MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Rozdarcie w życiu zakonnym



Rozdarcie wewnętrzne objawia się brakiem radości, ociężałością. Polega na niezdolności do bycia jednym z sobą, z chwilą obecną, ze swoją sytuacją życiową. W sercu narasta nienawiść do miejsca, w którym się znajduję, do mojego obecnego życia, i pracy, którą wykonuję. Rozdziera nas to wewnętrznie. Jesteśmy niezadowoleni z siebie, z miejsca, w którym żyjemy, z ludzi z którymi jesteśmy, z czasów, które są takie nudne, z pracy, ze stylu życia, ze wszystkiego. Jest to obrona przed wszystkim, co nas otacza. Ale jest to także odrzucenie własnej osoby. Jesteśmy niezadowoleni, ale nie wiemy też, czego właściwie chcemy. Buntujemy się przeciw wszystkiemu. Nie mamy też żadnego celu. Co najwyżej – oddajemy się jakimś złudzeniom. Nie potrafimy cieszyć się chwilą. Gdy modlimy się, odnosimy wrażenie, że właściwie powinniśmy pracować. Gdy pracujemy wszystko przychodzi nam z wielkim trudem. Czujemy się zmęczeni, mamy wrażenie, że pracujemy o wiele za dużo, że jesteśmy zestresowani. Jednak gdy odpoczywamy, nie wiemy, co począć z wolnym czasem. Biegnie on wolno i wydaje się nam zbędny. Nigdy nie jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, i nigdy nie przeżywamy chwili obecnej. Jest nie tylko typowa choroba zakonników.

Rozdarcie człowieka przejawia się w rozdźwięku między chceniem a działaniem, między prawem a grzechem, lecz przede wszystkim w rozdźwięku między pragnieniem a rzeczywistością. Nie chcemy zaakceptować naszego człowieczeństwa z jego granicami i ograniczeniami. Sądzimy, że możemy żądać nieskończenie wiele. Rozdarcie jest między innymi konsekwencją uzależnienia się od swoich namiętności, które wywierają presję. Rozdarcie, to czas opanowania przez namiętności. W godzinie pokusy nie trzeba szukać wymówek, by uciekać, lecz pozostać tam, gdzie jestem i zachować cierpliwość. Przyjąć to, co przynosi pokusa.

Przede wszystkim spójrz pokusie prosto w oczy, gdyż będąc najgorszą sprawą w życiu zakonnym, niesie ze sobą największe oczyszczenie duszy. Uciekanie przed takimi konfliktami czy obawianie się ich czyni ducha niezręcznym, tchórzliwym i lękliwym. Niekiedy pojawia się we mnie prawdziwy chaos emocji. Jeśli nie ucieknę od nich, lecz je wytrzymam, emocje te powoli dadzą się uporządkować. Kim właściwie jestem? Pytanie to porządkuje wielość myśli i uczuć. Wiele spraw okaże się wówczas, jako nieważne. Inne sprawy nadal będą mnie zajmować. Stopniowo odnajdę mój główny problem. Jakie jest podstawowe pytanie mojego życia? Jaka moja najskrytsza tęsknota? Gdzie w życiu mijam się z prawdą o sobie? Kim naprawdę jestem? Jestem u Boga i przed Bogiem, i w Bogu. To mi wystarcza. Znika rozdarcie.

Unikając każdego problemu, nigdy nie znajdę rozwiązania. Jeśli poddam się swemu rozdarciu, zwracając się to tu to tam, doznam coraz większego rozdarcia. Muszę wytrwać przy samym sobie, jakkolwiek byłoby to trudne. Muszę zgłębić ten niepokój. Napotkam wtedy złudzenia, jakie wytworzyłem sobie o życiu, moje przesadne wymagania, infantylne fantazje o własnej wielkości. I kiedy je rozpoznam, i zdemaskuję jako to, czym są, jako tkwienie w infantylizmie, wtedy będę mógł powoli pogodzić się z sobą i z moją sytuacją. Trzeba pogodzić w sobie przeciwieństwa, wytrzymania swojej dwoistości. Celem – wolność od namiętności. Jest to taki stan, w którym namiętności nie panują już nade mną, ale mi służą, w którym się uspokajają. Pozwala mi ona swobodnie obchodzić się z moimi namiętnościami. Nie jestem już do nich przywiązany, nie jestem od nich zależny. Raczej prowadzą mnie one do życia i ostatecznie do Boga. Dopiero wtedy, gdy zdobędę tę wewnętrzną wolność, gdy nic z zewnątrz nie wywiera na mnie presji, będę u siebie.

Człowiek jest biegunowy. Każdemu biegunowi odpowiada biegun przeciwny. Takie przeciwstawne bieguny to na przykład rozum i uczucie, miłość i nienawiść, dyscyplina i brak dyscypliny, lęk i zaufanie, mężczyzna i kobieta, duch i popęd. Jeżeli człowiek żyje świadomie tylko na jednym biegunie, biegun przeciwny staje się cieniem. Na przykład, gdy ktoś jednostronnie podkreśla swój rozum, wtedy biegun przeciwny, uczucie, zaznacza się w nieświadomości, i to zwykle w sposób, który wymyka się oddziaływaniu. Są takie osoby, które nie potrafią bronić się przed silnymi uczuciami. Wydani są na ich pastwę. Nie potrafią już jasno myśleć. Są to przyczyny rozdarcia wewnętrznego.

Gdy staniemy wobec swoich ukrytych przeciwstawności i niedorzeczności, pokorniejemy i zaczynamy być skromni. Przestajemy oceniać innych. Stajemy się tolerancyjni. Ważne jest, abyśmy w życiu zaakceptowali w sobie biegun przeciwny. Droga, która niekiedy powinniśmy iść, nie prowadzi przez wzrost czy postęp duchowy, bardziej intensywną relację z Bogiem lub pogłębianie w nas dobrych stron. Gdy słuchamy kogoś, kto nam mówi, żebyśmy jeszcze bardziej kochali i jeszcze więcej się modlili, możemy zabrnąć w ślepą uliczkę. Możemy bowiem podejmować wysiłki, by stłumić w sobie wszelkie negatywne motywy i oddać się wyłącznie do dyspozycji Boga. Ale w ten sposób pewnego dnia niektórzy popadają w ciemność i depresję. Można w taki sposób się zachowując nie mieć już żadnej radości z Boga i swego życia duchowego.

Nie można uniknąć siły swoich popędów. Unikanie bowiem prowadzić może do tego, że popędy rozszarpią człowieka. Trzeba zgodzić się na to, że jest we mnie biegun przeciwny. Co to znaczy? Że mam w sobie bezbożne strony, że są we mnie pragnienia nie kierujące się wolą Bożą, pop prostu są „niemoralne”. Zamiast pochopnie szukać pobożnych rozwiązań, trzeba spojrzeć na swoją pożądliwość i ją zaakceptować. Doświadczenie tej przeciwstawności wymaga tego, co mnisi nazywają pokorą, odwagą zstąpienia we własne człowieczeństwo z jego podstawowymi potrzebami. Często mamy określone wyobrażenia o tym, jak powinna wyglądać nasza relacja z Bogiem. Uważamy, że przy Bogu zawsze odczuwamy miłość i mamy poczucie bezpieczeństwa, i w każdej sytuacji możemy bezpośrednio porozmawiać z Jezusem. Otóż, bez bolesnego poznania samego siebie, które jest związane z dostrzeganiem ciemnych stron w sobie, relacja z Bogiem jest tylko jednostronna. Niektórzy próbują doprowadzić się do emocjonalnego przeżywania Boga, które jednak w konsekwencji nie sprawdza się w życiu zakonnym.

Właśnie wtedy, gdy ze zbyt wielką euforią mówimy o swoim doświadczeniu Boga, słuchając ich, mamy podstawę do sceptycyzmu. Euforia z powodu doświadczeń duchowych jest odwrotną stroną stłumionej seksualności. Człowiek ogarnięty euforią próbuje uciec przed swoją seksualnością. Wielu nie zauważa, że w swojej euforycznej miłości do Jezusa dają wyraz swoim potrzebom seksualnym. Nie powinienem pozwolić, aby egoizm mną zawładnął, ale powinienem też uwzględnić jego usprawiedliwione rację. Wówczas pomoże on mi wytyczyć granice, gdy zbyt wiele osób czegoś ode mnie chce. Gdy mojemu egoizmowi przyznam jego uprawnienia, mogę zaangażować moje siły na rzecz innych i pomóc im, bez obaw, że wydam się im bez reszty.

Bliskość i dystans, miłość i agresja, zrozumienie i brak zrozumienia, poczucie zjednoczenia i samotność przynależą do siebie. To są przeciwieństwa, które w nas żyją. Są to dwa bieguny, które dopiero razem stają się dla człowieka owocne. Gdyby ktoś chciał żyć tylko na jednym biegunie, zawsze przechodzi on obok życia, stając się łupem iluzji i złudzeń. Kto w przyjaźni chciałby przeżywać tylko jedność, ten zmusza przyjaciela do większego dystansu. W swoim dążeniu do nieustannej jedności stwarza on właśnie rozdźwięk. Tylko wtedy, gdy świadomie zaakceptuję napięcie między jednością i rozdzieleniem, między bliskością a dystansem, między miłością i agresją, doprowadzi ono do jedności na wyższej płaszczyźnie.

Stawanie się człowiekiem dojrzałym duchowo nie jest możliwe inaczej, jak tylko przez przyjęcie własnej przeciwstawności. Niektórzy słowo „doskonałość” zastępują słowem „kompletność”. Nie chodzi o to, że wykluczymy nasze negatywne strony i staniemy się bez zarzutu. Tego nigdy nie osiągniemy. Powinniśmy raczej przyjąć przeciwieństwa, które są w nas i stać się całością. Wówczas nie wypierane już przeciwieństwa, przestaną nas rozdzierać i wywierać negatywny wpływ na nas i nasze zakonne środowisko. Wszystko co próbujemy wyprzeć, odrzucić, oddzielić, działa pustosząco na wspólnotę zakonną. Wypchane agresje przenosimy na Siostry, z którymi żyjemy. Posiadanie dobrych zamiarów w życiu zakonnym i duchowym, to stanowczo za mało. Chodzi raczej o uświadomienie sobie także nieświadomych motywów.

Zatem, jeśli człowiek nie przejdzie przez piekło swoich namiętności, nie potrafi ich też przezwyciężyć i zintegrować. Trzeba zatem być sceptycznym, jeśli ktoś w życiu zakonnym coś radykalnie odrzuca. Jeśli ktoś uważa, że może naśladować Chrystusa tylko wtedy, gdy poniecha wszystkich swoich uzdolnień, gdy zrezygnuje ze wszystkich swoich potrzeb, wtedy istnieje niebezpieczeństwo, że to, czego poniechał, i to, co pozostawił, powróci ze zdwojoną silą. Czy Jezus tego nie wyraził, gdy powiedział, że duch nieczysty, którego wypędziliśmy z nas, by móc służyć tylko Bogu, znów do nas powraca. Czasem zbyt pochopnie sądzimy, że jesteśmy już wolni od wszystkich duchów nieczystych. Jeśli jednak nie obchodzimy się uważnie i świadomie z naszym światem wewnętrznym, one wracają. Dlatego w życiu duchowym wskazana jest skromność. To jest prawdziwy cud, gdy uwalniamy się od uzależnień, gdy potrafimy oprzeć się potrzebom, gdy zapominając o sobie, oddajemy się Bogu i ludziom. Kto jednak popada w zbyt wielką euforię mówiąc o tym, że wszystko oddał, łatwo naraża się na niebezpieczeństwo, że to swoje oddanie musi okupić pychą i chęcią imponowania. Wtedy to, co oddał, wraca z podwójną siłą. Nawet człowiek tego nie zauważa. Rzeczywiście sądzi, że oddał wszystko dla Chrystusa. A naprawdę chciał tylko zainteresować innych sobą i postawić siebie w centrum uwagi. Pokora, to jest kryterium prawdziwej duchowości.



Liczba wyświetleń strony: 9446064 * Liczba gości online: 25 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC