MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Troska o własne życie duchowe



1. Modlitwa

Jakie będzie nasze serce, takie też będzie odniesienie do Boga. Troska o własne serce jest potrzebna, aby dobrze przeżyć medytację. Serce jest centrum naszej relacji z Jezusem, naszej medytacji, dlatego tak istotny jest wgląd w nie, umiejętna troska o to, aby było piękne. Medytacja jest strzeżeniem serca, walką o jego całkowitą przynależność do Boga („Z całą pilnością strzeż swego serca, bo życie tam ma swoje źródło” – Prz 4, 23). Podczas medytacji kształtują się „oczy serca” (widzenie sercem), „usta serca” (smakowanie sercem), „uszy serca” (słuchanie sercem). Na tej drodze modlitwy uczymy się myślenia, rozumienia, odczuwania.

Medytacja jest miejscem wychowania uczuć, emocji. Uczucie jest dobre, jeśli kieruje nas ku Bogu. W medytacji odkrywamy metodę prowadzącą do ewangelicznej interpretacji wydarzeń. W taki sposób dokonuje się całościowa formacja nowego człowieka, czyli tego, który przeżywa swoje życie w duchu Ewangelii. Rozwijanie serca wnikliwego i wrażliwego, łagodnego i odważnego może dokonać się jedynie przez medytację wprowadzającą nas w miłość, która rozlewa się w naszych sercach. Przez nią oddajemy się miłości Bożej. Ona uwalnia serce od nadmiaru lęku, niepokoju i podejrzliwości. Człowiek nie zmienia się pod wpływem słów, lecz przez serce, które odczuwa w słowach.

Medytacja uzdalnia do panowania nad namiętnościami, porządkując pragnienia serca. Stajemy się odważnymi w codziennym wielbieniu Boga. Pokazuje ona naszemu sercu to, do czego zmierzamy, co powinniśmy kochać więcej niż samych siebie, a także i to, co konieczne trzeba stracić.

Bóg w medytacji odsłania przed nami pragnienia swojego serce. Dlatego na tej drodze uzyskujemy zdolność patrzenia wyżej, dalej i głębiej. Nasze serce powiększa się wybierając „miłowanie więcej”. Pójście w stronę Jezusa staje się zdecydowane, choć „człowiek rodzi się powoli” (A. de Saint-Exupéry).

Dobra medytacja jest wtedy, gdy Bóg przez nią staje mi się bliski. Bliskość jest zjawiskiem rzadkim, a jednocześnie bardzo upragnionym. Z powodu tkwiących w nas uprzedzeń, wydaje się nam, że cena, jaką trzeba zapłacić za stworzenie czułych, intymnych związków z Bogiem i ludźmi jest za wysoka. Tą ceną jest bycie prawdziwym.

Być bliskim człowiekowi to, radować się jego radością i być mu pomocą w chwilach zatroskania i potrzeby. Być wspierającą go ręką i pocieszającym sercem. Ale również – zaryzykować przyjęcie pocieszenia od drugiego, czyli zaryzykować otwarcie się na to, by drugi mnie przyjął do swojego serca, dać przyzwolenie na poznawanie mnie, na odkrywanie moich słabości, ran, lęków. To wymaga odwagi i decyzji na możliwość zranienia. Ale taka jest cena prawdziwej bliskości. Bliskość to nie tylko „być przy drugim”, ale też pozwolenie, by „drugi był przy mnie”. Być "przy drugim" znaczy coś więcej niż tylko dać mu materialną rzecz, rzecz materialna przemija i to często bezpowrotnie, natomiast duchowa umacnia się.

W samotności możliwa jest bliskość, w bliskości nieuchronna jest samotność. Bliskość i samotność serca kształtuje człowieka, czyni go podobnym do tego, sprzed upadku, a nawet więcej, czyni go podobnym do Boga.

Serce mówi o całym człowieku, mówi o jego wnętrzu, o życiu duchowym. Każde bez wyjątku serce ludzkie jest ukrzyżowane, przebite, żeby mogło patrzeć na przebite serce Jezusa i czerpać z niego siłę i mądrość. Co nas pociąga w przebitym sercu Jezusa? Podobieństwo do naszego. My też jesteśmy zranieni. Nasze serca przez niepojętą coraz bardziej tajemnicę powołania zostały „przebite”. Może to paradoksalnie zabrzmi, ale Bóg zranił nas swoją miłością, „przebił” miłością nasze kruche ludzkie serce. Być może to „przebicie” serca, ta rana miłości, którą Bóg zadał, objawia się w naszej wrażliwości, będącej często udręką dla nas, ale dzięki tej właśnie wrażliwości zdolni jesteśmy kochać głębiej, ofiarniej, wierniej. Nasza wrażliwość być może jest konsekwencją „rany miłości” zadanej przez Boga w tajemnicy powołania. Przebite, poranione serce Boga nie tylko zachowało miłość, lecz zostało rozpalone większą miłością.

Tajemnica Boga zawiera się w Jego sercu. Podobnie jest z tajemnicą człowieka. Nie znając jego serca, nie wiesz, kim jest, o czym myśli, marzy, czego pragnie i do czego dąży. Serce woła, serce zaprasza. W tym celu zostało otwarte włócznią żołnierza. Serce, które nie zaprasza, które nie woła, źle przeżywa swoje otwarcie, swoje rany. Dobre przeżywanie ran, to błogosławienie Pana za wszystko, co dał lub dopuścił. Otwarty człowiek, to otwarte jego serce. Nasze serce otwiera się, gdy uwielbiamy Boga zarówno w radości, jak i we łzach. Uwielbienie to „sposób” na zachowanie otwartego serca. Uwielbianie chroni serce przed zamknięciem się w bólu, chroni serce przed perfidią Złego, który wykorzystuje nasz ból do tego, by zamknąć nasze serce w złorzeczeniu, żalu, gniewie. Uwielbianie jest najlepszą ochroną serca przed zamknięciem. A jeśli serce z różnych powodów jest zamknięte, to poprzez modlitwę uwielbienia powoli będzie się otwierało, wychodziło z zasklepienia. Otwarcie dokonuje się najpierw w bólu, we łzach, w lęku i poczuciu zagrożenia, odczuwaniu samotności i porzucenia przez Boga i ludzi.

Św. Bernard mówił, że „Tajemnica serca otwiera się przez rany ciała; otwiera się wielka tajemnica litości, otwiera się tkliwość miłosierdzia naszego Boga”. Szlachetność rozkwita w zranieniu serca, jego dobroć, hojność. Kiedy jesteśmy zranieni w sercu, upokorzeni, odczuwamy złość, niechęć, żal i smutek, lecz zwrócenie się w postawie adoracji serca Jezusa wprowadza w odczuwanie radości i wdzięczności za rany, które czynią nas podobnymi do Pana. Rany, to ból, ale mogą być przemienione w miłość. To, co nas boli, nie musi prowadzić do deprawacji, do złorzeczenia, lecz do uwielbienia Boga. Ksiądz Twardowski napisał w jednym ze swoich wierszy: „...a to, co boli, w Boga przeistoczyć, jak w ofierze wieczornej zwykły chleb i wino...”. Przeistoczyć ból serca w Eucharystii i przez Eucharystię.

Nie ma otwarcia serca, bez bólu serca, bez przeżywania tajemnicy, wejścia w ciemność i pokusę odrzucenia tych, którzy ranią, krzywdzą. Rany naszego serca prowadzą do uwierzenia Jezusowi. Przez nasze uwierzenie On zamieszkuje w naszym sercu. Zatem rany serca prowadzą człowieka do wiary, do wzrastania w nadziei i miłości. Prowadzą też do wspólnoty z innymi, nie zrażania się tym, co w nich trudne, a wręcz odrażające i zniechęcające do wszelkich kontaktów.

Ludzkie serce woła, zaprasza do relacji. Kiedy tak jest? Wtedy, kiedy zostaje zranione. Wspólnota serc dokonuje się między ludźmi o zranionych sercach. Nie ukazujemy tajemnic serca, jeśli ono nie zostanie dotknięte bólem i nawiedzone smutkiem. Żeby serce było otwarte na Boga i bliźniego, musi być zranione. Wówczas jest wrażliwe, odczuwające współczucie. Rany serca, to miejsce dojrzewania człowieka do pokory i cichości, do medytacji i kontemplacji, do adoracji. One otwierają na królowanie, czyli panowanie nad sobą i służbę bliźnim. Cichość i pokora to ogromne bogactwo, które wychodzi z serca wraz z jego zranieniem.

Rany nas ożywiają, nadają piękna naszemu życiu, sprawiają, że przychodzą do nas ludzie potrzebujący miłości, ciszy, łagodności, Pana Boga. Przez rany własnego serca, stajemy się ludźmi wrażliwego sumienia i nieustannej modlitwy.

To rany serca uzdalniają nas do pogłębionej modlitwy i szukania Boga we wszystkim. Rozbudzają pragnienie czuwania nad obecnością Pana w nas i radowania się Nim w sercu. Rany mogą prowadzić do radości i zaufania, kiedy się na nie godzimy, przyjmując te doświadczenia jako drogę umożliwiającą życie tajemnicą spotkania z Panem. Kiedy rany serca nie są akceptowane, pojawia się podejrzliwość i nieumiejętność wchodzenia w relacje z innymi, relacje serca. Brak zgody na rany, to również nieumiejętność odwzajemnienia miłości Boga, ale i tej, która płynie z ludzkiego serca.

Serce Jezusa zostało przebite. Nasze serce jest ranione w tym miejscu, które potrzebuje wolności, tęskni za życiem. Jest to miejsce letnie, dotknięte monotonią, a nawet uśpione, a tym samym zagrożone brakiem czuwania. Samo czuwanie jest niczym innym jak uwagą skierowaną na tego, który mnie kocha. Zranienie mojego serca jest wołaniem o miłość, upominaniem się o nią. Stąd należy je postrzegać jako doświadczenie prowadzące ku wolności i relacji z innymi.

Nie można kontemplować serca Pana, być objętym Jego miłością, nie mając zranionego serca. Ludzkie serce poranione jest zdolne i chętne do kontemplacji. Każde serce człowieka jest zdolne do kontemplacji, czyli do miłości, a tym samym do przyjmowania zranienia, które jest koniecznością życia, warunkiem wolności.

Serce zranione jest zdolne do wydania się za innych, do ofiarowania. Wydaje się, że można tak powiedzieć, iż Bóg miał zranione serce już po upadku pierwszych rodziców, nie zaś dopiero na krzyżu. To zranienie było źródłem ogromnego przyciągania do człowieka. Nas poranionych w sercu pociągają poranieni, źle się mający, słabi i tęskniący za uwolnieniem. Serce zranione, kontemplującego Boga, jest zdolne do przyjmowania i oddania się „do końca”.

2. Rachunek sumienia

Istota rachunku sumienia. Rachunek sumienia budzi u niektórych osób negatywne skojarzenia oraz niechęć. Może sugerować konieczność „matematycznej” dokładności w „rozliczaniu się z Bogiem”. Zmyleni przede wszystkim jurydycznym podejściem do wiary, próbujemy nieraz „liczyć” z wielką dokładnością zewnętrzne przejawy naszych grzechów i niewierności. Badając dokładnie to, co w grzechu jest tylko zewnętrzne, zapominamy o istocie grzechu: o wewnętrznych przyczynach, o grzesznych motywacjach.

Jeśli sumienie człowieka zostało źle uformowane, rachunek sumienia staje się dręczeniem siebie. Chore poczucie winy, którego nie umie się zauważyć, rodzi smutek, poczucie zniechęcenia, a nawet rozpaczy. Wiele osób przeżywając rachunek sumienia nie doświadcza wewnętrznego pokoju i radości z odpuszczenia win. Nie umieją oderwać się od siebie, by móc zobaczyć miłosierdzie Ojca, który wychodzi naprzeciw grzesznemu człowiekowi, wzrusza się i z radością przyjmuje.

Rachunek sumienia nie jest rachowaniem się niewolnika z panem, oskarżonego z sędzią, ucznia z nauczycielem. Rachunek sumienia jest dialogiem o wzajemnej miłości. Jest „rozliczaniem się” z miłości.

Warunkiem dobrze odprawianego rachunku sumienia jest uprzednie doświadczenie miłości Boga do człowieka. Ćwiczenie to zakłada, że wierzymy, iż Bóg pokochał nas miłością nieskończoną. Nie możemy odkryć sensu i celu rachunku sumienia bez wcześniejszego odkrycia miłości Boga do nas. Tak rozumiany rachunek nie sprowadza się do przykrej praktyki, w której człowiek miałby się czuć poniżony i upokorzony przez Boga lub przez samego siebie. Spojrzenie na siebie i naszą historię życia, w której znajdujemy wiele chaosu i zagubienia, nie będzie przygniatającym doświadczeniem, kiedy zobaczymy najpierw bezwarunkową miłość Boga.

Od doświadczenia miłości Boga przechodzimy następnie do refleksji nad naszą miłością do Niego. Pytamy siebie: jaka była, jaka jest i jaka będzie nasza odpowiedź?

1. Modlitwa związana z bólem

„Być chrześcijaninem jest i pozostanie zawsze trudnym zadaniem, ponieważ chrześcijaństwo polega na odkrywaniu zła we własnym sumieniu” (L. Kołakowski). Przeżywamy niekiedy rachunek sumienia płytko i powierzchownie właśnie dlatego, że boimy się cierpienia i bólu zadanego sobie, bliźnim i Bogu. Każdy grzech dotykając tego, co jest dla człowieka najgłębsze i ostateczne, jego własnego istnienia, jego życia – rani najpierw samego grzesznika głęboko i dotkliwie.



Grzech pokazuje, jak łatwo jest być zranionym i jak łatwo może zranić. Grzech nie tylko rani życie człowieka, ale również je niszczy. „Zapłatą za grzech jest śmierć” – mi św. Paweł. Nie ma grzechów przypadkowych i wyizolowanych. Każdy z nich wynika z naszej historii i wpływa na dalszy jej bieg. Grzech zakorzenia się mocno w historii ludzkiego życia. Rozumienie grzechu jako przypadkowego „zabrudzenia”, z którego po obmyciu nie pozostaje ślad, jest nieprawdą. W każdym grzechu jest skupione całe życie człowieka, jego doświadczenie bólu i cierpienia.

Grzech naraża życie nie tylko samego grzesznika, ale i tych, z którymi on jest w różnych relacjach. Życie człowieka jest podobnie do wspinaczki wysokogórskiej. Jest on powiązany z innymi linami, więzami bezpieczeństwa. Nasze różne formy współżycia z bliźnimi nazywamy więzami. Kiedy sami grzeszymy, odkrywamy się od skały (Bóg w Biblii jest nazywany skałą) i w jakiś sposób w ten upadek wciągamy innych. Im bardziej kochamy naszych bliźnich, tym bardziej są oni zamieszani w nasze upadki. Dzieje się to wbrew naszej woli. I to także bardzo boli.

Przekonanie, iż naszym grzechem ranimy siebie i bliźnich, przychodzi stopniowo, w miarę odkrywania mechanizmów, jakimi kieruje się ludzka pożądliwość. Odkrycie powiązania grzechu z jego bolesnymi skutkami, które zauważamy w codzienności, uświadamiają nam, że w grzechu nie ma życia. Tylko człowiek zaślepiony własną namiętnością może ulegać iluzji, że grzech może uszczęśliwiać.

Człowiek grzeszy jednak nie tylko przeciw sobie i bliźnim, ale i przeciw Bogu. „Przeciwko Bogu zgrzeszyłem” - wyznaje Dawid. Grzech rani Boga. Piekło, owoc grzechu, jest nie tylko dramatem człowieka, ale również dramatem Boga.

W rachunku sumienia rozliczamy się z Bogiem z wypełniania zadań, jakie nam powierza.

2. Propozycja rachunku sumienia:

a) oddanie Bogu chwały

b) dziękczynienie za wszystkie otrzymane łaski

c) wyznanie swoich słabości, niewierności i grzechów

d) powierzenie się z zaufaniem Panu

3. Dziękczynienie

Codzienny rachunek należy rozpoczynać dziękczynieniem Bogu za otrzymane dobrodziejstwa. Trzeba przeżywać nasze życie jako nieustanne otrzymywanie wszystkiego od Niego. Świadomość naszych potrzeb i braków oraz zbytnia troska z nimi związana tak nas nieraz pochłaniają, iż nie dostrzegamy fundamentalnej prawdy, że wszystko jest darem i że zawsze za wszystko winniśmy dziękować Bogu.

Przygotowanie do spowiedzi możemy rozpocząć od podziękowania Bogu za wszystkie otrzymane dobrodziejstwa w ostatnim czasie. Postawmy sobie pytanie: co było dla mnie szczególną łaską ostatnich dni, tygodni, miesięcy czy lat, za którą chciałbym teraz Panu podziękować. Wyjdźmy od konkretnych doświadczeń wewnętrznych, sytuacji zewnętrznych, zdarzeń, więzi z bliźnimi, które były dla nas źródłem szczególnej radości. Czy przeżywaliśmy je z wdzięcznością wobec Boga jako Jego dary?

Człowiekowi małej wiary grozi postawa zarozumialstwa, która każe mu sądzić, że sam sobie wszystko zawdzięcza, bądź postawa naiwności życiowej, która podsuwa myśl, że wszystko bierze się samo z siebie. Postawa wdzięczności bierze się z realizmu życiowego, który wynika z uważnej refleksji człowieka nad sobą i nad światem.

Odnajdujemy nieraz w sobie wiele niezadowolenia z siebie, odrzucenia swojego życia, a nawet pogardy do niego. Nie doceniamy siebie, swoich osiągnięć, ale zazdrosnym okiem patrzymy na udane życie naszych bliźnich. Bywa i tak, że my zazdrościmy bliźnim, a bliźni nam.

Pokusa szatana rozpoczyna się zwykle od stwierdzenia: „Gdybyś był w innej sytuacji niż jesteś, to naprawdę byłbyś szczęśliwy”. Na tym właśnie polegała pierwsza pokusa węża w raju, któremu udało się przekonać człowieka, że gdyby był na miejscu Boga, to osiągnąłby szczęście. Żadne człowiek na ziemi, nie może znaleźć się w innej sytuacji niż jest, nikt z nas nie może być na cudzym miejscu, może być tylko sobą, na swoim miejscu. Dziękować Bogu, to przyjąć z radością i pokojem serca „swoje miejsce” na ziemi jako dar samego Boga wyrzekając się patrzenia zazdrosnym okiem na życie naszych bliźnich. Dziękować Bogu, to być zadowolonym z tego życia, które dał mi Bóg, z tej sytuacji, w której mnie postawił. Dziękować Bogu, to uwierzyć, że w takim życiu, jakie mam, mogę oddać Mu chwałę służąc moim bliźnim i zbawiać przez to swoją duszę.

Dziękować Bogu, to czuć się ubogim w duchu, kimś, kto sam z siebie nic nie posiada i nic sobie sam nie bierze, ale wszystko otrzymuje od Tego, który dzierży władzę nad niebem i ziemią. Prawdziwie ubogi i pokorny człowiek nie grymasi z powodu tego, co otrzymał, ale przyjmuje z wdzięcznością każdy dar, jako niczym nie zasłużoną łaskę.

Dziękujmy Bogu również za te dary, które są dla nas trudne i bolesne, które są wezwaniem do powierzenia Panu całej historii własnego życia. Doświadczenia i próby życiowe odsłaniają bezsens naszego nerwowego zagonienia, przepracowania, zamartwiania się. Trudne sytuacje życiowe wyraźnie pokazują, że nie wszystko od nas zależy i że nie możemy naszego życia budować na sobie.

4. Wyznanie swoich słabości, niewierności i grzechów

Rachunek sumienia powinien być nie tylko uświadomieniem sobie naszych grzechów, ale przede wszystkim badaniem sumienia, badaniem świadomości naszej wiary. Pierwsze pytania w rachunku sumienia powinny odnosić się do naszej postawy wobec Boga. Jakie miejsce zajmuje Bóg w moim życiu? Czy rozeznaję, jaka jest Jego wola, kiedy podejmuję decyzje dotyczące nie tylko samego życia religijnego, ale także wszystkich innych spraw życiowych? Czy ufam Bogu w codziennych trudnościach, przeciwnościach i niepowodzeniach życiowych? Należy pytać się także o własne zaangażowanie się na modlitwie. Czy pozwalam Bogu, aby Jego słowo osądzało mój sposób myślenia, moje postawy życiowe, przyzwyczajenia i reakcje? Pierwsze i największe przykazanie dotyczy miłości Boga i bliźniego i jest ono tłem dla wszystkich przykazań Bożych i kościelnych.

a) Uczucia związane z naszą pychą

Bóg stwarzając nas na swój obraz i podobieństwo, powołał nas do wielkości. Z racji grzechu, usiłujemy naszą wielkość budować na sobie, zamiast na Bogu i Jego woli. I to jest istotą naszej pychy. Nasza pycha może się przejawiać w:

• Dążeniu do sukcesu za wszelką cenę, bez liczenia się z własnym sumieniem, z innymi, czy własnym zdrowiem

• W przesadnej trosce o własną opinię

• W podtrzymywaniu urazów do innych i mściwym rewanżowaniu się

• W wyniosłym myśleniu o sobie, które nie ma pokrycia w rzeczywistości

Pycha jest pierwszym grzechami źródłem wszystkich innych grzechów. Drobiazgowe zajmowanie się małymi grzechami może być pewnym unikiem, by nie odkryć grzechu pychy.



W rachunku sumienia pytamy się, w jakich sytuacjach, decyzjach, wyborach, faktach życiowych przejawia się nasza pycha i jaki ona ma odcień;

• W czym wyraża się nasza pogoń za wielkością, za tym, co przerasta nasze siły?

• Czy nie dążę do kariery życiowej idąc na kompromisy z własnym sumieniem?

• Czy z jednej strony nie poniżam się przed wyżej stojącymi ode mnie, a z drugiej czy nie lekceważę tych, których uważam za postawionych niżej ode mnie?

• Czy nie podtrzymuję w sobie uczucia wyniosłości wobec innych?

• Czy nie ulegam niezdrowemu perfekcjonizmowi, który każe mi przecedzać komara a połykać wielbłąda?

b) Uczucia niezadowolenia z siebie, przygnębienia, smutku i apatii

Pycha jest źródłem niemożliwych do urzeczywistnienia pragnień i dążeń człowieka. Kiedy nie spełniają się one w nas, wówczas nachodzą nas uczucia niezadowolenia z siebie, przygnębienia, smutku i apatii. Nasza pycha każe nam się dręczyć, iż nie jesteśmy tacy, jakimi ona chciałaby nas widzieć. Uleganie tym uczuciom prowadzi do braku zaangażowania się i rezygnacji wobec życia, niedbalstwa w wykonywaniu obowiązków, lenistwa i ociężałości w ćwiczeniach duchownych, egocentryzmu. Ulegając niezadowoleniu z siebie i przygnębieniu pozwalamy kierować się złemu duchowi, który sieje przede wszystkim bezsens i zwątpienie w działanie Boga w nas.

• Czy staram się relatywizować niepowodzenia, upadki i słabości przezwyciężając zniechęcenie i niezadowolenie z siebie?

• Czy w przygnębieniu i smutku zwracam się w modlitwie do Boga starając się wzbudzić w sobie wiarę w siłę Jego łaski działającej w moim życiu?

• Czy nie przerzucam moich stanów depresyjnych na bliźnich tworząc wokół siebie atmosferę zgorzknienia i ponuractwa?

c) Uczucia niepokoju i lęku o siebie

Żyjemy niekiedy w dużym lęku o siebie i swoich bliskich. Lękiem i zbytnią troską zadręczamy siebie samych i innych próbując nieraz wpływać na to, co od nas nie zależy. W poddawaniu się lękowi przejawia się nieufność wobec Boga, bliźnich jak i samego siebie.

• Czy nie poddaję się uczuciom lęku o siebie, o swoją przyszłość?

• Czy usiłuję zawierzyć Bogu w sytuacjach trudnych, w których po ludzku rzecz biorąc, nie widzę rozwiązania?

• Czy nie kieruje mną zbytnie zabieganie i zbytnia troska o sprawy doczesne?

• Czy żyję prawdą o Opatrzności Ojca niebieskiego, który wie najlepiej, czego nam potrzeba?

d) Uczucia względem naszych bliźnich

W każdym z nas rodzą się uczucia niechęci, nieżyczliwości a nawet wrogości do bliźnich. Są one źródłem przykrych słów, nieżyczliwych gestów, odmawiania innym słusznej pomocy, przerzucania na nich całej odpowiedzialności za zaistniałe konflikty. Niekiedy bardzo głęboko ukrywamy naszą niechęć i agresję wobec innych. Pytamy zatem:

• Czy nie mam do kogoś żalu i pretensji? Jeżeli tak, to do kogo i z jakiego powodu?

• Czy nie podtrzymuję niechęci budzącej się z nieżyczliwości wobec innych?

• Czy chcę przebaczyć moim winowajcom i co robię, aby doszło do prawdziwej jedności i życzliwości wobec nich?

• Czy w sytuacjach konfliktowych wychodzę pierwszy z przeprosinami?

• Czy modlę się za tych, którzy są mi niechętni, nieżyczliwi, czy może nawet wrogo nastawieni do mnie?

• Czy dostrzegam wokół siebie ludzi potrzebujących, samotnych i zranionych przez życie i co robię, aby im przyjść z pomocą?

• Jak spełniam swoje obowiązki wobec rodziny czy wspólnoty, w której żyję? Czy nie zwalniam się od odpowiedzialności za nich?

• Czy nie przerzucam na nich ciężarów, które sam powinienem nieść?

• Czy modlę się za moich najbliższych?

e) Miłuj siebie samego!

Można kochać siebie za dużo, ale tylko „złą miłością”, która przejawia się w ucieczce od swojego prawdziwego życia w życie pozorne; w egoistyczną konsumpcję lub też w iluzje o sobie. Prawdziwą miłością nie można nigdy i nikogo kochać za dużo. Należy odróżnić egocentryczną miłość siebie od takiej miłości, która wymaga od człowieka duchowego wzrostu, pokory i ofiarnej pracy nad sobą. W przykazaniu: „Będziesz miłował bliźniego swego, jak siebie samego” Jezus pokazuje nam, że miarą miłości bliźniego jest miłość do samego siebie. Ktoś, kto nie umie kochać naprawdę siebie miłością ofiarną i wymagającą, nie jest też zdolny do prawdziwej miłości bliźniego.

• Czy cenię swoje życie jako dar samego Boga?

• Jak wygląda moje zaangażowanie, aby dobrze przeżyć swoje życie?

• Czy podejmuję pytania i problemy, które stawia mi moje życie: pytania o ostateczny cel, sens trudu, ofiary, cierpienia i śmierci?

• Czy nie uciekam od życia i odpowiedzialności za nie w marzenia i różnego rodzaju konsumpcję?

• Czy nie marnotrawię czasu na oglądanie bezwartościowych programów telewizyjnych, liczne i płytkie kontakty towarzyskie lub mało wartościową lekturę?

• Czy jestem odpowiedzialny za powierzoną mi pracę?

• Czy staram się być w niej twórczy wykorzystując wszystkie talenty otrzymane od Boga?

• Czy nie ulegam chciwości dóbr materialnych?

• Czy nie popycha mnie ona do kradzieży lub innego rodzaju nieuczciwości w kontaktach z bliźnimi?

• Czy nie rozbudzam swojej wyobraźni erotycznej przez marzenia, oglądanie pornografii?

• Czy podejmuję wysiłki, aby zachować czystość zgodnie z moim stanem życia?

• Czy nie niszczę swojej wrażliwości duchowej i psychicznej przez nadużywanie alkoholu?

• Czy zachowuję stosowny umiar w jedzeniu i piciu?

f) Powierzenie się z zaufaniem Bogu

Powierzyć się Bogu, to odpowiedzieć zaufaniem na Jego uprzedzające zaufanie do nas. Okazane nam i przyjęte przez nas zaufanie Kogoś, kto nas kocha w sposób bezinteresowny, lecz nas z naszych słabości i zranień życiowych, które najczęściej polegają na braku zaufania do siebie samego, do ludzi i Boga.

Człowiek ma głęboką potrzebę wypowiedzenia siebie przed drugim w atmosferze zaufania; posiada potrzebę zarówno wyrzucenia zła, które w sobie czuje, jak też wyrażenia swoich nadziei, pragnień i tęsknot. Tam gdzie zanika praktyka spowiedzi, wzrasta nagle zapotrzebowanie na psychologię i psychoanalizę. Ludzie znajdujący się w trudnych sytuacjach życiowych, nie tylko szukają mądrych i trafnych rad, ale najpierw kogoś, kto byłby z nimi w ich trudnym położeniu; przed kim mogliby wypowiedzieć to wszystko, co przeżywają.

Psychologia może pokazać człowiekowi jego własne lęki, potrzeby, zranienia oraz wszystkie mechanizmy, które nim rządzą. Psychologia jednak nigdy nie uleczy duszy człowieka i nie da siły wewnętrznej, aby mógł on przyjąć i dźwigać swoje własne życie takim, jakie Bóg stawia przed jego wolnością. Źródłem życia i mocy człowieka jest jego Stwórca i Pan.

Człowiek szukający pomocy tylko w psychologii, czuje się jak kobieta z Ewangelii, która wydała całe swoje mienie na lekarzy i miała się jeszcze gorzej. Uleczenie tego co psychiczne w człowieku zależy przede wszystkim od uzdrowienia serca. Sakrament pokuty jest szczególnym miejscem. Gdzie człowiek może otworzyć całkowicie serce na uzdrawiającą moc Bożej miłości, miejscem, gdzie może do końca wypowiedzieć to wszystko, co go najbardziej boli i dręczy. Zawsze najbardziej boli człowieka zło, które wyrządzili mu inni oraz zło, które sam wyrządził sobie własnym grzechem. Zawsze cierpi najbardziej, kiedy oskarżają go inni lub też kiedy sam siebie oskarża. To oskarżane i oskarżające się serce człowieka może odnaleźć ukojenie w Bogu.



3. Kierownictwo duchowe

Kierownictwo duchowe odnosi się bezpośrednio do pomocy odnoszącej się do bezpośredniej relacji człowieka z Bogiem. Nie chodzi przede wszystkim o to, aby człowiek zrozumiał tę relację, lecz by się w nią zaangażował, wchodząc w dialog z Bogiem. Kierownictwo duchowe skupia się na tym, co zachodzi podczas naszej modlitwy. Bezpośrednio skupiamy się w nim na rzeczywistych naszych doświadczeniach w relacji z Bogiem.

Doświadczenie religijne penitenta jest podstawowym materiałem, którym zajmuje się kierownik duchowy. Prowadzi go następnie do budowania silnej więzi z Bogiem. Kierownictwo duchowe zawsze było ukierunkowane na umacnianie jedności z Bogiem. Dlatego kierownik duchowy jest zainteresowany najbardziej tym, co dokonuje się podczas modlitwy penitenta. Jest to ta sytuacja, w której człowiek staje w sposób świadomy w Bożej obecności. Jest on zainteresowany całym człowiekiem, lecz szczególny wymiar troski kierownika duchownego, to doświadczenie modlitewne osoby kierowanej. Kierownictwo duchowe sugeruje coś więcej niż udzielanie rad i rozwiązywanie problemów. Zakłada, że osoba poszukująca kierownictwa duchowego idzie w określonym kierunku i pragnie na tej drodze z kimś porozmawiać.

Psychoterapia i poradnictwo psychologiczne są poszukiwane nie w tym celu, aby leczyć nerwice, lecz po to, by uzyskać pomoc w zorientowaniu swojego życia w świecie, w którym coraz częściej zaczyna brakować centralnego punktu odniesienia. Poszukiwanie sensu, na którym można się oprzeć, jest u swoich podstaw dążeniem religijnym. Poszukujemy poczucia bezpieczeństwa. Chcielibyśmy mieć obok siebie przewodników, których obecność zapewniałaby to bezpieczeństwo. Drugi człowiek nie może być dla nas oparciem. Poszukujemy oparcia w tym, który jest naszym Bogiem. Wierzymy, że każdy z nas spotyka Boga w naszym osobistym doświadczeniu religijnym.

Z kierownictwa duchowego mogą korzystać te osoby, które decydują się na pójście w kierunku doświadczenia w klimacie wiary, nadziei i miłości, że Jezus Chrystus jest Zbawicielem świata, moim Zbawicielem, i to, że ja chcę odpowiedzieć w wierze na wezwanie, jakie do mnie kieruje. Sercem chrześcijaństwa jest modlitwa i życie oparte na modlitwie.

W kierownictwie duchowym opoka, na której się opieramy, nie może być zastąpiona doświadczeniem innego człowieka, lecz musi mieć podstawę w naszym własnym doświadczeniu. Zbyt często doświadczamy, jak kruche jest opiera nie się na drugim człowieku. Jednak, w jaki sposób możemy być pewni, że nasze doświadczenie Boga jest rzeczywiście doświadczeniem Boga, a nie nas samych? Kierownictwo duchowe jest skupieniem uwagi na religijnym doświadczeniu osoby, która pragnie z tej pomocy rozwoju własnej wiary, nadziei i miłości korzystać.

W kierownictwie duchowym nie chodzi o wypracowanie technik. Rzecz również nie w tym, aby kierownik duchowy był osobą doskonałą, nieposiadającą żadnych braków. Potrzeba, aby posiadał pewną wiedzę biblijną i teologiczną. Powinien być człowiekiem osobistej modlitwy i sam korzystać z duchowego towarzyszenia.



Liczba wyświetleń strony: 10004537 * Liczba gości online: 33 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-17
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC