MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Konsekracja (3)



Życie konsekrowane bierze swój początek w kontemplacji życia Jezusa i kontemplacji słów Jezusa. Owocem kontemplacji jest miłość. Życie konsekrowane jest darem Boga. I życie to, nie jest możliwe bez kochania Boga ponad wszystko i wszystkich. Miłość do Jezusa, otwiera na pragnienie życia w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Życie według rad ewangelicznych umożliwia osobom żyjącym w świecie ukierunkowanie swojego spojrzenia na tajemnicę, jaką jest Królestwo Boże.

Rozpoczynam drogę życia konsekrowanego, ponieważ posłuchałem wezwania, które Ojciec nieustannie do mnie kieruje, oraz – pozwalam poruszać się Duchowi świętemu. Posłuchanie Boga, bierze swój początek w słuchanie Jego, który mówi przez Słowa Pisma, mówi w sumieniu... Ze słuchania Boga, rodzą się pragnienia odnoszące się do Niego, ale związane ze stylem mojego życia w Chrystusie.

Jest to droga specjalnego naśladowania. Polega ono na oddaniu Bogu serca. Nie dzielę serca na innych, lecz oddaję całe Bogu, by miłować innych w Chrystusie. Niepodzielność serca możliwa jest wówczas, gdy człowiek jest emocjonalnie dojrzały, lub też ukierunkowany jest na kształtowanie dojrzałej emocjonalności.. Dojrzała emocjonalność uwzględnia potrzebę relacji z Bogiem. Przyjęcie Boga otwiera człowieka na zrozumienie siebie. Człowiek może odkryć miłość Boga, odwołując się do miłości ludzkiej, miłości rodziców.

Życie konsekrowane wymaga „porzucenia wszystkiego”, aby przebywać z Panem, oraz – by jak Jezus – oddać się na służbę Ojcu i braciom. „Przez wewnętrzne i zewnętrzne oderwanie od świata, świadczą o przemijalności..... , a przez post i pokutę ukazują...”. Jest to „najwyższe powołanie, które polega na nieustannym przebywaniu z Panem”.

Dążenie do pełnej wolności wewnętrznej. Dlaczego porzucić wszystko? By kochać więcej. Pragnienie wewnętrzne miłowania Jezusa, staje się więc zasadniczym warunkiem w pójściu za Nim i naśladowaniu Go. Jezus pragnie budować ze swoimi uczniami „partnerskie” więzi, oparte na pełnej wolności wewnętrznej, a nie na uległości opartej wyłącznie na lęku i niewolniczym poddaństwie.

Oddanie się Jezusowi sercem niepodzielnym, jest uzależnione od „wolności wewnętrznej” człowieka. „Jeśli chcesz.... pójdź za Mną”. Moja wolność wypowiada się w tym, czego „chcę i pragnę”. Człowiek wewnętrznie wolny, chce i pragnie przebywać z Panem, oraz służyć braciom. Podstawą do naśladowania Jezusa i podstawą każdej dobrej decyzji jest przede wszystkim, osobista wolność wewnętrzna. Brak wolności, wymuszanie decyzji na sobie samym, czy tym bardziej wymuszanie decyzji na innych, staje się źródłem prawdziwego ludzkiego nieszczęścia. Stąd też, pierwszą troską człowieka przygotowującego się do pójścia za Jezusem, jest troska o wewnętrzną wolność. Jest ona „przestrzenią ludzkiego umysłu i serca” , w której zamieszkuje Bóg. Jemu to człowiek pragnie powierzyć całe życie. Najwyższą formą wolności wewnętrznej, jest całkowite oddanie się i związanie się z Tym, którego kocham najwyższą miłością. Bóg będący samą wolnością, najpełniej związał się z człowiekiem, wydając się ‘w jego ręce”. Wolnym być na drodze życia konsekrowanego oznacza – wydać się w ręce Boga.

Działanie przeciw własnej zmysłowości, miłości cielesnej i światowej. Dlaczego wydanie się Bogu? Oddanie się Jezusowi w miłości, naśladowanie Go, wymaga m.in. działania przeciw własnej zmysłowości i przeciw swej miłości cielesnej i światowej. Osoby konsekrowane są powołane do „odnowy społeczeństwa”. Odnowa ta, domaga się cierpienia i krzyża. Potrzeba utracić swoje życie, aby móc zyskać „nowe życie z Chrystusem”. Utrata swojego życia, prowadzi do przemienienia w Chrystusie, a tym samym do odnowy świata.

Wszelka ludzka pożądliwość jest pierwszym wrogiem pójścia za Jezusem, oraz wrogiem przy podejmowaniu decyzji zgodnych z Jego wolą. Ponieważ „pożądliwość ludzka” nie pochodzi od Ojca, ale od „świata”, nie może ona być fundamentem dobrego życia. Złożenie ofiary z siebie jest możliwe tylko wtedy, kiedy doświadczamy głębokiego pragnienia zjednoczenia swojego życia z Jezusem, a z drugiej, gdy realnie patrzymy na całe swoje życie, w którym daje o sobie znać zarówno własna zmysłowość, miłość cielesna, umiłowanie tego świata.

Już od pierwszych wieków byli ludzie, którzy czuli się powołani do naśladowania Jezusa. Ponieważ „czuli”, postanowili „pójść za Nim”, w sposób radykalny, przez profesję rad ewangelicznych. W ten sposób stawali się:

1. niosącymi Krzyż, oraz.........

2. niosącymi Ducha

Bóg daje łaskę odczucia wezwania, z którym zwraca się do człowieka. W człowieku mogą rodzić się opory wobec pełnego oddania się Chrystusowi. Tym, co pomaga m.in. w ich przezwyciężeniu, jest głęboka świadomość, że ofiarowanie się Jezusowi, jest aktem Jego łaski. Nie powinniśmy jednak czuć się winnymi, jeżeli służba Jezusowi nie budzi w nas emocjonalnego zachwytu i entuzjazmu, ale właśnie uczucie zniechęcenia i oporu. Nie należy przymuszać się do wzbudzenia wewnętrznego pragnienia służby Jezusowi, lecz modlić się o „pragnienie pragnienia”.

Decyzja życia dla Jezusa i naśladowanie Go w tym, przekracza ludzkie siły. Dlatego nie może ona być nierozważnym odruchem emocjonalnym, lecz winna być podjęta po długim namyśle i duchowym rozeznaniu. Taka postawa jest niezbędną, gdy mamy świadomość drogi, jaką przeszły osoby konsekrowane: nawracanie się, wyrzeczenie się siebie i skrucha serca, dążenie do wewnętrznego pokoju i nieustanna modlitwa, post i czuwania, walka duchowa i milczenie, paschalna radość z obecności Pana i z oczekiwania na Jego ostateczne przyjście, ofiarą z siebie, samotność.

Istnieje konieczność „łączenia życia wewnętrznego z pracą przez ewangeliczny wysiłek przemiany obyczajów, posłuszeństwo i wytrwałość, przez gorliwe rozważanie Słowa, sprawowanie liturgii i modlitwę”. Bywa i tak, że usiłujemy z naszej pracy i modlitwy uczynić wprost „miejsce ucieczki przed rzeczywistymi problemami życia”. Świadectwem naszego ofiarowania się Jezusowi, jest przede wszystkim stawianie czoła tym doświadczeniom, które przeciwne są nie tylko naszej naturze „cielesnej i zmysłowej”, ale w ogóle naturze ludzkiej jako takiej. „Posłuszeństwo i wytrwałość, gorliwe rozważanie słowa....”, to ofiarowanie.

W nim jesteśmy zaproszeni, aby przyjąć postawę wolności wewnętrznej i gotowość do znoszenia krzywd i upokorzeń, które spadną na nas niezależnie od naszej woli, a nawet wbrew niej.

„Wspólnoty znakiem komunii, gościnnym domem dla szukających Boga i spraw duchowych, szkołami wiary, ośrodkami dialogu i kultury, które służą budowaniu życia”. Aby to stało się faktem, potrzeba by „Człowiek był bratem” we wspólnocie. Niekiedy z powodu zbyt intensywnego do uduchowienia, czy wręcz do „przebóstwienia”, wielu wspólnotom brakuje ludzkiego ciepła. Wspólnota winna być miejscem dojrzewania osoby, a nie oczekiwania na dojrzałość osoby. Żadne spotkanie z drugim człowiekiem, nie może być wolne od wyrzeczeń, zarówno z jednej jak i z drugiej strony. Wspólnota zatem może i powinna być tym miejscem, gdzie realizuje się cudowna tajemnica ciągle wzrastającego zrozumienia. Otwarcie na drugiego człowieka w pełni przyjęte, jest zawsze otwarciem na łaskę.

Wspólnota znajduje się w niebezpieczeństwie, gdy ludzie odmawiają uczestnictwa w spotkaniach; gdy brakuje miejsca na dialog; gdy osoby obawiają się wypowiadać swobodnie, ponieważ przeszkadza temu dominacja jakiejś silnej osobowości; gdy zamiast włączyć się w życie w wspólnoty, poszukują ujścia swojej aktywności na zewnątrz. Znakiem śmierci wspólnoty jest zwykle moment, kiedy osoby ją tworzące nie czują się szczęśliwe z przebywania razem, z życia, działania i modlitwy wspólnie, lecz wciąż szukają wyrównania na zewnątrz, kiedy cały czas więcej mówią o sobie i o swoich trudnościach, niż o tym co jest dobre, od czego warto i należy czynić więcej dobra.

Zdrowa wspólnota jest zawsze biegunem przyciągającym. Ważne jest dla wspólnoty, żeby umiała znaleźć w sobie oznaki rozkładu, lub też pogłębiania się w dobrym. Wiele napięć we wspólnocie pochodzi stąd, że jedna czy druga osoba nie chce wzrastać, dorastać, dojrzewać. Rozwój wspólnoty zakłada wzrost każdej osoby. Są jednak tacy, którzy opierają się zmianom. Wiele osób odrzuca wzrastanie i wymagania nowego etapu życia wspólnego. Chcą pozostać dziećmi, nie chcą dojrzewać, podejmować odpowiedzialności, za to jaka jest wspólnota, co ona mówi, jakie wartości preferuje, jaki jest jej poziom duchowy, moralny.

„Życie zakonne wymaga od swoich członków, aby – jak pisze Jan Paweł II – przez wewnętrzne i zewnętrzne oderwanie od świata świadczyło o przemijalności obecnej epoki...”. „Przez post i pokutę ukazuje, że nie samym chlebem żyje człowiek, ale słowem Bożym”. Mądrość rodzi się z milczenia osób konsekrowanych, a równocześnie to milczenie jest skierowane na dialog z Jezusem. Milczenie zewnętrzne dla wewnętrznego spotkania. Milczenie, jako znak wewnętrznego spotkania, które trwa. W samotności od ludzi, lecz z obecności przed Panem, rodzi się pragnienie przebywania, trwania w Chrystusie. Mądrość osób konsekrowanych rodzi się ze słuchania Boga, a do tego potrzebna jest samotność zaakceptowana.

Samotność w życiu osób konsekrowanych, jest środowiskiem dla szukania Boga, aby Go słuchać. To słuchanie, porządkuje uczucia, wycisza zmysły, wprowadza w umiejętność nazywania zła – złem, a dobra – dobrem. Odnaleźć się w Bogu. W tym mają pomóc najmniejsze choćby chwile samotności.

Samotność może boleć szczególnie wtedy, gdy człowiek jest wewnętrznie rozdwojony, rozdarty. Samotność jest wówczas oczyszczeniem, wchodzeniem w inny – boski wymiar życia. Ucieczka od samotności, ucieczka od nasłuchiwania Boga, jest podążaniem w stronę rozdwojenia, rozdarcia i głupoty. Wejście w samotność dla spotkania Jezusa jest sposobem na to, by sam Bóg oderwał mnie od świata. Nie milczenie dla milczenia, gdyż taka postawa może frustrować, a nawet wewnętrznie niszczyć, lecz milczenie dla Pana. /W żaden sposób milczenie nie może być powodem do zachowania jedynie prawa/. Nie jestem na taką rzeczywistość skazany, lecz przyjmuję ją w życiu zakonnym, jako drogę do „życia z Chrystusem”.

„Wewnętrzne i zewnętrzne oderwanie od świata”, dla stania się człowiekiem wewnętrznym, poznania i miłowania tego, co jest z Ducha Bożego. Oderwanie się od świata jest spowodowane wielkim pragnieniem Boga. Oderwanie to o tyle będzie owocne, o ile jego źródłem jest wielkie pragnienie, wielka tęsknota za słowem Bożym, za ‘nieustannym przebywaniem z Panem” /Jan Paweł II/. To nieustanne przebywanie z Panem, jest kontemplacją. Ona zaś jest wyrazem i znakiem mojego zakorzenienia się w słowie Boga.

Ad 14. „Życie konsekrowane jest oddaniem swego istnienia w służbę Królestwu Boga, porzuceniem wszystkiego i naśladowaniem wiernie sposobu życia Jezusa”.

A/ „Oddać swoje istnienie...” Żyć, to wybierać, podejmować decyzje – dobre decyzje. Oddać swoje życie, to uzależnić całkowicie swoje wybory od słów Jezusa, od Jego pragnień. Nehru, kiedy jako premier Indii przyjmował przedstawicieli Kościoła, powiedział: „Jedno można powiedzieć o chrześcijanach. Wiedzą czego chcą”. Parafrazując te słowa, można powiedzieć: osoba konsekrowana, oddając swoje życie Jezusowi, wie czego chce.

„Oddać swoje istnienie” może ten, kto odkryje, jakie jest jego powołanie. Życie, to odkrywanie myśli, jakie Bóg zostawia we mnie. Oddać swoje istnienie, pojawia się jako realne pragnienie poczucie przynależności. Odnajduję się w tym charyzmacie. Identyfikuję się z tą drogą. Temu oddaniu towarzyszy zarówno spokój, jak i napięcie. Napięcie dlatego, że człowiek czuje, że odnalazł, lecz równocześnie, iż wciąż musi szukać.

Tylko człowiek szczęśliwy chce oddać swoje istnienie. Nieszczęśliwy jest pozbawiony wewnętrznej wolności, stąd nie posiadając siebie, nie może siebie ofiarować. Z tego, wspomnianego poczucia przynależności, pochodzi zdolność szacunku wobec wspólnoty takiej, jaką ją zastałem, takiej jaką ona jest. Przynależność oznacza przyjęcie odpowiedzialności za nasz wspólny wzrost.. „Oddać swoje istnienie”, to chcieć wzrastać, chcieć kochać, chcieć rozumieć, chcieć nawracać się „przez odnawianie umysłu”, przez przemianę odczuwania w odniesieniu do Boga, siebie, a także bliźnich.

„ Oddać swoje istnienie „ oznacza – oddać się modlitwie, doświadczaniu, przeżywaniu tego, co Bóg czyni w nas. Nie tylko pozwalam Mu na działanie we Mnie, ale patrzę na Jego działanie, które mnie kształtuje. Uczę się rozpoznawać Jego rękę na mnie, we mnie; Jego tchnienie, które mnie stwarza. „Oddam swoje życie” Osobie, której warto się oddać, którą spotkałem osobiście. Temu oddaniu towarzyszy również umiłowanie medytacji i kontemplacji. Miłuję słowa, które do Niego należą.

B/ „Porzucenie wszystkiego”. To nie jest jedynie akt rozumu, lecz przede wszystkim serca. Modlitwa przekształca. Człowiek stopniowo staje się tym, co lub kogo kontempluje. Kontemplacja Boga umożliwia dostrzeżenie i przeżywanie tego, co nie prowadzi do Niego, a tym samym jest godne odrzucenia. To, co niewątpliwie zasługuje na odrzucenie, to iluzje.

1. Iluzja sentymentalna. Jest ona charakterystyczna dla tych, którzy twierdzą, że do poznania Boga wystarczy „czuć” Go w swym wnętrzu. W ten sposób redukuje się miłość do przyjemnych emocji, a Bóg robi na mnie pozytywne „wrażenie”, lub też nie robi. Bóg może, w ten właśnie sposób, stać się jedną z „miłych emocji”. To prowadzi do faktu braku doświadczenia Boga. Fakt ten wynika z tego, że stany emocjonalne są nie stabilne. Istnieje zatem niebezpieczeństwo /w rzekomym doświadczaniu Boga/, łatwego przechodzenia od momentów wielkiego entuzjazmu, do okresów chłodu i obojętności w życiu duchowym. Człowiek taki jest zdolny do wielkich przyrzeczeń, kiedy czuje się blisko Pana, ale kiedy brakuje mu emocji pozytywnych, błyskawicznie zniechęca się i zraża.

Równocześnie w dziwny sposób ocenia swoją modlitwę. Uważa, że modlił się dobrze wyłącznie wtedy, gdy doświadczył określonej przyjemności, albo też, gdy „zobaczył” Bożą Opatrzność nad sobą, jako coś pięknego, atrakcyjnego i wyzwalającego entuzjazm. /”Bóg jest świetny. On jest taki kochany, taki superoski. To w porządku „facet”/. W tej sytuacji człowiek modli się wówczas, gdy odczuwa taką potrzebę. Nie jest w stanie znieść milczenia i nieobecności Boga. Nie potrafi zrozumieć, że to właśnie dla jego dobra, Bóg od czasu do czasu odchodzi /J 16, 7/, lub też udaje, że odszedł /Łk 24, 28/. Nie rozumie również, że Bóg nie pozwala się odnaleźć tam, gdzie człowiek uparł się wyznaczyć Mu spotkanie, lub też tam, gdzie wyśniło GO ludzkie serce /Mt 16, 21-23/.

Człowiek kierujący się emocjami, przede wszystkim w swoim życiu duchowym, konsekrowanym – szuka bardziej pocieszenia od Boga, niż Boga pocieszenia. Takie doświadczenia uczuć, emocji nie sprowadzają nawrócenia, jak również nie prowadzą do rozmiłowania się w Bogu / wbrew naszemu przekonaniu, że potrafimy Go kochać /. Rozmiłowanie się, oznacza zaangażowanie całej osoby.

To nie powierzchowna i ulotna emocja. Kocha „całym sercem” ten człowiek, który kocha „wszystkim” ...... również wolą, umysłem, czynem.

Gdy Bóg jest jedyną i największą miłością, możliwe są jeszcze inne miłości. Natomiast człowiek, który bawi się uczuciami, pomimo wszystkich „miłosnych wyznań”, w rzeczywistości kocha Boga miłością słabą i nietrwałą. Tak również będzie kochał swoich bliźnich. Typ „uczuciowy” w istocie jest mało miłującym i „zakochanym”. Ucieka w odcieleśnioną duchowość, łudząc się, że kocha wszystkich, nie kochając naprawdę nikogo, albo też kocha w sposób instytucjonalny, przywiązując się do tych, od których ma nadzieję otrzymać uczucia, zmuszając Boga do dzielenia w jego sercu miejsca z wszystkimi innymi miłościami, nieustannie ze sobą konkurującymi. Jakie więc może być jego doświadczenie Boga? Jest ono raczej doświadczeniem chaosu jaki istnieje w jego wnętrzu i w gruncie rzeczy – iluzją.

2. Iluzja moralna. Człowiek wychodzi z założenia, że aby doświadczyć Boga wystarczy uczynić określone rzeczy, przestrzegać konkretnego kodeksu moralnego, celebrować to, co należy do kultu, poddać się ascezie. Po uczynienie tego stawia pytanie: „Czego mi jeszcze brakuje?” Otóż, doświadczenie Boga jest czystym darem Bożym. Człowiek może jedynie uczynić się godnym przyjęcia tego daru: z wdzięcznością, pełną świadomością swoich ograniczeń, radością z powodu doznanego Miłosierdzia. Gdy człowiek przyjmuje postawę: „zrobię wszystko sam”, wówczas brakuje tego, że:

a/ Człowiek nie potrafi powiedzieć – dziękuję. Gdy coś posiądzie, z zakresu życia duchowego, moralnego – traktuje to jako swoją własność, owoc swoich wysiłków i wyrzeczeń. „Świętość” traktuje jako coś, w czym inni mogą zobaczyć pozytywne strony jego osoby i co służy „zarabianiu” na własne zbawienie.

Ze swoich cnót – prawdziwych, czy też iluzorycznych – czyni bożka, nie zdając sobie z tego sprawy; tym się chlubi, traktuje jako zasługę, która pozwala mu czuć się w porządku w odniesieniu do Boga i lepszym od swoich bliźnich. Zasadniczo nie wychodzi poza reguły, nie jest kimś, kto się wysila. A jeśli już to robi, to czuje się bohaterem, lub ofiarą.

B/ Jest niezdolny do uznania swoich ograniczeń. Ograniczenia nie zgadzają się z jego zapatrzeniem się w siebie /z wrodzonym narcyzmem/. Ograniczenia nie zgadzają się także ze świadomością własnej wystarczalności. Usiłuje je negować, zminimalizować, przerzucić na drugiego lub .... kompletnie je odrzucić. Nie potrafi on przyjąć / poza nieumiejętnością przyjęcia własnej grzeszności / Miłosierdzia, które Bóg okazuje mu w sposób bezinteresowny, darmowy. Nie musiał na to zapracować, zasłużyć. Trudno jest mu potraktować własne ubóstwo / uczuciowe, duchowe, moralne, świadomościowe / jako drogę do otrzymania Łaski, w której można czuć się kochanym.

C/ Usiłuje taki człowiek zignorować bądź zmniejszyć w sobie świadomość dotyczącą własnych ograniczeń. Dlatego powraca z coraz większą siłą do reguły przestrzeganej z całą drobiazgowością, stając się w ten sposób „ legalistą – perfekcjonistą ‘. Ściśle przestrzegając reguły, bywa często bardzo surowy dla samego siebie oraz dla najbliższych. Wnętrze takiego człowieka jest ubogie w namiętności i entuzjazm: czasem chłodny i niezdolny cieszyć się życiem i swoim wyborem powołania. Staje się smutnym człowiekiem. Zużywa bardzo dużo energii na perfekcjonistyczne wysiłki. Jego życie nie ma nic z tego, co by można nazwać pasją życia wartościami. Stara się raczej działać niż tracić czas na rozmyślania. Jego serce i umysł nie uczestniczą w wystarczającym stopniu w doświadczeniu Boga i chociaż pomnaża on praktyki religijne wykonywane z dużą precyzją, nie pozwala jednak ogarnąć się tej Tajemnicy Boga w której uczestniczy. Czci Boga wargami, a serce jego daleko jest od Pana.

On nie jest zakochany. Nie ma w nim śladu złej woli. Jest nawet nadmiar dobrej woli, której wartość jest wątpliwa. Sama dobra wola nie wystarcza, aby człowiek zdołał długo wytrwać w zaangażowaniu duchowym, żądając od siebie czynienia pewnych rzeczy tylko dlatego, że musi i chce je robić. Wcześniej lub później zniechęca się i rezygnuje / jeśli nie kończy się to wyczerpaniem nerwowym /.

3. Iluzja intelektualna. Jest nadmiernie przywiązany do znaczenia rozumu w życiu wewnętrznym. Jest tak dlatego, ponieważ nie rozwinął w wystarczającym stopniu własnych zdolności do kochania i pragnienia. Jest to typ racjonalisty, który ucieka od „zarażania się uczuciami”.

A/ Nie posiada poczucia transcendencji, ani też poczucia misterium. Sprowadza wszystko do wymiaru swoich myśli i swoich koncepcji. Posiadanie wątpliwości czy przyznanie, że czegoś nie rozumie, uważa on za poniżające i świadczące o braku perfekcji. Dla niego wszystko jest jasne. Wie wszystko o Bogu, nie miał nigdy problemów z wiarą, jest zawsze gotowy udzielić wyjaśnień. Jest człowiekiem, który nie potrafi zrozumieć tych, którzy mają trudności i wątpliwości.

A przecież wierzyć, oznacza – być zdolnym do kroczenia w ciemnościach, a zawsze jest akceptacją tajemnicy, która przewyższa człowieka. Człowiek wchodzi w relację z Bogiem, kiedy uznając własną niezdolność do rozumienia, zachowuje w sercu to, czego nie pojmuje i godzi się pozostać naprzeciw tajemnicy. To „pozostanie” mistyka chrześcijańska, nazywa adoracją.

B/ Ten, kto potrafi adorować , odkrywa Serce Boga i Jemu się oddaje. Powierza swoje życie w ręce Ojca i pozwala Mu na rządzenie nim i kierowanie go tam gdzie Mu się podoba. Kto nie adoruje, nie może poznać Boga ani pozwolić Mu się kochać. Nie akceptuje przeszłości, stara się trzymać kontrolę nad teraźniejszością, patrzy z niepokojem w przyszłość /Mt 6, 25/. Wszystko co naznaczone jest niepewnością, stanowi dla niego problem; chciałby widzieć i rozumieć, aby móc programować i przewidywać. Nie potrafi niczego zawierzyć. Stara się trzymać życie w swoich rękach, ściśle opasane przez system bezpieczeństwa kontrolowany bezpośrednio przez niego. Jest to człowiek, który pragnie wierzyć tylko głową, wykluczając serce i dzieła dobrej woli. Jest to więc kolejna iluzja.

Pierwszą i najbardziej istotną radą ewangeliczną jest ślubowana czystość. Paul Claudel swemu przyjacielowi, który był przekonany, że wybór czystości oznacza odłączenie się od nurtu prawdziwego życia, odpowiedział: „Żyjemy jeszcze starym romantycznym przesądem, że najwyższe szczęście, wielka korzyść, jedyna przygoda życiowa polega na naszych stosunkach z kobietą i na zadowoleniu zmysłów, jakie stąd płynie. Zapomina się o jednym: że dusza i duch, to rzeczywistości równie silne, równie wymagające jak ciało – są nimi o wiele więcej. I że jeżeli temu ostatniemu pozwolimy na wszystko, czego żąda, będzie to ze szkodą dla innych radości, innych wspaniałych sfer, które pozostaną zamknięte na zawsze. Opróżniamy kieliszek niedobrego wina w jakiejś knajpce czy lokaliku, a zapominamy o tym dziewiczym morzu, które inni kontemplują o wschodzie słońca”.

Jeden z najsławniejszych uczniów Freuda napisał: „Prawdziwe i heroiczne nadanie wartości własnemu życiu ma swoje miejsce poza sferą seksualną, poza drugim człowiekiem. Dla osiągnięcia stabilności, człowiek musi skierować swój wzrok ponad innych i ponad ich pociechy, ponad wszystkie rzeczy tego świata”. Zatem, gdyby istniała tylko natura, nie byłoby uzasadnionej przyczyny przeciwstawiania się naturalnym skłonnościom i popędom. Naturalnym stanem człowieka jest właśnie dziewictwo / w pewnym sensie /,bo nie jesteśmy powołani, by żyć w wiecznej relacji pary małżeńskiej, ale by żyć w wiecznej relacji z Bogiem.

To Bóg a nie ludzki partner, ma być zawsze naszym „wszystkim”.

Czystość, dziewictwo jest cenną pomocą w dążeniu do jedności wewnętrznej, bo pozwala „trwać przy Panu bez roztargnień”. Zjednoczenie w sobie i zjednoczenie z Panem – na tym polega jedność. Św. Augustyn mówił: „Bo mniej Ciebie kocha ten, kto równocześnie z Tobą kocha coś, czego nie kocha dla Ciebie”. Jednością jest czystość serca. Polega ona na pragnieniu coraz mniej rzeczy, aż dojdzie się do pragnienia tylko jednego. „O jedno proszę Pana, tego poszukuję”; „Gdy jestem z Tobą nie cieszy mnie ziemia” /Ps 73,25/. Taki człowiek zbliża się do prawdziwego dziewictwa serca. Dziewictwo serca, czystość polega na pragnieniu wyłącznie jednego, a tym jest Bóg.

Czystość, dziewictwo polega na stopniowym uwalnianiu się od namiętności i pragnień, w celu zjednoczenia się z Bogiem. Serce nie podzielone jest rzeczą dobrą pod warunkiem, że kogoś kocha. Lepiej bowiem jest mieć serce podzielone, które kocha, niż nie podzielone, które nie kocha nikogo.

Peguy napisał: „Ponieważ nie należą do człowieka, myślą, że należą do Boga”. Istotą celibatu, czystości , dziewictwa dla Królestwa jest miłość do Pana. Płodność tego stanu, sens życia w tym stanie, zależy od miłości. Dziewictwo, czystość bez miłości nie jest prawdziwym dziewictwem, prawdziwą czystością.

Mówiąc o czystości, należy także powiedzieć o przyjaźni „duchowej”. Otóż przyjaźń „duchowa” nie istnieje, ale każda prawdziwa przyjaźń jest przeżywana i wyrażana na płaszczyźnie wrażliwości ciała. Trudności w czystości wynikają najczęściej za spóźnionego rozwoju emocjonalnego. Niedojrzałość uczuciowa osób żyjących w celibacie polega m.in. na tym, iż w swoim zachowaniu emocjonalno-seksualnym, biorą pod uwagę przede wszystkim własną „czystość”, nie licząc się zbytnio z uczuciami osób, z którymi nawiązują głębsze kontakty. Słowne zabezpieczanie się: „Jesteśmy tylko przyjaciółmi”, może być jedynie wzajemnym oszukiwaniem siebie. Jeżeli bowiem istnieje doświadczenie wyłączności w tej relacji, ta przyjaźń już przemieniła się w związek o charakterze erotycznym, choć może nie ma w nim jeszcze elementów seksualnych. Te pojawiają się zwykle nieco później. Taka dwuznaczna relacja emocjonalna, choć może być korzystna dla rozwoju emocjonalnego osoby konsekrowanej, może być jednocześnie wielką przeszkodą dla rozwoju duchowego i moralnego.

Jest to bowiem posługiwanie się drugim człowiekiem jako przedmiotem, dla własnej korzyści. Osoby wchodzące w tak dwuznaczne relacje, podświadomie jednak czują, iż nie są to relacje moralnie przejrzyste. Nieporozumienia w tym zakresie polegają m.in. na tym, iż jedna strona traktuje daną więź, jako niezobowiązującą przyjaźń, natomiast druga strona, jako więź erotyczną.

Jakie mogą być pomoce do twórczego przeżywania celibatu, czystości?

1. Pierwszym środkiem w rozwoju czystej miłości w celibacie, jest głębokie życie modlitwy. Bez zażyłej, oblubieńczej więzi z Bogiem, zachowanie celibatu staje się zadaniem przekraczającym siły człowieka. Nic poza Bogiem nie jest w stanie ukoić do końca serca człowieka, które dobrowolnie pozbawia się miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Nie pomaga na dłuższą metę, nawet idealistycznie pojęta miłość bliźniego: przyjaźń, aktywność społeczna, działalność apostolska. Te formy są miejsce dawania siebie innym, ale nie stają się nigdy same w sobie źródłem siły do zachowania czystości. Intensywne życie modlitwy, może wypełnić ludzkie serce. Serce, w którym jest miłość do Jezusa, będzie w stanie panować nad nieustannie odradzającymi się potrzebami i pragnieniami związanymi z miłością erotyczną.

2. Innym środkiem do zachowania czystości jest kierownictwo duchowe. Człowiek niejednokrotnie nie umie właściwie ocenić własnych przeżyć, rodzących się pragnień, potrzeb emocjonalnych i seksualnych, by nabrać do nich dystansu. Osoby pragnące żyć w czystości, są – jak wielu innych ludzi, zranione w dziedzinie seksualnej. Lęk przed rozmową na ten temat, jest zwykle znakiem represji seksualnej, która czyni człowieka niezdolnym do dojrzałego zachowania czystości. Rozmowa jest konieczna, gdyż ona pozwala uświadomić bezsens dławienia swoich najbardziej ludzkich potrzeb i pragnień seksualnych.

Człowiek żyjący w celibacie, nie wyrzeka się seksualności jako takiej, ale wyrzeka się realizowania jej przez małżeństwo. Przy rozwiązywaniu problemów w tej dziedzinie, nie wystarczy jedynie odwołać się do doraźnego wysiłku własnej woli. Konieczne jest sięgnięcie di najgłębszych przyczyn. Zdarza się bowiem, że zachowania seksualne, mają swoje poza seksualne korzenie.

3. Bardzo pomocnym środkiem do zachowania czystości jest także trud wiernego wypełniania powierzonych obowiązków i zadań oraz przyjmowanie z pokorą ciężarów, które niesie z sobą samo życie.

4. Ważnym środkiem jest pielęgnowanie życia wspólnotowego i głębokich przyjaźni. Istnieje współzależność pomiędzy rozwijaniem przyjaźni, a wzrostem w czystości dla Królestwa Bożego. Przyjaźń nie może posiadać znamienia wyłączności. Nikogo nie chce posiadać tylko dla siebie, ani też nikomu nie daje się zniewolić.

Osoba żyjąca w celibacie, będąca w relacjach z płcią przeciwną, winna być świadoma tego, co dzieje się w świecie jej własnych uczuć jak i w świecie uczuć tych, z którymi jest związana. Nie zdajemy sobie niekiedy sprawy z uczuć, które budzimy w innych swoim zachowaniem. Ofiarowanie komuś uczuć, może być bolesnym zranieniem drugiego człowieka. Niespełnienie oczekiwań, staje się wówczas źródłem wielkiego cierpienia.

5. Żyjąc w celibacie należy integrować własną seksualność z życiem emocjonalnym i duchowym. Represjonowana seksualność w celibacie jest bardzo niebezpieczna. „Konflikty zdławione na polu seksualnym mogą przejawiać się także w zachowaniach nie seksualnych. Seksualność zanegowana, lub nie uznana, daje znać o sobie poprzez nieuświadomione sposoby działania, to znaczy w zastępczej gratyfikacji i obronnej ucieczce” – pisze jeden z autorów. Np. oschłość emocjonalna podpierająca się zwykle prawem, nieludzkie wprost wymagania stawiane innym, wielkie ambicje, zachłanność na dobra materialne, perfekcjonizm, który nie pozwala sobie samemu ani innym pomylić się w najdrobniejszej sprawie, kompulsywna / natrętna, nieodparta skłonność do wykonywania jakiejś czynności / potrzeba zewnętrznego porządku i nienagannej czystości zewnętrznej – mogą być przejawem represjonowanych potrzeb i pragnień erotycznych i seksualnych.

Całkowity brak odczuć, jakichkolwiek pragnień, potrzeb, napięć seksualnych człowieka żyjącego w celibacie, może wiązać się także z jednoczesną drażliwością „na punkcie własnej osoby” i wielką potrzebą dominowania nad innymi; z drugiej strony zaś – z odczuciami głębokich depresji, smutku i ciągłej frustracji. Ta nie zaakceptowana, nie przyjęta energia emocjonalno-seksualna, może być skierowana tak przeciwko sobie jak i przeciw drugiemu.

6. Podobnie jak w miłości narzeczeńskiej, małżeńskiej, tak samo w zachowaniu celibatu, czystości konieczna jest znajomość pewnych praw rządzących ludzką miłością i seksualnością. Literatura pokazuje niekiedy celibatariuszy jako „stare panny” i „starych kawalerów”, czyli jako ludzi zamkniętych w sobie, będących ciągle w złym humorze, suchych emocjonalnie, nietolerancyjnych, złośliwych, drobiazgowych i skrupulanckich. Delikatność, wrażliwość, zdolność współodczuwania, ofiarność – wszystko to rodzi się także jako owoc zintegrowanej seksualności.

B/ „....... Widzą już tylko samego Jezusa” w uniżeniu ludzkiej natury i słyszą wezwanie, aby powrócić na nizinę i tam wraz z Nim wypełniać z trudem Boży zamysł i odważnie wejść na drogę Krzyża”. Jezus przemienił się wobec nich. To objawienie „przygotowuje ich na dramat Krzyża” – Jan Paweł II.

Piotr jest tu uosobieniem człowieka woli, człowieka impulsywnego, spontanicznego, który działa natychmiast, gdy coś wewnętrznie przeżywa. Jan, jako umiłowany uczeń, jest człowiekiem uczucia, człowiekiem wrażliwym, żyjącym miłością. Jakub, to człowiek prawa, wysoko ceniący sobie porządek, żyjący według jasnych zasad, ale też łatwo może stać się doktrynerem. Wszystkie te moce obecne w nas, mają się spotkać ze Zmartwychwstałym na „górze przemienienia”.

Przemienienie należy do naszych doświadczeń, jest istotnym elementem naszego życia. Dopiero z nim zaczyna się życie. Chwile przemienienia zawsze są darem. Nie można ich wymusić ani ascezą, ani medytacją, ani zachować na stałe. Uczniowie modlili się, spali, widzieli światło i ogarnął ich lęk. Te cztery doświadczenia charakteryzują również nasze życie.

Kontemplacja Jezusa jest po to, by utwierdzić się w wierze, a „później” nie załamać się wobec Jego oblicza zniekształconego na Krzyżu /Jan Paweł II/. Życie konsekrowane można wyrazić słowami: „Jak dobrze jest przebywać z Tobą, oddawać się Tobie, skupić całe swoje życie wyłącznie wokół Ciebie”. Aby dojść do takiego doświadczenia Boga, trzeba mieć odwagę dokonywania wyborów. Nie wystarczy jednorazowy wybór „raz na zawsze” poprzez wyznanie wiary czy złożenie ślubów zakonnych. Wybór taki musi być wciąż uwiarygodniany, gdyż tylko taki może być wciąż świeży i żywy. Tak czynić należy również z tej racji, że istnieje ryzyko bierności i odpływu żywotności, „urządzenie się”, lub – „przedwczesnej emerytury”, na jaki narażony jest ten, kto żyje w sposób monotonny, bez niespodzianek czy nowości zadowalając się kontynuowaniem wędrówki bez poszukiwania problemów i starając się w miarę możliwości unikać prób i kłopotów.

Osoba tego typu nie dostrzega niezliczonych wyzwań ukrytych w każdym momencie życia, nie podejmuje ich. Co więcej, starannie przed nimi się broni. Dlatego ustaje wzrost duchowy, a życie tej osoby jest zdławione przez nudę i przeciętność, nawet Bóg i rzeczy związane z życiem duchowym roztapiają się w nudzie. Dzieje się tak, ponieważ każdy wierzący jest pielgrzymem. Jeżeli zatrzyma się, czy utraci smak wędrówki, jego wiara znajdzie się w niebezpieczeństwie.

Aby doświadczyć Boga potrzebna jest odwaga dokonania określonego typu wyborów. Albo wybieramy Boga, albo nas samych. Wybranie doświadczenia Boga, oznacza oparcie codziennych wyborów na określonych kryteriach.

1. Decyzje spójne.

2. Decyzje znaczące.

Ad 1/ Nie wystarcza świadomość, co należy czynić, lecz potrzeba wyrażać to w konkretnych działaniach. Nie jest możliwa prawdziwa wiara w to, czym człowiek nie żyje na co dzień. Wyznawane przez nas wartości pozostają w nas żywe w takim stopniu, w jakim wyrażamy je przez właściwe zachowania. Powtarzające się zachowania sprzeczne z wartościami mogą doprowadzić do ich upadku w nas. W pewnym momencie, gdy czystość, ubóstwo i posłuszeństwo nie zostaną wyrażone w działaniach, to poddamy w wątpliwość sens składania ślubów i ich treści.

Każdego dnia istnieje jakaś rzecz, której trzeba się wyrzec i którą należy poświęcić. Pojawia się jakiś próg, na który trzeba się zgodzić. Na płaszczyźnie fundamentalnego wyboru , chcemy doświadczyć spotkania z Bogiem, lecz później, w drobnych wyborach, już Go nie chcemy, a w konsekwencji nie dostrzegamy nawet tego, co czyni Bóg. Aby móc doświadczyć spotkania z Bogiem, potrzebna jest wewnętrzna spójność życia.

Ad 2 / Znaczące decyzje. Nie tylko rozstrzygające pewne sprawy, ale pełne stanowczości i doprowadzone do samego końca bez względu na cenę, jaką trzeba płacić. Wybór Boga musi być decyzją rozumną i pełną uczucia. Mogą być decyzje bolesne, wyrzeczenia które kosztują. Przez drobne, bolesne decyzje człowiek wchodzi powoli w duchowość błogosławionych i odkrywa inny świat. Upadają stare schematy /walcz o swoje, masz prawo, oddaj tym samym, nie daj sobą pomiatać/, a człowiek zaczyna żyć w nowej rzeczywistości, pogodny, szczęśliwy, nawet wtedy, gdy inni ubliżają mu, prześladują – nie troszcząc się o obronę dobrej swojej opinii. Może człowiek doświadczyć szczęścia obiecanego przez Jezusa właśnie dlatego, że podejmuje decyzje i zmienia swój sposób postępowania, za przyczyną Jezusa. Im drożej kosztują go takie decyzje, tym bardziej czuje się ewangelicznie błogosławionym i tym głębiej „kosztuje” tego nowego poznania Boga.

Jezus przemienia się wobec uczniów. To przemienienie, to objawienie się utwierdza wiarę w sercach uczniów, przygotowuje ich na dramat Krzyża. /Co mnie przygotowuje na dramat, na czas kryzysu? Jakie wydarzenia utwierdzają we mnie wiarę?/ Życie zakonne jest drogą na której jesteśmy umacniani w wierze. Żeby być umacnianym w wierze w Jezusa, trzeba pamiętać i wielkich dziełach Boga. „Wielkich dzieł Boga, nie zapominajcie”. W związku z tym istnieje potrzeba mówienia o „uzdrowieniu pamięci”. Mamy na uwadze pamięć biblijną, tą przed utratą której ostrzegał Mojżesz Izraelitę: „Pamiętaj na wszystkie drogi, którymi cię prowadził Pan, Bóg twój, przez te czterdzieści lat na pustyni”.

Dlaczego Izraelita wierzył w przynależność do narodu wybranego? Oczywiście nie dlatego, że jego umysł poprzez skomplikowane procesy rozumowania zdolny był dotrzeć do Boga, ale głównie dlatego, że .... oglądały GO jego oczy, dlatego, że opowiadali o nim jego ojcowie, że podczas wędrówki przez pustynię został poddany próbie. Wierzył nie dzięki sile przekonywania jakichś argumentów, ale dzięki oczywistej wymowie przeżytych wydarzeń. I właśnie po to, aby wydarzenia te nie poszły w zapomnienie, „upamiętniał” je, czyli nie tylko o nich pamiętał, ale celebrował je, czcił, czynił przedmiotem kultu. Pamięć stawała się czymś, co już nie odnosi się tylko do przeszłości, ale nakierowane jest na przyszłość.

Kiedy wiara zbudowana jest na wspomnieniach, jest zawsze wiarą bardzo osobistą, wiarą, która jest w stanie osiągnąć to szczególne Objawienie, za pomocą którego Bóg objawia siebie w życiu wierzącego i które ukrywa się w cieniu każdego wydarzenia jego życia. W takim wymiarze, w jakim to osobiste objawienie pozostaje ukryte i nie odczytane, Bóg w którego wierzymy, staje się istotą abstrakcyjną, pozbawioną historii i bez serca. Nasza wiara staje się „sklerotyczna” w takim stopniu, w jakim „tracimy” pamięć”. Celebrować pewne wydarzenia z przeszłości, by pamiętać o wielkich dziełach Boga.

Istnieje zatem potrzeba „uzdrowienia pamięci”. Chodzi o wyleczenie pamięci słabej i chorej, pamięci, która nie jest w stanie pamiętać lub „upamiętniać”, której wspomnienia są chaotyczne bądź tylko częściowe, która nie potrafi odczytywać swoich wspomnień lub nie umie ich kochać ani kontemplować czy wręcz chciałaby o nich zapomnieć, wymazać je. Pamięć „uzdrowiona” czy nawrócona, to ta, która jest zdolna do zachowywania w umyśle tego, co widziały moje oczy, zdolna do zapamiętywania wszystkich cudów, jakich Bóg dokonał w moim życiu. „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę, Ja nie zapomnę o tobie”.

Ojciec Święty mówi: „Jak dobrze jest przebywać z Tobą, oddawać się Tobie, skupić całe swoje życie wyłącznie wokół Ciebie! Istotnie, kto otrzymał łaskę tej szczególnej komunii miłości z Chrystusem, czuje się jakby pochłonięty jej żarem: On jest najpiękniejszy z synów ludzkich – jest Niezrównany”. /p. 15/.

„Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść”. Potrzeba zgody na miłość Boga. Bóg kocha wszystkich, ale nie wszyscy czują się przez Niego kochani. Istotne jest, aby nie bać się miłości. Są osoby, które nie potrafią uczestniczyć w relacjach uczuciowych. Czasami przybierają one postawę pełną dystansu i chłodu, postawę nadczłowieka, tak jakby nie potrzebowali nikogo ani żadnych więzi przyjaźni. Kiedy indziej troszczą się nadmiernie o .... zachowanie „pięknej cnoty” i widzą zło tam, gdzie go nie ma. Innym razem wchodząc w jakieś relacje z innymi, wycofują się pospiesznie z zakłopotaniem, gdyż zauważą, że zaczynają je doceniać bądź boją się w nie zbytnio zaangażować. Jeśli tego rodzaju system obronny i obawy zakorzenione są w głębi psychiki osoby i jeśli nie dokonał się jeszcze proces uzdrowienia pamięci i pamięci afektywnej, bardzo łatwo może dojść do tego, że bariery obronne zadziałają również w stosunku do Boga – nie dopuszczając lub przeszkadzając doświadczeniu ojcowskiej miłości Boga. Dojrzałość uczuciowa nie jest wyłącznie zdolnością do ofiary, ale również dyspozycyjnością do stworzenia i uczestniczenia w relacjach międzyludzkich o pewnym stopniu intensywności.

Jeśli naprawdę chcemy pozwolić się kochać Bogu, musimy starać się wyzwolić z nadmiernej troski o bycie kochanym. Tylko ten, kto jest wystarczająco wolny od troski o bycie kochanym, będzie mógł doświadczyć Bożej miłości. Posiadanie osobowości narcystycznej, nakierowanej na siebie sprawia, że jednostka będzie miała duże trudności z powierzeniem się, pozwoleniem, aby ją kochano, i wreszcie ze zorientowaniem się, że już jest głęboko kochana. Im bardziej troszczymy się o t o, by nas kochano, tym mniej w rzeczywistości czujemy się kochani.

Jezus nie kocha nas po to tylko, aby zaspokoić naszą potrzebę uczucia, ale aby posłać nas na świat, byśmy kochali w Jego sposób. On stworzył nas zdolnymi do kochania, nie tylko do bycia kochanymi, prowokując nas bardziej do obdarzania uczuciami niż zaspokajania naszego pragnienia otrzymywania ich. Jedynie kochając, możemy odkryć jak bardzo Bóg nas kocha. Doświadczymy tego w tym momencie, w którym ofiarując uczucie, zaakceptujemy konieczność zapomnienia siebie i myślenia mniej o sobie. Im większa będzie nasz odwaga w traceniu siebie, tym bardziej odnajdziemy miłość, a w niej Boga. Za każdym razem, kiedy człowiek kocha, obecny jest tam sam Bóg. Nasza miłość polega wyłącznie na tym, że pozwalamy Mu się porwać i zdobyć. Chcąc pozyskać Jezusa i pozwolić Mu się kochać, porzucamy inne miłości, nawet te zdrowe i dopuszczalne. Tylko ten, kto stworzył serce, może być kochany, całym sercem. Ten, kto rozmiłował się w Bogu, stawia w centrum swego życia psychicznego i duchowego swoje relacje z Boskością. Nikt, kto pragnie postawić Boga w centrum swego życia, nie może być zwolniony z codziennego wysiłku zachowania pewnej dyscypliny duchowej, a nawet psychicznej, która uzdalnia do znoszenia wyrzeczeń i rezygnacji różnego typu. Wtedy, gdy w centrum życia znajduje się Pan życia, nie ma już w nim miejsca na przymus wewnętrzny czy zewnętrzny, ani na lęk przed życiem czy śmiercią, kochaniem czy byciem kochanym.

Można kochać równocześnie wiele osób, ale nie jest możliwe zakochanie się w więcej niż jednej osobie. Co więcej, to zakochanie się w jednej osobie uzdalnia później do kochania wielu innych. Jedyność miłości oznacza w szczególności zażyłość i intymność stosunków z Bogiem, które dla swojego rozwoju potrzebują przestrzeni samotności.

Ten, kto miłuje, lub pragnie miłować Boga całym sercem, dostrzega raczej potrzebę, niż obowiązek poświęcania wciąż większej ilości czasu na przebywanie sam na sam z Nim.

Sens powołania do życia konsekrowanego.

„Jest ono wyłączną inicjatywą Boga, który oczekuje od tych, których wybrał, odpowiedzi w postaci całkowitego i wyłącznego oddania się Jemu. Doświadczenie tej bezinteresownej miłości Boga jest tak silne, że człowiek czuje się zobowiązany odpowiedzieć na nie bezwarunkowym poświęceniem Mu własnego życia, złożeniem w ofierze wszystkiego w Jego ręce” – Jan Paweł II /nr 17/.

„Wszystko uznałem za stratę” – mówi św. Paweł. Potrzeba zobaczyć, co nie chcę do tej pory uznać w moim życiu za stratę? Mogą to być różnego rodzaju fałszywe bóstwa przeszłości: kryteria działania, hierarchia wartości, sposób interpretacji rzeczywistości, rozmaite sympatie i przywiązanie do osób lub rzeczy – to wszystko może stanowić w naszym życiu coś w rodzaju bożka, który wydaje się nam, że zaspokaja nasze potrzeby, ale potem nas zdradza.

Prawdą jest, że im bardziej wchodzimy w realne kontakty z prawdziwym Bogiem, tym bardziej stajemy się wrażliwi na to wszystko, co nas w jakikolwiek sposób od Niego oddala. Kiedy Bóg nam się objawia, wszystko inne traci wartość bądź przybiera nowe, odmienne, nieoczekiwane znaczenie. To wszystko, co dotąd było niezbędne, aby czuć się zrealizowanym, okazuje się nieistotne, ponieważ naprawdę nie służy naszej realizacji. To, co wydawało się istotne, aby czuć się „szczęśliwym”, okazuje się niezdolnym do obdarzenia nas prawdziwą radością. Uczucie, które zaspokajało potrzeby serca i bez którego wydawało się, że nie możemy się obejść, okazuje się jako zbyt ubogie dla serca wezwanego przez Boga do rozmiłowania się w Nim.

Jeśli w pewnym momencie nie odczujemy obrzydzenia dla określonego naszego dotychczasowego sposobu życia, dojdzie do tego, że zadowolimy się starym życiem, nużącym ,powtarzającym się, monotonnym ze względu na swoją przeciętność, i nie staniemy się nigdy „całkowicie i wyłącznie oddani tylko Jemu”.

„To wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzuwam się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa....” Ale dlaczego „śmieci...strata....obrzydzenie”? W pewnym określonym momencie poprzedni styl życia staje się wewnętrznie sprzeczny i frustrujący. Nie tylko dlatego, że uniemożliwia autentyczne życie wartościami, ale dlatego że uniemożliwia prawdziwe zaspokojenie potrzeb. Jeżeli żyje się własnymi potrzebami, wcześniej czy później z łatwością dojdzie do konfliktu między tymi potrzebami.

Jedną z wielkich przeszkód w dojrzewaniu do radości jest skupienie się na samym sobie. Na ogół skupiamy się na tym, co boli lub z powodu strachu przed wymaganiami, jakim nie będziemy w stanie sprostać.



Liczba wyświetleń strony: 9478079 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC