na nowo się otwierają i powiększają.

Św. Benedykt nakazuje opatowi, aby ciągle zwracał uwagę na własną słabość. On sam znał wiele przypadków, w których bardzo surowy mnich doprowadził młodego mnicha, doznającego pokus seksualnych, do rozpaczy, ponieważ zbyt ostro go traktował. Okazywało się potem, że ten, który tak ostro karcił innych, sam nie zachowywał tego, czego żądał od innych. Wielcy moraliści, bywa i tak, nie żyją według reguł, jakie innym stawiają za obowiązujące.

Dlatego przełożony powinien dokładnie zobaczyć w swoim życiu, czy jest w stanie wykonać to, czego żąda od braci, czy u nich poprawia. Przepaść między wymaganiami a rzeczywistością sprawi, że bracia doznają przykrych rozczarowań i zostaną pozbawieni motywacji. bracia są poirytowani zwłaszcza wtedy, gdy przełożony żąda bardzo wiele i bardzo surowo się z nimi obchodzi, natomiast sobie niczego nie odmawia i nie przestrzega wielu zasad moralnych, czy ślubu ubóstwa, przestrzegania milczenia, korzystania z telefonu.

Jeśli dokładnie przyjrzymy się tym osobom (nie chodzi tu jedynie o przełożonych), które tak rygorystycznie odnoszą się do innych, to często stwierdzamy, iż swoją surowością wobec innych chciałyby odwrócić uwagę od własnych słabości. Jeśli znam moją własną chwiejność, moją kruchość, to będę łagodniej traktował domowników, którzy popełnili jakiś błąd. Nie będę się wynosił, ponieważ wiem, że za samego siebie ręczyć nie mogę. Nie mogę jednak popadać w pesymizm, który każe innych traktować za z gruntu złych i uważać, że w tych okolicznościach, jakich przyszło mi żyć, nie można nic zrobić.

Jeśli wiele spraw w klasztorze wygląda źle, to często jest to znakiem tego, że bracia czują się niezauważani, że nikt naprawdę nie troszczy się o nich. Św. Benedykt nakazywał opatowi, aby nie pozwalał na rozrastanie się wad. Nie wolno przygotowywać pożywki dla wad (obraza, zniesławienie, błąd, przywara, zło), opierając swoją władzę na intrygach i niepewnych informacjach lub podburzając braci przeciwko sobie, by samemu wypaść dobrze.

Jeżeli podsyca zło, nastawiając na siebie braci i źle o nich mówi, przełożony może zniszczyć wspólnotę. Nikt w takiej sytuacji może nie chcieć się wysilać. Tak i tak jest przecież obojętne, jak się żyje. Jedną z najbardziej niebezpiecznych postaw w życiu zakonnym jest obojętność na wszystkich i wszystko (również na własne morale, pracę, życie).

W niektórych wspólnotach zakonnych wyczuć można bagno emocji oraz intryg, z czego nie może wyniknąć nic dobrego. Kierować, to dostrzegać błędy i – jak mówi św. Benedykt – tępić je, usuwać. Chodzi mu o skuteczne usuwanie błędów, a nie tylko moralizatorskie mówienie o wszystkim, co nie jest w porządku. Przełożony powinien usunąć korzenie błędów, a nie tylko leczyć objawy. To może zakończyć się dobrze, gdy dokona konfrontacji wspólnoty z tym, co się dzieje, o czym bracia szepczą po kątach; gdy przełożony pozwoli wspólnie omówić to, co jedni mają przeciwko drugim. Jedynie omówienie nieporozumień i konfliktów może sprawić, że stworzy atmosferę, w której wszyscy z sobą współpracują, a nie siebie nawzajem zwalczają.

Obecnie, w wielu klasztorach, nie ma osób zdolnych do szczerej rozmowy o prawdziwych problemach. Bracia mają poważny problem mówić o sobie roztropnie i z miłością. Jeśli mówią, to często napadają na siebie nawzajem i zadają sobie coraz to nowe rany. Każdy myśli tylko o sobie i patrzy tylko na własne sprawy. W atmosferze niepodejmowania rozmów o wspólnych problemach, członkowie wspólnot zapadają na różne choroby.

W życiu zakonnym, będąc odpowiedzialną za wspólnotę, potrzeba być roztropnym. Jest to nic innego, jak zdolność przewidywania, patrzenia poza to, co wpada nam w oczy. Człowiek roztropny, ma szerokie horyzonty myślenia, patrzenia. Nie wypatruje zarówno u siebie, jak i u innych jedynie błędów, lecz sytuuje je w szerszym kontekście. Działać roztropnie, to przyglądać się rzeczywistości z różnych stron, a potem spokojnie postanawiać to, co uważa się za słuszne. Nie działam pochopnie, lecz spokojnie i w sposób przemyślany.



Liczba wyświetleń strony: 10715990 * Liczba gości online: 31 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC