MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Modlitwa liturgiczna



Nasza prywatna modlitwa jest przygotowaniem do liturgii. Na pierwszą zasadę liturgii wskazuje św. Paweł, kiedy pisze do Koryntian: „Ja bowiem otrzymałem od Pana to, co wam przekazuję”. Modlitwa liturgiczna jest zawsze w zasadzie modlitwą otrzymaną. Nie jest niczym, co byśmy sami stworzyli. Jest dana. Kiedy przychodzimy do Boga, nie przychodzimy po to, żeby narzucać Mu swoje nastroje lub zainteresowania, ale żeby przyjąć Jego zainteresowania i w pewnym sensie pozwolić, aby On udzielił nam swego nastroju. Jeśli nasza modlitwa zakłada, że winniśmy siebie wyrazić przed Bogiem, wówczas prawdopodobnie pozostaniemy uwięzieni w sobie, a modlitwa będzie w naszym życiu przeżywała poważny zastój. Ważniejsze jest dla modlitwy, żebyśmy dali się ogarnąć Bogu, wchłonąć przez Jego wielkie dzieło dawania siebie, i przyjęli wszelkie sprawy i troski, które są częścią tego dzieła. Liturgia nie stanowi zwykłego odbicia interesów i trosk, ale stawia nas za każdym razem wobec swojego nastroju.

Zdarza się, że przychodzimy skrajnie przygnębieni, a liturgia proponuje nam psalmy pochwalne i alleluja. Albo czujemy się uskrzydleni, tymczasem liturgia wymaga od nas recytowania psalmów pokutnych. Modlitwy najprawdopodobniej nie będą miały najmniejszego związku z konkretnymi sprawami, które ciążą nam na sercu w danej chwili, i mogą od nas wymagać mówienia o sprawach, które nas w najmniejszym nawet stopniu nie obchodzą. To wszystko jest wyzwaniem, żebyśmy się stali na tyle wolni i na tyle wielkoduszni, aby móc na tę chwilę pozostawić na boku własne nastroje i kaprysy, a nawet najbardziej pilne troski i problemy, i włączyć się w inne nastroje, inne sprawy. Jak długo będziemy się zastanawiali, jaką wyniesiemy z liturgii korzyść, tak długo zapewne zostaniemy niezaspokojeni i znudzeni. Ważniejsze jest bowiem to, na ile uwolniliśmy się już od siebie i w sobie, żeby móc siebie dać, żeby móc coś samemu wnieść. Wówczas przekonamy się, że właśnie w dawaniu otrzymujemy.

Potrzeba w liturgii naszej wielkoduszności, a wówczas właśnie liturgia, będzie jednym z najskuteczniejszych sposobów szerszego otwarcia serca i ukształtowania go na podobieństwo serca Jezusowego. Wymagając, byśmy się uwolnili od naszych nastrojów, nie wymaga od nas jakiejś kamiennej obojętności. Wprowadza nas natomiast w ogromne bogactwo i różnorodność ludzkich przeżyć. W liturgii znajdujemy wiele różnych nastrojów modlitwy, wiele płaszczyzn spotkania z Bogiem. Liturgia wprowadza nas w nastroje Ducha Świętego przyjmującego w siebie pełnię tego człowieczeństwa, z którym zjednoczył się Syn Boży.

Nie oznacza to, że mamy zawsze, natychmiast doznawać głębokiego przeżycia treści swojej modlitwy. I nie oznacza to również, że mamy starać się przeżywać emocjonalnie akty liturgii, w której uczestniczymy. Liturgia, wiernie celebrowana, powinna być przedłużonym kursem poszerzania serca, prowadzącym nas stopniowo do pełni miłości, jaką zawiera serce Jezusa.

To nie samo uczucie jest ważne. Uczucie może być albo może go nie być. Ważne jest, żeby ta próba nas kształtowała, powoli i w spokoju, abyśmy byli zdolni odczuć przedsmak kultu sprawowanego w niebie. Jest to nauka przygotowująca do życia w raju. Nieporozumieniem jest, że z liturgią mamy coś robić. To liturgia powinna coś robić z nami. W liturgii nie chodzi o uczucie, czy jego brak. Nasza ziemska liturgia jest tylko jakby wsłuchiwaniem się w liturgię świętych. W towarzystwie mieszkańców nieba wielbimy Boga i właśnie ich doskonałe uwielbienie podtrzymuje i otacza naszą modlitwę. Nasz udział powinien być najpełniejszy, ale trzeba też pamiętać o tym, że w jego naturze leży to, że nigdy nie bywa doskonały. Robimy coś, co nas przekracza. Czyniąc to, możemy mieć nadzieję, że staniemy się bardziej do tego zdolni, bardziej zdolni wejść w rzeczywistość, którą sprawujemy. W życiu doczesnym nigdy więcej nie osiągniemy, możemy co najwyżej zajrzeć przez szparę w suficie.

Dlatego też nie bądźmy zbyt rygorystyczni w poglądach na to, czego wymaga uczestnictwo w liturgii. Ważniejsze jest, żeby wywierała na nas jakiś ogólny wpływ, niż żebyśmy się przyłączali do każdego hymnu i wymawiali każde słowo, albo każde słowo słyszeli. Umiejmy pozwolić, aby oddziaływała na nas, na wiele sposobów, tak że nasz udział będzie z czasem bardzo wyraźny i czynny, a innym razem bierniejszy i niewidoczny. Czasem będziemy idealnie skupieni i dokładni, a kiedy indziej rozproszeni i niepewni. Powinniśmy ufać Duchowi Świętemu, który jest życiem i duszą liturgii, że wciągnie nas w nią w sposób, jaki uzna za stosowny. A to wymaga, byśmy się nie wtrącali w różne sposoby zaangażowania innych. Nie należy utożsamiać wypowiedzi autentycznej z wypowiadaniem się tylko własnymi słowami podczas liturgii: nasze własne słowa mogą tchnąć fałszem, podczas gdy dzięki słowom kogoś innego możemy się wyrazić prawdziwie i skromnie.

Najprostszą i najbardziej podstawową liturgią codzienną jest samo odmawianie trzy razy dziennie Modlitwy Pańskiej. Taka była praktyka wszystkich wczesnych wyznawców Kościoła. Gdybyśmy naprawdę potrafili odmówić Modlitwę Pańską z całą szczerością, bylibyśmy świętymi. Gdybyśmy byli w stanie uczciwie powiedzieć „przyjdź królestwo Twoje” i „bądź wola Twoja”, nie przystosowując tych słów do siebie, lecz siebie próbując przystosować do nich, wówczas trudno byłoby o prostszą drogę do świętości.

We Mszy św., w sposób symboliczny przynosimy siebie w chlebie i winie, aby Pan powiedział do nas „to jest Ciało moje”, żeby wszystko co jest w nas, zostało porwane w boską rzeczywistość, w ludzko-boską rzeczywistość Ciała Chrystusowego. Wymaga to od nas całkowitego oddania. Jeżeli Pan mówi: „to jest Ciało moje”, nie możemy już powiedzieć: „to jest moje ciało”. W tym momencie oddanie się Bogu wyrażone jest najdoskonalej i najpełniej. We Mszy św. Oddajemy Mu się całkowicie, a następnie otrzymujemy siebie z powrotem, przemienionych i uświęconych, innych, niż byliśmy przedtem

Nie świętość i grzeszność, którą ofiarujemy, zostają „przeistoczone” w świętość i sprawiedliwość Bożą. Niepotrzebnie skupiamy się na radościach uczestniczenia, czy osobistym duchowym pokrzepieniu Mszą św. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Bóg ofiaruje w niej Boga na ołtarzu Boga, i to jest największym zadośćuczynieniem. Kto odrywa się od siebie, w przyjmowaniu Eucharystii zdobywa wielką łaskę jedności z Bogiem, nie troszczy się bowiem o własną pobożność i pocieszenie. O wiele więcej niż o pobożność i pocieszenie troszczy się o chwałę i cześć Boga. Jest to najdoskonalsza z rzeczy w której dane jest nam uczestniczyć w tym świecie, i w niej się zawiera nasza doskonałość. Nie mamy bowiem własnej doskonałości poza doskonałością Boga. We Mszy św. Ofiarujemy swoją nicość, a nawet mniej niż nicość, a Bóg bierze ją do siebie, włącza w swoją odpowiedź.



Liczba wyświetleń strony: 9449405 * Liczba gości online: 19 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC