MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Sanktuarium spotkania i dialogu



Sumienia należy zawsze słuchać. Chcąc skłonić kogoś do zmiany postępowania odwołujemy się do jego sumienia. Wówczas słyszymy w odpowiedzi, że właśnie sumienie każe mu czynić to, co nam wydaje się naganne. Potoczny sens sumienia traci w takich wypadkach swą pozorną oczywistość i zmusza nas, by bodaj w najprostszy sposób określić jego istotę, źródło i charakter jego autorytetu. „W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj. (...) Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa. Przez sumienie dziwnym sposobem staje się wiadome to prawo, które wypełnia się miłowaniem Boga i bliźniego. Przez wierność sumieniu chrześcijanie łączą się z resztą ludzi w poszukiwaniu prawdy (...). Często jednak zdarza się, że sumienie błądzi na skutek niepokonalnej niewiedzy, ale nie traci przez to swojej godności. Nie można jednak tego powiedzieć w wypadku, gdy człowiek niewiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a sumienie z nawyku do grzechu powoli ulega niemal zaślepieniu”.

„W głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny.” Cóż to za prawo? To, które wzywa go „do czynienia dobra a unikania zła. Sformułowanie to, określane mianem prasumienia lub synterezy – wyraża istotę prawa naturalnego. Cóż szczególnego głosi ta zasada? Jeśli „dobro” znaczy „to, co należy czynić”, a „zło” – „to, czego należy unikać”, to zasada: „Należy czynić dobro, a zła unikać”, to znaczy należy czynić to, co należy czynić, unikać natomiast tego, czego należy unikać. Człowiek – w odróżnieniu od nierozumnych istot – zdolny jest poznać coś jako dobro, oraz że w sposób konieczny (ze swej natury) do dobra dąży. Nikt nie chce zła dla zła; wyboru można dokonać tylko pomiędzy dobrami. Nawet gdy powiadamy o kimś, że wybrał zło, mamy na myśli to, iż wybrał nie to dobro, które należało, lub nie tak, jak należało. „Dobrze wybrane” dobro nie tylko nie ogranicza przy tym wolnej woli, ale z niej wypływa i samą wolność pogłębia. Dojrzale wolnym nie jest człowiek nieobliczalny, postępujący raz szlachetnie, a innym razem podle. Dojrzałym jest ten, kto trafnie dobro dostrzegł i trwale się za nim opowiedział.

Nieobliczalność wynika nie z wolności, ale z jawnego lub ukrytego – podlegania czemuś, co rządzi człowiekiem. Na tym polega różnica pomiędzy przymusem a koniecznością. Przymus determinuje człowieka z zewnątrz, wynika z poddania go jakiejś sile, tkwiącej w nim samym lub poza nim. Konieczność natomiast polega na autodeterminacji i: na wolnym i stałym przylgnięciu do wybranego i odpowiadającego człowiekowi dobra.

Zasada synterezy – powiada św. Tomasz – stanowi podstawowe prawo rozumu praktycznego, czyli tego, który normuje ludzkie działanie. Nie przywołujemy go zwykle wprost, ale gdy na przykład oburzamy się na tych, którzy pchają się do kasy bez kolejki; gdy zastanawiamy się, jak pomóc ciężko choremu przyjacielowi; gdy wyznajemy w akcie skruchy swe winy – zakładamy, iż powinniśmy czynić dobro, a unikać zła. Zakładamy więc zasadę synterezy jako zarazem podstawę i niezbędny warunek sensowności wszystkich wypowiadanych przez nas ocen i norm. Zauważmy jednak, że jest to prawo praktycznego rozumu: władzy uzdalniającej nas do poznania prawdy. „Chcieć można tego tylko, co się – jako dobro – poznało”. Na tej zdolności poznania prawdy o dobru, zwanej „prasumieniem”, opiera się ściśle pojęty akt sumienia: sąd, który „rozbrzmiewa w sercu nakazem: czyń to, tamtego unikaj”.

Mówiąc, że sumienie jest sądem, mamy zwykle na myśli to, iż sumienie stanowi wewnętrzną instancję, trochę podobną do trybunałów sądowych, jakie funkcjonują w życiu społecznym: podobnie jak sędzia, sumienie osądza czyny swego podmiotu i wydaje wyrok. Taką analogię podsuwa też św. Paweł, kiedy w Liście do Rzymian powiada o poganach, iż „ich sumienie staje jako świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub uniewinniające”.

Jego sąd to nie sam wyrok; to nade wszystkim sąd w sensie logicznym: podlegający kwalifikacji prawdy i fałszu, akt poznania czynu w relacji do tego, co stanowi o jego moralnej wartości. Jak prasumienie jest zdolnością poznania dobra i zła, dzięki której człowiek może ku dobru podążać, tak sumienie w ścisłym sensie jest aktem poznania tego, co obiektywnie („naprawdę”) człowiek w danej sytuacji powinien uczynić.

Rozumny, poznawczy charakter sądów sumienia bywa często kwestionowany, co pociąga za sobą daleko idące, groźne następstwa. Niekiedy utożsamia się sumienie z Freudowskim super-ego, upatrując w nim to, co społeczeństwo „wdrukuje” w jednostkę, zwłaszcza w jej wczesnym, dziecięcym okresie dojrzewania. Dziecko chce przynależeć do grupy społecznej, ona zaś – poprzez tak zwane osoby znaczące (rodziców, nauczycieli, wychowawców)-uzależnia tę akceptację od respektowania określonych zasad życia społecznego. Dziecko więc przyjmuje hierarchię wartości starszych jako własną. Aż się prosi, by tak właśnie interpretować genezę sumienia: by uznać je za wynik tresury, jaką społeczeństwo stosuje wobec swych członków. Trudno się dziwić, że taka wersja freudyzmu (niekoniecznie odpowiadająca zamysłom samego Zygmunta Freuda) ma wielu sympatyków. Zauważmy jednak, że oznacza ona w istocie pozbawienie człowieka autonomii. Nie jest on już wolnym podmiotem, zdolnym do poznania prawdy i kierowania się nią, ale marionetką w procesie społecznej obróbki, w ramach której oczywiście wmawia mu się, że jest wolny, by traktował on jako własne i przez to skuteczniej realizował narzucane mu z zewnątrz wartości i zadania.

Inni podkreślają rolę uczuć w kształtowaniu aktów sumienia. Istotnie: wszelkie oceny moralne, a zwłaszcza osądy własnych czynów, są silnie nasycone emocją. Co więcej, oceny te i normy trudno niekiedy ująć w racjonalne ramy. Powiadamy, że „czujemy”, jak powinniśmy czynić, lecz często nie potrafimy wytłumaczyć, jakie są powody, dla których tak właśnie czujemy.

W pewnych kręgach modna jest jeszcze inna interpretacja sumienia, pozornie podkreślająca rangę ludzkiej wolności. Powiada się mianowicie, że ludzka natura jest plastyczna, że nie zawiera w sobie żadnego trwałego „zapisu”, który byłby dla człowieka moralnie zobowiązujący. Człowiek jest – jak się podkreśla – zdolny i powołany do tego, by sens swego życia kreować i na tym właśnie polega jego wolność. Kto więc chce założyć małżeństwo i rodzinę, ten może to oczywiście uczynić, ale jeśli chce zamiast tego żyć w samotności i w niej upatruje swą wielkość, to też dobrze. Jeśli chce założyć związek homoseksualny, albo jeśli decyduje się realizować odpowiedzialne rodzicielstwo przy użyciu środków antykoncepcyjnych, albo nawet jeśli chce popełnić samobójstwo, bo w nim widzi szczyt swego samo spełnienia – to trudno mu takich działań zabronić, skoro wielkość człowieka jako istoty wolnej polega na tym właśnie, by w swobodny sposób kreować swój „projekt życiowy” i drogi jego realizacji. Jedynym ograniczeniem są uprawnienia innych, którym nie należy przeszkadzać w ich swobodnej samorealizacji, oraz kondycja ludzka, która nie każdą fantazję pozwala zrealizować. W związku z tym rolą sumienia nie jest dokonywanie sądów o wartości moralnej czynu w świetle jakiejś rzekomo stałej normy moralności, ale twórcze decydowanie o tym, co tą wartością będzie. Takie decyzje sumienia nie mają żadnego uzasadnienia poza tym, że manifestują wolność człowieka. Cóż to za atrakcyjna interpretacja sumienia! Trudno nie dostrzec jej pokrewieństwa z rajską pokusą: „Tak ja Bóg będziecie znali dobro i zło”.

Potrzeba niekiedy bolesnych doświadczeń, by przekonać się, że samą swobodną decyzją człowiek nie jest w stanie zmienić siebie – swej natury, najgłębszego sensu swego życia; że jeśli nie włoży wysiłku, by zrozumieć, kim jest, i poznać Boży zamysł względem niego, to może zmarnować jedyne życie, jakie Bóg dał mu do dyspozycji. Wszystkie trzy koncepcje sumienia: psychoanalityczna, emocjonalistyczna i kreacjonistyczna, podważają jego racjonalny charakter. Czy są to akademickie spory, pasjonujące tylko wąskie grono nieco zmanierowanych filozofów i nikogo więcej? Chyba nie. Oto uznanie poczętego płodu ludzkiego za człowieka i przyznanie mu prawa do życia określa się mianem „poglądu moralnego”, a więc takiego, który ma charakter osobistej „opcji”, nad którą już się nie dyskutuje. Oto podkreśla się wagę pluralizmu poglądów i postaw, w samej ich wielości upatrując większą wartość, niż w tym, co o ich słuszności decyduje.

W praktyce życia politycznego pluralizm taki oznacza nader często kierowanie się „racją siły”, nie zaś siłą racji; oznacza „elastyczność” programów i sojuszy, podporządkowanych całkowicie pragmatyce dążenia do władzy. Przeniesiony zaś na sferę wychowania pluralizm ten każe traktować wszelkie wizje rozwoju człowieka jako równoważne, pozostawione swobodnej decyzji jednostki. W życiu niejednego katolika tak właśnie pojęte sumienie, jako „uwolnione” od wymogu szukania i respektowania prawdy o dobru, wyraża się upartym stwierdzeniem: „Ja i tak swoje wiem”, którym kwituje się między innymi oficjalne i odwołujące się właśnie do sumień nauczanie Kościoła. Społeczeństwo ma oczywiście wpływ na wrażliwość sumienia poszczególnych ludzi. Trudno też zaprzeczyć, że akty sumienia są silnie zabarwione emocjonalnie. Zgodzić się wreszcie trzeba, że człowiek jest wolnym i twórczym podmiotem określającym swą indywidualną specyfikę.

Rzecz w tym jednak, by uwzględniając te i inne jeszcze uwarunkowania aktywności sumienia nie zapomnieć o tym, że jest ono nade wszystko aktem poznania prawdy: prawdy o czynie i jego moralnej wartości, a pośrednio o samym podmiocie, który poprzez ten czyn, jako istota rozumna, osiągnąć może osobową pełnię. Co więcej, przy całym swym indywidualnym, a nawet intymnym charakterze, sumienie – jako „sanktuarium spotkania i dialogu” – jest tym forum, na którym „chrześcijanie łączą się z resztą ludzi w poszukiwaniu prawdy i w rozwiązywaniu w prawdzie tylu problemów moralnych, które narzucają się tak w życiu jednostek, jak i we współżyciu społecznym” (KDK, 16). „Często jednak zdarza się, że sumienie błądzi na skutek niepokonalnej niewiedzy, ale nie traci przez to swojej godności. Nie można jednak tego powiedzieć w wypadku, gdy człowiek niewiele dba o poszukiwanie prawdy i dobra, a sumienie z nawyku do grzechu powoli ulega niemal zaślepieniu.”

Człowiek jest omylny. Tak jak może pobłądzić w poznaniu teoretycznym (w poznaniu tego, co i jak istnieje), tak też błądzi w poznaniu praktycznym (w poznaniu tego, co dobre i złe, oraz tego, co powinien czynić). Owszem, sumienie „nie traci swej godności”, kiedy człowiek błądzi w dobrej wierze, to znaczy kiedy błądzić nie chce. Jest to prawda nad wyraz pocieszająca. Któż z nas jest pewien, że w swych moralnych osądach się nie myli? Komu nie zdarzyło się, że po latach dostrzegł swą ślepotę, która – być może – przysporzyła komuś niemało szkody i bólu? Powiadał Abelard: „Powodujący szkodę, a przecież niewinny”. Jak długo bowiem człowiek uczciwie szuka prawdy, tak długo zachowuje nienaruszony swój „osobowy kręgosłup”: nadal jest rozumnym podmiotem, który stara się aktami wolnego wyboru podążać za tym, co sam poznał jako prawdę. U progu nieba może się dowiedzieć, że popełnił w życiu wiele głupstw, ale znalazł Boga, bo Go uparcie szukał.

Jednakże z poznaniem prawdy moralnej (praktycznej) sprawa nie jest prosta. Najpierw dlatego, że akty moralnie złe nie tylko odrywają wolność od rozumu i poznawanej przezeń prawdy, ale również powodują skażenie samego rozumu, samej zdolności poznania ważnej moralnie prawdy. Św. Paweł ostrzega: „Albowiem gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta”. Przez nieprawość – a więc przez wypaczenie woli – nakłada się pęta prawdzie, czyli zaćmiewa się zdolność trafnego uchwycenia tego, co należy czynić. Najpierw dlatego, że samo czynienie zła zniekształca nasze rozumienie dobra i zła. Kto stara się być sprawiedliwy, ten coraz lepiej rozumie, czym jest sprawiedliwość. Kto się chętnie rozmija z uczciwością, prawdomównością i innymi przejawami sprawiedliwości, ten źle ją pojmuje – i źle pojmuje zło, które staje się jego udziałem.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego trwanie w grzechu znieprawia sumienie. Człowiek nie może żyć w schizofrenii: w trwałym rozziewie pomiędzy tym, co poznał jako prawdziwe i zobowiązujące go dobro, a tym, co faktycznie wybrał. Albo nawraca się, tryli zmienia kierunek nastawienia swej woli, albo usiłuje nagiąć swe poznanie (sumienie) tak, by ten jego „kompas” inaczej wskazywał kierunki moralnie poprawnego działania. Tu dopiero dotykamy najgroźniejszej odmiany znieprawienia sumienia. Powiadamy niekiedy, że wyrzuty sumienia są tak natrętne i bolesne, że nie dają się niemym zagłuszyć. Obawiam się, że pogląd ten – pozornie surowy – jest zbyt optymistyczny. Nie uwzględnia on wielorakich możliwości samo oszukiwania się człowieka, potęgi „racjonalizacji” polegającej na dobieraniu szlachetnych motywów do nieszlachetnych czynów. Przypomnijmy sobie dialogi Chrystusa z uczonymi w Piśmie i faryzeuszami, których żaden argument ani żadne cuda Mistrza nie były w stanie poruszyć.

Bywają sytuacje, gdy życie w prawdzie, wierność temu, co człowiek za prawdę i dobro uważa, wystawione są na bardzo ciężką próbę. W Skoczowie, gdzie Papież w swej homilii szczególnie wiele uwagi poświęcił sprawom sumienia, usłyszeliśmy między innymi, że „nasz wiek XX był okresem szczególnych gwałtów zadawanych ludzkim sumieniom. W imię totalitarnych ideologii (...) zmuszano [ludzi] do działań niezgodnych z ich najgłębszymi przekonaniami. Wyjątkowo bolesne doświadczenia ma pod tym względem cała Europa Środkowowschodnia. Pamiętamy ten okres zniewalania sumień, okres pogardy dla godności człowieka, cierpień tylu niewinnych ludzi, który własnym przekonaniom postanowili być wierni”. I dodał, że nadal tkwią „głębokie rany w tkance moralnej narodu, a przede wszystkim w duszach Polaków, które jeszcze się nie zabliźniły, które jeszcze długo trzeba będzie leczyć”. Zapewne, różne są rany człowieka. Ale czy nie jest tak, że jedną z najgłębszych jest łatwość, z jaką przychodzi nam kłamać?



Liczba wyświetleń strony: 9478107 * Liczba gości online: 23 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC