MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Być powołanym przez Boga



Życie zakonne łączy się nierozerwalnie z oddaniem, z jakimś „fiat”. Jest ofiarowaniem całego naszego istnienia, całej naszej miłości i przywiązania, naszych dni i godzin. Trzy zwięzłe, ale wymowne zdania, które w swoim dzienniku zapisał Dag Hammarskjold w marcu 1956 wyjaśniają znaczenie słowa „tak” , które dajemy Bogu:

„Ważysz się powiedzieć „tak” – i oto odkrywasz sens życia.

Powtarzasz swoje „tak” – i wszystko nabiera sensu.

Skoro wszystko ma sens – to nie ma życia bez „tak”.

Ważysz się powiedzieć „TAK” – i oto odkrywasz sens życia! „Tak” jest słowem śmiałym, jest synonimem ryzyka, które wymaga odwagi. Oznacza zostawić coś, żeby można było iść naprzód. Zostawiamy coś, co jest pewne, a udajemy się w nieznane. Rezygnujemy z czegoś, co stało się nam drogie i kroczymy naprzód jako wolni ludzie, bez oglądania się za siebie. „Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem”. „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”.

Takie wyjście wcale nie jest łatwe. Jest to „umieranie po trosze”. To rezygnacja z ludzi i rzeczy, do których przywiązaliśmy się bardziej niż to sobie uświadamiamy. Z ludzi, z którymi jesteśmy blisko, z którymi łączy nas dawanie i branie. W pewnym sensie silniej, bo prawie natychmiast odczuwamy jednak moment zrzekania się czegoś, podczas gdy fakt obdarowania dociera do naszej świadomości dopiero po jakimś czasie. Dopiero wówczas, gdy żegnamy się z czymś naprawdę, zauważamy, jak bardzo jesteśmy przywiązani do rzeczy, które z biegiem czasu nagromadziliśmy, jak bardzo daliśmy się omotać tym małym światom naszych rąk, naszego ducha i naszego serca. W tym małym świecie wymyśliliśmy jakby własną metodę życia i trwania. Niekiedy staramy się to narzucić innym. Nauczyliśmy się w tym naszym świecie dochodzić do ładu. Wyrzekanie się czegoś, to jakby działanie na własną szkodę. Dlatego tak trudno nam się z czymś lub z kimś rozstać.

Być człowiekiem powołanym, to żyć w sytuacji ciągłego odchodzenia, wychodzenia, zrywania z czymś, co zakłócałoby w jakimkolwiek stopniu moje zbliżenie do poślubionego Jezusa. Rezygnować, wyrzekać się czegoś – to stały element życia. Kto broni się, stawia opór, by zaakceptować tę ulotność życia, blokuje swój rozwój i zastyga; a w skrajnych przypadkach może to prowadzić nawet do nerwic. Pierwsi chrześcijanie chętnie nazywali swoją wiarę „drogą”. Bóg jest zawsze większy od ludzi, których spotykamy, od spraw, które na drodze postrzegamy To ku Niemu wciąż jesteśmy w drodze. „Nie mamy tutaj trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść”.

Jezus głosił, że królestwo Boże wymaga, abyśmy umieli rezygnować z siebie: „Bo kto chce zachować swoje życie, starci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je”. W tym życiu nie wyrzekamy się siebie raz na zawsze; to jest proces wciąż narastającego poświęcenia się siebie, to wymóg coraz większej gotowości do hojności z siebie. Zostawianie za sobą ludzi i rzeczy to wcale nie koniec, raczej zapowiedź nowego początku. Zostawić wszystko. Drzewa podcina się po to, by uzyskać bogatsze zawiązki owoców. Jeżeli wydajemy bogaty owoc, to przez to zostaje uwielbiony Ojciec.. Nie przynosi Mu sławy ani nie uszczęśliwia Go puste, mizerne, małostkowe życie, lecz to, co przebija się ku pełni. A drogowskazem jest Jezus. To ten Człowiek, który istnieje dla innych, nas pociąga. Gdy nasze serce przywiązało się do ..., On ofiaruje nam wolność, abyśmy ruszyli naprzód. Jedyne, co nam pozostawia, to miłość: służba Bogu i ludziom.

Człowiek, który ciągle chciałby się wspierać na innych, daleko nie zajdzie. Wsparciem dla nas jest wspólnota tych wszystkich, którzy zgodzili się na życie konsekrowane. Pójście za Jezusem, to zrezygnowanie zarówno z konkretnego bezpieczeństwa, jak i z odczuwalnej akceptacji ze strony innych. To akt wiary. Moja zgoda jest słowem wolności. Prawdziwej zgody, nikt nie może narzucić. Droga którą idę, prowadzi do mądrości krzyża; to jest upadek i zarazem triumf, zwycięstwo i zarazem katastrofa. Ostateczny sens mojego „fiat” odsłania „głupstwo krzyża”. Na tej właśnie drodze i przy mojej całkowitej zgodzie z pozornego bezsensu niespodziewanie wyłania się sens. To umacnia nas w naszym poświęceniu. Ale tak długo, jak obliczamy koszty, szukamy wygód, zabiegamy o uznanie i pozycję we wspólnocie, w tym życiu, tak długo nie powiedzieliśmy jeszcze jednoznacznie „fiat” i nie zrozumieliśmy właściwego sensu życia.

Nie wystarczy tylko jeden raz powiedzieć „tak”. Trzeba je powtarzać wciąż od nowa. Wciąż natrafiamy na przeszkody. Nie pociąga nas z czasem ta zgoda, jaką wyraziliśmy Bogu w pierwszych ślubach zakonnych. Jak trudno poznać Boga w Jego licznych przebraniach, a jak łatwo można Go postrzegać jako rodzaj zagrożenia, któremu się przeciwstawiamy. Często nasze spotkanie z Bogiem, jest ponurym, długim oporem. Ile szkody wyrządzamy sobie tym sprzeciwem. Każda odmowa wypowiedzenia „zgadzam się”, jest uszczerbkiem dla naszej osobowości, hamuje nasz rozwój, podkopuje naszą radość i uszczupla sens naszego życia. Rezultatem tego jest zajmowanie się tylko sobą, zawiść, kompensacja, nałogi, zgorzknienie, wyobcowanie.

Niepełne „fiat” rodzi ludzi kalekich. „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z moich ust”. Musimy powtarzać nasze „fiat”, aż stopniowo obejmie ono wszystko z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Jak długo w mojej przeszłości istnieje coś, co odrzucam, tak długo chowam się jakby w skorupie, której nie można przeniknąć. To, co w sobie tłumię lub z powodu czego wpadam w gniew albo rozdziera mi serce, to wlecze się za mną ogromnym ciężarem. A potrwa do czasu, aż naprawdę zaakceptuję moje cierpienia lub niepowodzenia sprzed odległego nawet czasu.

Moja zgoda może nadać sens czemuś, co na początku wyglądało na bezsens. To wciąż od nowa wypowiadane „fiat” będzie coraz dojrzalsze, głębsze, coraz bardziej ciche, aż w końcu z ciemności wydobędzie się światło, a z krzyża promienny blask. „Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru”. Zgadzamy się Bogu na to, co jest teraz, jesteśmy wdzięczni za talenty, uzdolnienia, ale z czego wcale nie wynika, że wszystkie w pełni są możliwe do zrealizowania. Z całym spokojem chcemy przekształcać nasze słabości w siłę, swoje wrodzone pokusy w łaskę, a darowane możliwości w dojrzały owoc.

Mówić „tak” to uznawać innych, ustępować im miejsca i wspierać tych, którzy potrzebują pomocy; to akceptować sytuację, w jakiej się znajdujemy, i siebie w tej sytuacji. Ciągłe powtarzanie swojego „fiat”, prowadzi stopniowo do zgody na siebie, na swoje życie, na swoje powołanie – która to zgoda potem nadaje sens wszystkiemu innemu. Nie należy tego utożsamiać z bezsilnym samozadowoleniem, które niczego nie chce ulepszyć. Bo ulepszyć możemy jedynie coś, co akceptujemy. Owoce złości, niecierpliwości lub niezadowolenia są bardzo nietrwałe.

Taka postawa, to piękny akt wiary, ponieważ naprawdę nie wiemy, co nas na tej drodze spotkać może. Dzięki zaufaniu do konkretnej osoby zdobywamy się na to, by powiedzieć „tak” doli i niedoli, które niesie przyszłość. Bez mocnej wiary byłoby skrajną głupotą uroczyście i na zawsze ślubować ubóstwo, czystość i posłuszeństwo. Ponieważ piękno i świadectwo ślubowania polega właśnie na tym, że jest ono jednoznacznym aktem wiary.

Wytrwałe powtarzanie „fiat” prowadzi nas w końcu do tego, że życie zaczyna płynąć w innym kierunku. A czym jest bezsens? Tym, że różne doświadczenia życiowe nie mają ze sobą żadnego związku i dlatego wprowadzają zamęt. To po prostu nie ma żadnego sensu – mówimy. Takie doświadczenia paraliżują każdy ludzki wysiłek, obezwładniają człowieka jak myśl, że przecież i tak nic z tego nie wyjdzie. Kumulacja uczuć rozpaczy i beznadziejności może prowadzić do zaistnienia silnych i bardzo pociągających pokus. Pokusy w tym stanie stają się niezwykle pociągające i „rozwiązujące” problem, w jakim człowiek się znalazł.

Przy naszym „fiat” mówionym Bogu dochodzimy do etapu, że inaczej patrzymy na rzeczywistość, niż dotychczas ją postrzegaliśmy. Doszliśmy do sytuacji, w której mamy właściwą widoczność. Nieograniczone „fiat” uczyniło każdą rzeczywistość przejrzystą i sensowną. Teraz poznajemy Go wszędzie, również tam, gdzie przedtem – jak nam się zdawało, nie było Jego śladu. We wszystkim, co daje, daje również siebie. Dlatego we wszystkim można Go odnaleźć.

„Niech mi się stanie według Twego słowa”. Przez to oddaje Bogu swoje ciało; a wszystko, co posiada, też mieści się w tym jednym akcie oddania. Dzięki „fiat”, Maryja całą swoją istotą zwraca się ku Bogu. To słowo tworzy przestrzeń, której potrzebuje Bóg, by stać się Człowiekiem. „Fiat” nie hamuje, nie ogranicza osobowości Maryi, przeciwnie – prowadzi ją do pełnego rozkwitu.



Liczba wyświetleń strony: 9478061 * Liczba gości online: 26 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC