MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Jedność we wspólnocie



Ludzie, którzy nie potrafią się porozumieć, nie budują wspólnego dzieła. Osoby w obrębie jednej wspólnoty utracili wspólny język. Wielu zakonników cierpi na niezdolność do wzajemnej komunikacji. Prowadzi to również do tego, że wspólne dzieło ulega zniszczeniu. Pomieszane języków spod wieży Babel przejawia się dziś na różne sposoby. Przede wszystkim w obrębie ideologii mówi się językiem, który nadużywa słów. Wspólnoty kościelne często mówią o jedności w sposób, który sprzeciwia się Duchowi Jezusa. Gdy jakaś siostra wyraża sprzeciw, zarzuca się jej, że poniechała ducha jedności. Jedności nie można wymusić. Jest ona darem Ducha Świętego. Najpierw potrzeba pokory. Jest to odwaga zobaczenia własnej prawdy. Odwaga zawsze rodzi w człowieku skromność. Chroni nas przed przenoszeniem naszych stłumionych i wypartych błędów na inne osoby. Kto zniża się do swej własnej sytuacji, ten unika niebezpieczeństwa rozdwojenia, którą można zobaczyć u wielu osób powołanych do służby Bożej. Kto wypiera swe bezbożne i niemoralne strony, ten będzie przenosił je na innych, powodując w ten sposób rozłam we wspólnocie. Albo będzie próbował stworzyć jedność w sposób narzucający swoje zdanie, swoje rozwiązania. Jedność taka zostaje jednak okupiona ceną wyraźnego cienia. Pod powierzchnią jedności będą się panoszyły: nietolerancja, agresja, zarozumiałość, obłuda i nieufność.

Druga postawa to łagodność. To postępowanie życzliwe, unikające wszelkiej gorzkiej ostrości. Kto został zmielony przez młyn życia, ten nie będzie już surowo oceniać innych. Wie, że wszystko, co widzi u innych, występuje również w nim samym. Trzecia postawa to wielkoduszność. Oznacza ona wielkie i szerokie serce otwarte na różne charaktery. Tak szerokie i wspaniałomyślne usposobienie sprawia, że nikogo nie wyklucza się ze wspólnoty i każdemu zostawia miejsce. W sercu takiego człowieka, każdy może znaleźć schronienie. Czwarta zaś postawa polega na tym, że wierzący Jezusowi, powinni znosić jeden drugiego w miłości. Powinni trwać w miłości i zgadzać się na siebie nawzajem. Nie powinni drugiego oceniać według własnych kryteriów, lecz pozwolić mu być takim, jakim jest. I jemu, i mnie wolno być zupełnie innym. Nikogo wtedy nie wtłacza się w gorset jedności. Jedność powstaje raczej dlatego, że każdy może być sobą i w miłości odnajdywać przestrzeń, w której może rozwinąć swoją własną niepowtarzalność. Chodzi o uwolnienie stosunków międzyludzkich we wspólnocie zakonnej, od niszczącego je moralizowania. Jedności nie wymaga się, lecz ją się umożliwia.

Wspólnoty ludzkie się rozpadają. Małżeństwa rozchodzą się już po kilku latach, ponieważ małżonkowie nie mają sobie już nic do powiedzenia, ponieważ nie mają już wspólnego języka, a to, co ich łączyło, zniknęło. Parafianie dzielą się na postępowych i konserwatywnych, na zwolenników i przeciwników proboszcza. Wspólnoty klasztorne rozpadają się, ponieważ nic już ich członków nie łączy, ponieważ przestali z sobą rozmawiać i razem szukać Boga. Przyjaciele stają się sobie obcy. Przez długi czas rozumieli się dobrze, stanowili jedno serce i jedną duszę. I nagle nie mogą się porozumieć. Miłość, która łączyła ich, ulotniła się. Gdy się spotkają, czują jedynie pustkę. Albo są tak zranieni, że wprawdzie nadal się kochają, lecz nie potrafią już postępować fair wobec siebie.

Co zrobić, aby relacje we wspólnocie zakonnej, były udane? Jak poradzić sobie ze zranieniami, do których dochodzi między ludźmi? Jak poradzić sobie z pomieszaniem języków? Jak poradzić sobie ze zbyt wysokimi wymaganiami, jakie są mi stawiane? Jak we wspólnocie klasztornej, tak i w małżeństwie główną przeszkodą na drodze do wzajemnego zrozumienia jest podejście ideologiczne. Powołując się na Biblię, wznosimy wokół siebie mur, który ma mnie odgrodzić od wspólnoty, albo osoby inaczej myślącej. Przejmuje się tym samym rolę nietykalnej i nieomylnej. W ten sposób uniemożliwia się każdą rozmowę. Okopujemy się, zamiast ze sobą rozmawiać. Nie słuchamy dokładnie tego, co ktoś mówi o sobie i jakie naprawdę ma potrzeby. Ideologia (również religijna, zakonna) czyni ślepym na drugiego człowieka. Jej źródłem jest zawsze lęk, że ten drugi nas skrzywdzi, że on nie ma na uwadze zachowania przepisów zakonnych, że on tylko może wspólnocie zaszkodzić. Fatalną rzeczą jest to, że propozycje biblijne, sugestie dotyczące rozwoju życia duchowego, Konstytucje zakonne, można wykorzystać dla celów ideologicznych.

Ideologicznie postulaty jedności w życiu zakonnym, możemy dziś spotkać przede wszystkim w romantycznych wizjach życia wspólnot konsekrowanych. Owe romantyczne wizje stanowią główną przeszkodę na drodze do udanego życia zakonnego. Istnieje romantyczna wizja, że życie zakonne musi przynieść szczęście. Że miłość do Boga i Braci czy Sióstr, powinna być przeżyciem każdego dnia, stać się winna normą postępowania w klasztorze. Koncepcji życia zakonnego, jako wspólnoty wzajemnego uszczęśliwiania, należy przeciwstawić rozumienie tej formy życia, jako wspólnego treningu, będącego dla każdej osoby nieustannym, wzajemnym wyzwaniem.

Inna romantyczna wizja stawia znak równości między miłością i zjednoczeniem. Istnieje chęć nieustannego odczuwania bycia jednym. W epoce indywidualizmu, każdy chciałby być niezależny, robić tylko to, co mu odpowiada. Jednak jest to zbyt jednostronne. Musimy wytrzymać napięcie między naszą własną autonomią a zobowiązaniem wobec Boga, Zgromadzenia, wspólnoty. Autonomia potrzebuje dla równowagi wzorca odniesienia, wzorca zależności. Romantyczne wizje rozmijają się z rzeczywistością trudnego zmagania się o poprawne relacje. Człowiek jest rozczarowany, że życie zakonne nie daje tego, co obiecywała moja wyobraźnia, pobożne książki, albo zakonnicy, gdy przychodziliśmy jako uczniowie czy studenci na chwile do klasztoru, by słuchać uspakajających modlitw. Ponieważ oczekujemy zbyt wiele, nie podążamy pokorną drogą codziennego bycia razem, które staje się możliwe tylko przez bliskość i dystans, przez kłótnię i pojednanie, przez agresję i miłość. Ponieważ oczekuje się wielkiej miłości, jest się rozczarowanym małymi znakami miłości, które inni czasami nam okazują. Ponieważ miłość zawsze powinna coś dać, nie jest się przygotowanym, aby iść trudną drogą ćwiczenia, na której można zbliżyć się do człowieka, by coraz lepiej go rozumieć. Ponieważ chcielibyśmy mieć idealnych zakonników, trudno nam zaakceptować tą konkretną osobę z jej błędami i słabościami.

Kto obawia się pokornej drogi spotkania samego siebie, nieustannie będzie wpadał w sidła rzutowania własnego cienia na najbliższych. Nieuświadomione ciemne strony, własny cień i cień drugiej osoby, często mieszają się z sobą, prowadząc do wybuchu irytacji. Gdy tylko próbujemy, kierując się dobrą wolą i wzniosłymi ideałami, stać się nawzajem jednym, wpadamy w sidła nieświadomych mocy, które wszystko mieszają. Musimy brać pod uwagę, że nasze relacje okrywa cień i że tym samym często stają się one nieprzejrzystym kłębkiem wzajemnych projekcji.

Gdy fascynuje mnie jakaś cecha w człowieku, zawsze doznaję zmiennych uczuć. Fascynacja szybko ulegnie zmianie: nagle postrzegam niezawodność Brata jako upór, a jego serdeczność jako niejasność, jego zdolność do wczuwania się w moje przeżycia, jako mieszanie się w moje sprawy. W każdym jest pragnienie bliskości i pragnienie dystansu. Należy podejmować próby konfrontacji z własnymi nieuświadomionymi pragnieniami, które przenosi się na drugiego. Może być zatem tak, że przenoszę moje uczucia na drugą osobę, nieświadomie skłaniając ją do takiego postępowania, jakiego spodziewam się. Są ludzie, którzy nie okazują agresji. Jednak ich stłumiona agresja prędzej czy później, wywoła gwałtowny gniew u jednej osoby, czy nawet u całej wspólnoty. Człowiek nie agresywny czuje się w porządku. Natomiast, jeśli ktoś tego nie potrafi, taką osobę ocenia się negatywnie. Nie zauważa nawet, że sam posiada swój udział w wybuchu wściekłości, nawet nie biorąc pod uwagę tego, że świadomie ją wywołał. Są również osoby, które nigdy nie są przygnębione. Natomiast smutek i przygnębienie w ich zastępstwie, dźwigają inni we wspólnocie.

Potrzeba dużej szczerości. Moralnym nawoływaniem, nie da się stworzyć miłości ani jedności. Tylko wtedy, gdy osoby w klasztorze są dostatecznie pokorne, aby pochylić się nad sobą, by rozpoznać swoje własne ciemne strony, możliwe staje się współdziałanie. Wspólnota zakonna tylko wtedy ma szansę być jednością, gdy zda sobie sprawę z nieuświadomionych konfliktów, wzajemnych projekcji, skomplikowanego splotu emocji, motywacji i potrzeb, które łączą wszystkich ze sobą. Tego splątania nigdy nie zdołamy całkowicie rozwikłać. Wiedząc jednak o tym, będziemy uważali nato, aby pochopnie nie dzielić na dobrych i złych zakonników, na osoby pożyteczne, pracowite, oddane i takie, które więcej szkody, niż pożytku przynoszą Zgromadzeniu; oraz na zdrowych i chorych, na prawych i nieuczciwych. Dość często potrzebujemy kozłów ofiarnych, abyśmy nie musieli oglądać własnego cienia. Potrzebujemy choroby innych, by nie widzieć jej u siebie. Potrzebujemy tych, którzy nie zachowują reguły, aby uniknąć własnej nieświadomej skłonności do zdążania ku temu samemu co ci, na których tak się oburzamy. Uświadomienie sobie swoich ciemnych stron (których próbowaliśmy się pozbyć, zapomnieć o nich) i poznanie, że wszyscy jesteśmy nawzajem powiązani w tym, co nieświadome, to trudna i długa droga. Mając to na uwadze, może ostrożniej zabierzemy się do budowy wspólnoty zakonnej.

Przyczyną porażki wielu domów zakonnych są rygorystyczne wymagania, jakie stawiamy drugiemu. Oczekujemy, że poradzi sobie sam z sobą, że nie ma wad, że nas zrozumie, że wyczyta pragnienia z naszych ust, zadba o nas i stworzy wspólnotę naszych oczekiwań i wyobrażeń, oraz da poczucie bezpieczeństwa. Oczekujemy od drugiego tego, czego nam brakuje. Tym samym jednak stawiamy całej wspólnocie zbyt wysokie wymagania. Tylko wtedy, gdy obejmiemy łagodnym wzrokiem ludzkie słabości, będziemy mogli z nimi żyć. I tylko wtedy, gdy nasze serce okaże się dostatecznie przestronne, aby ta druga znalazł w nim miejsce dla swej niepowtarzalności, będzie możliwe wspólne życie. Aby to wspólne życie się udało, potrzeba gotowości znoszenia drugiej osoby w miłości. W tej sytuacji powinienem łagodnie traktować moje własne ograniczenia. To znoszenie drugiego nie może być zadaniem ponad siły. Ma swoje granice. Jeśli popadam w chorobę, jeśli wszystko we mnie broni się przed tym znoszeniem, muszę to potraktować poważnie. Ale jest różnica, czy granice mojego znoszenia odczuwam zaraz na początku, w nowicjacie, czy dopiero po dwudziestu lub trzydziestu latach życia zakonnego. W życiu zakonnym nadchodzi moment, w którym nie mogę już zmieniać wspólnoty, nie mogę oczekiwać zrozumienia z jej strony, lecz powinienem pogodzić się z tym, że ta wspólnota jest taka, jaka jest. Oznacza to dla mnie wezwanie, aby ją taką znosić. Nie może to być jednak bierne i pełne rezygnacji znoszenie, które na wszystko zezwala. Raczej chodzi o to, żebym „niósł” drugiego Brata, trwał przy nim, wytrzymał z nim, ponieważ mimo jego błędów i słabości widzę w nim dobro.

Niekiedy tylko żyjemy obok siebie i nie mamy już sobie nic do powiedzenia. Oczywiście są granice znoszenia innych. Jeśli Brat lub Siostra doprowadzają mnie do choroby, jeśli znika cała moja życiowa energia, to jest to zawsze znak, że chwilowo nie powinienem szukać ich bliskości, lecz właśnie dystansu. Aby wspólne życie w klasztorze mogło się udać, trzeba wytrzymać zdrowe napięcie między: bliskością a dystansem, między samotnością a wspólnotą, między miłością a agresją, między kłótnią a godzeniem się, między konfrontacją a znoszeniem, między mówieniem a milczeniem, między dzieleniem a jednością. Niekiedy we wspólnocie nie możemy wytrzymać tych dwóch biegunów. Najchętniej chcielibyśmy zawsze porozumienia i zrozumienia, miłości, wspólnoty. Lecz w ten sposób myśląc, możemy utrudniać doświadczenie trwałej jedności. Kto zawsze chce być jedno, ten nigdy tego nie osiągnie. Kto zaakceptuje napięcie między jednością i oddzieleniem, temu będzie dane przeżywanie co jakiś czas, chwil jedności. Natomiast, kto chciałby odczuwać nieprzerwaną jedność ze swoją wspólnotą, ten będzie jej doświadczał coraz rzadziej. Kto chce zawsze cieszyć się wspólnotą, ten wkrótce z jej powodu będzie tak cierpiał, że tego nie wytrzyma.

Wspólnota w klasztorze, to zawsze dwie rzeczy: doświadczenie najwyższej jedności, która nas do głębi uszczęśliwia, i zarazem doświadczenie obcości, samotności, niezrozumienia i oddzielenia. Także to doświadczenie należy do naszego wspólnego życia. Odsyła nas ono do jednego Boga, który jedynie potrafi spełnić naszą najgłębszą tęsknotę za jednością. Nie ma dla nas innej drogi prowadzącej od rozbicia do integralności, od rozdarcia do jedności, jak wytrzymanie napięcia, w którym tu, na ziemi, żyjemy. Jesteśmy zawsze rozpięci między dwoma biegunami, między światłem a ciemnością, między niebem a ziemią, rozdarciem a jednością, duchem a popędem, samotnością a wspólnotą. Tylko wtedy, gdy mówimy „tak” temu podstawowemu napięciu naszego życia, przezwyciężamy wewnętrzne rozdarcie, które określa dziś tak wielu. Ponieważ nie wytrzymują oni napięcia, jakie istnieje między tymi biegunami, odtrącają ten nie lubiany. Jednak to odtrącenie wpędza w chorobę. Kto za dużo odsyła do swego cienia, ten znajdzie się pod jego wpływem. Nie żyje już sam, o jego życiu stanowią jego nieuświadomione ciemne strony. Natomiast kto wytrzyma to napięcie, ten nawet mimo swych przeciwieństw doświadczy wewnętrznej jedności. Nie będzie już przez nie rozdzierany, lecz doświadczy w nich przestrzeni i żywotności. Warto uwierzyć, że obydwa bieguny, tworzą normalność naszego życia konsekrowanego.



Liczba wyświetleń strony: 10033177 * Liczba gości online: 26 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC