MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Aby rozwijać się duchowo



Istnieje pilna konieczność rezygnacji z mitów. Wspólnotowe mity, to fałszywe oczekiwania wobec życia wspólnego oraz błędne koncepcje takiego życia. Często są to mity nieuświadomione, nie nazwane, lecz mogące wywierać na wspólnotę szkodliwe działanie. Niekiedy widzimy same problemy w tym, co jest po prostu normalną rzeczywistością życia. Aby rozwijać się duchowo wystarczy być we wspólnocie. Dwa fałszywe wyobrażenia. Przyjmuje się, że wspólnota jest zdolna wywołać u kogoś uwewnętrznienie wartości i że czyni to jakakolwiek wspólnota. Wspólnota dostarcza jedynie możliwości uwewnętrznienia wartości, ale ich wykorzystanie zależy od wewnętrznych, psychicznych dyspozycji danej osoby. Nie każda wspólnota daje takie możliwości, lecz jedynie taka, która jest nosicielem wolnych i obiektywnych wartości.

Wspólnota jest rzeczywistością konfliktogenną. Nie tyle brak problemów mówi o jej ewangeliczności, co fakt radzenia sobie z nimi w duchu Ewangelii. Nie przyjmuję więc nigdy postawy fatalistycznej rezygnacji, wyrzekam się infantylnej negacji rzeczywistości, odrzucam postawę magiczną, oczekującą łatwych i natychmiastowych „cudownych” rozwiązań. Niektórzy sądzą, że powinniśmy zawsze wszystko robić razem, być zawsze w bliskości fizycznej, myśleć w identyczny sposób, mieć na wszystko te same argumenty. Neguje się tu jedną z podstawowych funkcji wspólnoty: rozwoju, obok poczucia przynależności, poczucia indywidualności. Jeśli są między nami konflikty, to znaczy, że się nie lubimy. W każdym związku mogą być różnice zdań, dyskusje, polemiki. Są konstruktywne, jeśli nie przeradzają się w spory i walki, lecz wyjaśniają bez upokarzania kogokolwiek.

Wszyscy powinni mieć ten sam sposób myślenia oraz starać się być do siebie jak najbardziej podobni. W rzeczywistości różnice są nie tylko nieuchronne, ale nawet korzystne. Ważne jest, aby zgadzać się co do celów (dlaczego jesteśmy razem, dokąd idziemy, czego szukamy), lecz każda osoba powinna być wolna w używaniu środków według własnego uznania, pod warunkiem, jeżeli rzeczywiście prowadzą do wspólnych celów. Jeśli coś jest nie tak, poszukajmy winnego! Kiedy pojawiają się trudności, odruchowo myślimy w kategoriach winy i kary, zamiast zająć się ich rozwiązywaniem, wolimy dochodzić, kto zgrzeszył i kto powinien się wstydzić. W rzeczywistości nie chodzi tu o czyjąś winę. Przeżywamy trudności, bo wszyscy się do nich przyczyniliśmy, tak samo i rozwiązanie musi być owocem współpracy wszystkich. Zamiast kogoś obwiniać, każdy z nas powinien zastanowić się, jak przyczynić się do wyjścia z tej sytuacji. Jeśli coś nie jest tak, wracamy do naszych dawnych sporów. Takie ciągłe, publiczne rozpamiętywanie win i urazów służy tylko wyładowaniu emocji, jest znakiem, że nie jesteśmy otwarci na tworzenie nowej rzeczywistości życia w tej wspólnocie.

Inni powinni wyczuć, co mam na myśli. Często myślimy, że skoro dążymy do kapłaństwa i naśladujemy Chrystusa, nie trzeba nic tłumaczyć, inni i tak powinni nas rozumieć. Lepiej pamiętać porażki niż sukcesy. Zbyt często zapominamy o tym, co dobre we wspólnocie. Jesteśmy przyzwyczajeni pamiętać to, co bolesne, nie umiemy zwrócić uwagi na elementy pozytywne w naszych współbraciach, dostrzec to, co dokonali pięknego i dobrego. Zbyt często spotkania wspólnot są jednym ciągiem narzekań, zbyt rzadko kończą się dziękczynieniem. Ważne jest to, by mieć szczęście! Dobra wspólnota pojawia się przypadkowo, nie wymaga wysiłku ze strony jej uczestników. To też jest mit. Wspólne życie wymaga ciągłej wzajemnej życzliwości, nieustannie podtrzymywanej komunikacji i negocjacji w celu znalezienia pozytywnego rozwiązania problemów. Potrzebny jest stały i aktywny wysiłek na rzecz tworzenia wspólnoty.

„Ty, na mój obraz”. W licznych wspólnotach marnuje się wiele czasu i energii na wysiłek tworzenia innych na własny obraz i podobieństwo. Takie „krucjaty” o nawrócenie bliźniego prowadzą do bezwartościowych dyskusji na temat braków kogoś drugiego, wywołują gniew i frustrację. Prawdą jest, że ideał wspólnoty wymaga zmiany niektórych cech charakteru, ale to nie ja, ani mój osobisty styl, nie są kryterium tych zmian, lecz są nim wartości ewangeliczne. Dobrze jest spojrzeć na siebie: jaki daję przykład? Jak samemu bardziej upodobnić się do Chrystusa? Przyjaźń jest spontaniczna, gdy wymaga wysiłku jest sztuczna. Błąd. Przyjaźń opiera się na uczuciu. Tylko konkretne zaangażowanie i wysiłek woli mogą wzbudzić prawdziwe uczucie przyjaźni. Jeśli brakuje tego wysiłku, uczucia pozostaną na poziomie doznań, emocji, zdolne co najwyżej do podtrzymania krótkotrwałych związków koleżeńskich. Na płaszczyźnie chrześcijańskiej przyjaźń buduje się na wartościach nadprzyrodzonych.

Nie pogadamy sobie, bo mamy różne charaktery. Spotykając współbrata wchodzę w inny od mojego, nie od razu zrozumiały świat. Jeśli chcę się mimo tego porozumieć, muszę zaakceptować pewną niemożność porozumienia się(różne charaktery), pilnując, aby nie doprowadziła nas ona do powstania bariery milczenia. Kiedy nie czuję się rozumiany we wspólnocie, szukam ciepła na zewnątrz. Żebrzę o uczucia pukając do drzwi osób świeckich. Łudzimy się, gdy oczekujemy, że będziemy przez nich rozumiani. Będziemy dla nich zawsze „inni”, jakoby „nie odczuwający pewnych rzeczy, gdyż obrali najlepszą cząstkę”. A kiedy się zorientują, że jesteśmy tacy sami, stosunki szybko staną się banalne jak wszystkie inne, ku naszemu rozczarowaniu. Czym innym jest natomiast przyjaźń ze świadomością tego, że nie może być pełnej wzajemności między osobami, które obrały różne drogi.



Liczba wyświetleń strony: 10658840 * Liczba gości online: 32 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-18
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC