MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Głosiciel słowa Bożego



Z wglądu w siebie, z uświadomienia sobie własnej sytuacji rodzi się mądrość serca. Ten wgląd ma miejsce m.in. przy rozważaniu słowa Bożego. Zaglądam z Jezusem w moje wnętrze, bym się nie zniechęcił ani nie załamał. Jezus bowiem wprowadza do otchłani i z niej wyprowadza. Św. Augustyn napisał: „I mnie kazanie moje prawie nigdy się nie podobało. Lepszego bowiem pragnę i często słyszę je w sobie, zanim zacznę głośno rozwijać słowami. A jeśli nie podołam, smucę się, że język mój nie mógł dorównać sercu. Chcę bowiem, by wszystko, co sam rozumiem, i słuchacz mój rozumiał, a czuję, że nie tak mówię, bym tego dokazał.” Głosiciel słowa Bożego to ten, kto przyjął słowo i czuje słowo w swoim wnętrzu oraz doświadcza trudu, dramatu, ryzyka, przygody, bo wie, że ma słowo przekazać innym. „Jesteście bowiem ponownie do życia powołani, nie z ginącego nasienia, ale z niezniszczalnego, dzięki słowu Boga, które jest żywe i trwa”. Kapłan i każdy głosiciel Dobrej Nowiny jest tym, kto czuje słowo jako nasienie rzucone w jego własne życie i chciałby sprawić, aby ono zakiełkowało, i czuje tego cały trud i ciężar.

Głosiciel słowa Bożego „wydobywa ze swego skarbca rzeczy nowe i stare”. „Ze swego” – oznacza to, że człowiek taki czerpie z rzeczy, które ma w środku, bierze ze słowa prawdy własnego życia. Nie łosi słowa, nie dzieli się nim z innymi, zanim nie stanie się ono czymś jego własnym. Co posiada głosiciel w swym wnętrzu? Skarb! Ma również taką świadomość i potrzebę nie zachowania go wyłącznie dla siebie. „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Głosiciel odczuwa swoją posługę, jako powinność, konieczność, nawet, jeśli wolałby niekiedy milczeć. Chciałby uniknąć wymawiania słów Bożych, a pomimo to na nowo jest porywany przez dręczący niepokój, przez ogień, który chce się rozprzestrzeniać. Uświadamia sobie, że jeśli nie będzie głosił słowa Bożego, to zdusi ogień w sobie, a przez to będzie sfrustrowany i smutny. Parafrazując wyżej przytoczone słowa św. Pawła możemy powiedzieć: Biada mi, gdybym nie rozważał Ewangelii, gdybym w niej nie smakował; biada mi, gdyby mi ona nie smakowała.

Wiele smutku głosicieli słowa Bożego jest stąd, że nie przekazywali słowa, nie pozwolili Bogu wypowiedzieć się przez nich, i dlatego słowo Boże pozostając wewnątrz ich serca, jest dla nich ciężarem. Głosiciel słowa Bożego, to człowiek „pełen łaski i mocy”, jak św. Szczepan z Dziejów Apostolskich. Ma on w sobie niewiarygodną siłę, i kiedy mówi, sam się przemienia. Słowo Boże przemienia głoszącego je. Przez głoszenie, głoszący może doświadczać stawania się człowiekiem duchowym. To jest równoznaczne ze stawaniem się człowiekiem prawdziwym, równoznaczne ze stawaniem się chrześcijaninem. Słowo Boże jest większe od tego, kto je głosi, od sposobu w jaki jest głoszone. W życiu duchowym jest miejsce na to, aby być niezadowolonym z siebie, i aby mówić o tym z Panem, płacząc, modląc się, błagając, rozmyślając. Poprzez ciągłe konfrontowanie się z własnym trudem niesienia Słowa, można stać się człowiekiem duchowym i być autentycznym w posłudze przekazywania Słowa.

Kim jestem? Gdzie mogę znaleźć siłę do głoszenia i dlaczego głoszę słowo Boże, pomimo niepowodzeń i udręk? Posługa nasza jest zwalczana i trudna, męcząca, spotyka się z obojętnością, konkurują z nią media. Jakie są cztery fundamentalne postawy głosiciela słowa Bożego? Pewność, równowaga, żarliwość, serce. „Oddani posługiwaniu zleconemu nam przez miłosierdzie, nie upadamy na duchu. Unikamy postępowania ukrywającego sprawy hańbiące, nie uciekamy się do żadnych podstępów ani nie fałszujemy słowa Bożego, lecz okazywaniem prawdy, przedstawiamy siebie samych w obliczu Boga osądowi sumienia każdego człowieka”.

Mówiąc o pewności mamy na uwadze nie tylko pewność doktrynalną, lecz doświadczenie, stan umysłu, który nie jest więzieniem zniechęcenia i lęku; chodzi o stan wolności wewnętrznej, oddechu duszy, swego rodzaju spontaniczności. Z tej pewności wypływa radość. Radość w swobodnym wyrażaniu tego, co mamy wewnątrz, jest koniecznością, stanowi część tej pewności. Św. Augustyn mówi o potrzebie „wesołego nastroju”. Pewność głosiciela jest konieczna, aby była dokładność w wyrażaniu myśli. Zakłopotanie głosiciela w przekazie treści, jest źle odbierane przez słuchających. Niejednokrotnie słuchamy osób, które przekazują idee wzięte od innych, referują wydarzenia usłyszane czy przeczytane, posługując się sloganami i gotowymi hasłami. Poznajemy wówczas, że taki głosiciel jest niepewny, mało spontaniczny, pozbawiony wolności (w tym, co mówi, nie ma jego serca, przekonania, wiary, szacunku do słuchaczy). Pewność głosiciela w jego sposobie przekazywania Słowa, jest częścią samego świadectwa.

Pewność nie może być jednak pomieszana z arogancją, z zarozumialstwem, lub z uporem. Pewność dopuszcza bojaźń i drżenie: „Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i bojaźni i z wielkim drżeniem”. Pewność współistnieje z trudem fizycznym, ciężarem, lękiem, i to właśnie czyni ją autentyczną, to sprawia, że pragniemy głosić. Św. Paweł głosi naukę o stanie ducha właściwym dla człowieka, który posiada pewność, choć żyje w utrapieniu, w niedostatku, prześladowany, obalony na ziemię, jakby nosił w swoim ciele śmierć Chrystusa. A następnie dodaje: „Cieszę się przeto owym duchem wiary, według którego napisano: Uwierzyłem, dlatego przemówiłem; my także wierzymy i dlatego mówimy”.

Pewność głoszącego rodzi się na kruchej ziemi, a objawia się poprzez zdecydowanie i wytrwałość w głoszeniu orędzia. Pewność umie być uprzejma, cierpliwa, pokorna, skromna, grzeczna, zdolna wysłuchać uważnie. To jest dar z nieba. „Nie będzie krzyczał, nikt nie usłyszy na ulicach jego głosu, nie dogasi knota tlejącego”. Co jest korzeniem tej pewności? Korzeniem tej pewności jest pewność, wiara, że jesteśmy wonią poznania Boga, że uczestniczymy w triumfie Boga poprzez naszą działalność apostolską, poprzez głoszenie słowa Bożego: „Bogu niech będą dzięki za to, że pozwala nam wszędzie zwyciężać w Chrystusie i roznosić po wszystkich miejscach woń Jego poznania”. „On sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymiera, przymiera nie litery, lecz Ducha”. „Przeto oddani posługiwaniu zleconemu nam przez miłosierdzie, nie upadamy na duchu”. „Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa”. „Aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas”.

Pewność rodzi się zawsze w okolicznościach cierpienia, trudności. Nie jest to pewność kogoś, kto mając aplauz, oklaski, osiągnięcia, cieszy się i dziękuje za to Bogu. Jest to postawa tego, kto przeżywa trudne chwile, ciemność i pośród nich czuje pojawiający się pokój serca i moc Słowa. Działanie Boga jest najważniejsze. To Bóg uczynił nas sługami; dzięki Jego miłosierdziu mówimy; inicjatywa należy do Niego. U podstaw tej pewności znajduje się przekonanie, że zostaliśmy powołani, wybrani, nazwani po imieniu, wyświęceni, że zostaliśmy posłani. Moja pewność w głoszeniu słowa Bożego rodzi się z wewnętrznego przyjęcia uwarunkowań mojej posługi, nawet tych najbardziej przykrych. Pewność nie jest ucieczką od tych trudnych uwarunkowań z jakimi przyszło mi się spotkać, ani też nie jest łudzeniem się, że w innej sytuacji czułbym się lepiej. Chodzi o to, by świadomie przeżywać wszelkie sprzeczności, brak odzewu, mury nie do zdobycia – czyli chodzi o okoliczności, wśród których wykonujemy naszą posługę. Pewność nie może być wyuczona, ale winna się rodzić z sytuacji, w której aktualnie żyjemy. Jezus prowadzi nas przez stopniowe przyzwyczajanie się do warunków trudnej posługi, ale też uczy nas dostrzegania wszystkich pęknięć w murze obojętności, lekceważenia. Potrzeba zauważyć, że niektóre osoby słuchają, zauważyć pragnienia religijne, tęsknotę za tym, co wewnętrzne, poszukiwanie Boga, ale i jasną obecność Ducha w życiu świeckich.

Pewność zakorzenia się w świadomości Bożego działania we mnie. Taka świadomość wydaje owoc w postaci mądrości serca. Jestem powołany, a zatem wspomagany. „Albowiem Bóg, Ten, który rozkazał ciemnościom, by zajaśniały światłem, zabłysnął w naszych sercach, by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” /2 Kor 4,6/. Nasza posługa głosiciela słowa Bożego opiera się na stwórczej i odkupieńczej sile Boga, który wskrzesił Jezusa i umieścił w naszych sercach blask swojego oblicza „by olśnić nas jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa”.

Czym jest równowaga głosiciela? Przez równowagę rozumiem zdolność do czerpania z tego tajemniczego źródła pokoju i miłosierdzia, którym jest serce Jezusa. Jest to również stosowny dobór tematów w głoszeniu wiary. Polega ona na przekazywaniu ważnych treści w odpowiednim czasie. Należy dozować wskazania, dozować samą moc przykazań biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się ktoś znajduje. ” Niech będzie znana wszystkim ludziom, wasza wyrozumiała łagodność”. Termin grecki „epikeia”, to cnota, którą możemy nazwać „słusznością”, „zdolnością” do zrozumienia sytuacji granicznych ludzkiego doświadczenia, czyli także do zrozumienia, że prawo i wielkie ideały mają być odniesione do poszczególnych przypadków, do uwarunkowań osobistych. „Epikeia” łagodzi rygory prawa poprzez miłosierną uwagę skierowaną na sytuację jednostki. Szatan niejednokrotnie stara się uczynić serce twardym, usztywnić je pod pretekstem zachowania prawa, uczynić człowieka niezdolnym do zrozumienia sytuacji jednostkowych, czasami nawet pod pretekstem i pozorami gorliwości. Istnieje konieczność rozpoznawania podstępów szatana: stara się on podzielić ludzi przez nienawiść, spory, kłótnie, ale też poprzez surowość.

Bardzo często jest tak, że surowość moralna lub doktrynalna jest spowodowana nieumiejętnością zaakceptowania własnego człowieczeństwa, ubóstwa czy kruchości, jest buntem wobec siebie. Jakby na sposób kompensacji następuje usztywnienie, i ludzie to zauważają. Niekiedy wierni czują się zrażeni przez sposób postępowania księdza w konfesjonale czy przy głoszeniu kazań. Niekiedy niezadowolenie z siebie rodzi instynktownie chęć odwetu przez surowość w ujmowaniu prawa. Prowadzi do przesadnej gorliwości, która nie jest zdrowa i sprawia, że słuchacz czuje się źle traktowany. Znakiem autentyczności naszej stale poszukiwanej równowagi miłosiernej nie jest ani łatwizna pomijająca wymagania, ani twardość w wymaganiach. Natomiast jest nim zdolność cierpienia z tymi, którzy cierpią. Wtedy, jakiekolwiek by było pojawiające się rozwiązanie, ja sam wchodzę w sytuację cierpienia, i osoba rozumie doskonale, że jestem włączony w jej sytuację: czasami dojdę do postawienia ostrych wymagań, czasami do rozwiązań, które dotykają istoty problemu, zawsze jednak wchodząc w czyjeś cierpienie, które mnie również dotyka.

Celem wychowania chrześcijańskiego, celem kerygmatu, jako głównego punktu orędzia, jako fundamentalnych postaw człowieka i jako konkretnych przepisów, jest oczyszczenie głębi sumienia, aby uczynić człowieka zdolnym do tworzenia prawdziwych, słusznych, uczciwych, a zarazem cierpliwych, miłosiernych i wyrozumiałych relacji. Żadna moralność ludzka nie wchodzi do serca poprzez różne polecenia, jakkolwiek by były nowoczesne, wielokrotnie powtarzane i natarczywe. Moralność rodzi się w sercu jako owoc Ducha, a zatem sam Duch Boga staje się wewnętrznym Mistrzem każdego z nas. Jest ona zależna m.in. od rachunku sumienia czynionego codziennie. Rachunek sumienia jest pierwszą praktyką duchową, która zanika, gdy obniża się poziom życia duchowego. Rachunek sumienia został pomieszany z formułą – jakie grzechy popełniłem? W jakimś momencie rachunek sumienia staje się nużący. Dni są podobne jeden do drugiego, nie znajdujemy różnych grzechów; stopniowo rachunek sumienia traci na znaczeniu i jest coraz rzadziej praktykowany.

Zatem, czy nie lepiej mówić o „rachunku świadomości”, zamiast o „Rachunku sumienia”? Rachunek świadomości, zastępując dotychczasowe pytanie: jakie grzechy popełniłem?, pytaniem bardziej zasadniczym: „kim jestem wobec Ciebie, mojego Boga? Jak przeżywam moją sytuację życiową wobec Ciebie, Ojcze?”. Rachunek świadomości zawierałby wyznania: Wyznanie chwały. Św. Augustyn tak pisał: „Niechaj ma dusza, sławiąc Cię, okaże tym swoją miłość. Niech sławi Ciebie dając świadectwo o czynach Twego miłosierdzia”. „Confessio laudis” ujmuje nasze życie jako poddane miłosiernej miłości Boga. Przywołujemy na pamięć nasze życie, by chwalić Pana. Świadomość siebie przed Bogiem wyraża się poprzez „Cinfessio vitae”- wyznanie życia, gdyż moje ubogie życie nie dorasta do darów i miłości Boga. Pan nas zna i wie wszystko o nas, ale powiedzieć Mu o tym – to jeden ze sposobów wychwalania Jego dobroci. „Wyznanie życia” nie polega na gorzkiej pokucie, na użalaniu się nad sobą, na samooskarżaniu się, ale na powiedzeniu: Panie, Ty mnie zachowałeś aż do tej chwili w Twojej miłości, a ja nie umiem na nią odpowiedzieć, jestem niezdolny do życia na wysokości mego powołania.

Mogę wyrazić wszystko, co mi ciąży, co chciałbym aby nie zaistniało we mnie, co burzy mój spokój, co jest odległe od tego, kim powinienem być przed Bogiem i przed ludźmi. Wyrażam to językiem chwały, powierzenia się, pokoju, nawet jeśli chodzi o prawdziwą skruchę z powodu grzechów. Skruchę mierzoną oddaleniem, cierpieniem z powodu własnej nieadekwatności, czyli taką skruchę, która jest aktem miłości. Prawdopodobnie jedną z przyczyn odejścia od Sakramentu Pojednania i rachunku sumienia jest nieumiejętność przeżywania ich jako źródeł pokoju i skruchy, a dostrzeganie w nich raczej źródeł niezadowolenia z siebie, zgorzknienia, bezradnych samo oskarżeń czy sceptycyzmu. Wyznanie wiary. „Confessio fidei” – wyznanie wiary w Jezusa, który wyzwala człowieka z grzechu. To jest chwila, kiedy należy powiedzieć: Panie, wierzę w Twoją moc, która niszczy moją słabość; wierzę w moc Twoich darów, które zwyciężają moją słabość i rozjaśniają moją nieszczerość, oświecają moją ciemną i zamgloną drogę, wierzę, że Ty jesteś Zbawicielem mego życia, że umarłeś na krzyżu za moje grzechy. Ty, Panie, umarłeś na krzyży z powodu tych moich grzechów, od których mnie uwalniasz przebaczając mi i przywracając mnie do zdrowia.

Taki rachunek sumienia jest podobny do rozeznawania duchów, które jest zdolnością uświadamiania sobie poruszeń ducha we mnie, dziejących się w codziennym życiu. Rachunek świadomości łączy się z życiem modlitwy, a zatem z wyraźnie określonym czasem na medytację i kontemplację, a one prowadzą do uzyskania wewnętrznej świadomości darów Boga w naszym życiu. Kiedy modlitwa rozwija się w takich czasach, jakimi są medytacja i kontemplacja, to rachunek sumienia stanie się krótką pauzą w ciągu dnia, która wydobywa je wszystkie na poziom świadomości, a zatem służy do stworzenia osnowy dla ustawicznej modlitwy. (Wszystko co przeżywam, wydobywam na poziom świadomości). „Modlitwa ciągła” nie znaczy tak po prostu, że trzeba nią wypełniać wszystkie chwile, ale że trzeba znaleźć tych kilka chwil, od których może się ona rozwijać jak sieć, albo od których można by poprowadzić nić zespalającą różne momenty życia. Chodzi o to, by osiągnąć przez tak rozumiany rachunek świadomości – mądrość serca. Bez takich chwil uświadamiania sobie swojej sytuacji przed Bogiem, rozpuszczamy się tak jak ziemia rozpuszcza się pod wpływem gwałtownego deszczu.

Jeśli w równowadze miłosiernej może odgrywać jakąś rolę nasz grzech: łatwowierność, łatwość pozostawiania rzeczy bez reakcji, pobłażliwość, która przybiera pozór miłosierdzia, to także w postawie żarliwości nasz grzech może dawać o sobie znać. Popędliwość, zgorzknienie, urazy, gniewy znajdują swoje ujście w polemice, i czasami zdarza się, że trzeba interweniować w sytuacji, kiedy to brak umiaru w słowach, okazywany publicznie, wywołał wrogość, nieprzyjaźń, nieporozumienia i kłótnie. Temat żarliwości jest szczególnie trudny, ponieważ obecnie ludzie są bardziej przewrażliwieni niż kiedyś. Stąd pewne teatralne gesty groźby czy polemiki wywołują czasami uśmiech i nie są traktowane poważnie. Słowa oburzenia wypowiadane podczas kazania pozostawiają słuchaczy obojętnych, ponieważ są oni przyzwyczajeni do bardziej spokojnego języka w radiu czy telewizji.

Niezależnie od reakcji ludzi, musimy powiedzieć, że w nas samych jest wiele wrogości i negatywnych sądów i uczuć w stosunku do innych, które mogą znaleźć niewłaściwe ujście w wypowiedziach o treści religijnej i ewangelicznej, a więc ze szkodą dla słowa Bożego. Wiele w tych sprawach możemy nauczyć się od środowisk świeckich. Zwróćmy uwagę na polemikę i jej znaczenie w życiu chrześcijańskim. Powinna ona zawierać w sobie dużą moc, winna być piękna, zawsze dokładnie wyważona, a wówczas będzie skuteczna i przekonująca. „Nikomu złem za zło nie odpłacajcie. Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi. Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi”. Pierwszym obowiązkiem jest zatem życie w zgodzie ze wszystkimi. Są nieprzyjaciele i przeciwnicy, ale są oni motywem praktykowania miłości. Nie można oddzielić wyznania chrześcijańskiego od tego aspektu polemicznego i od obecności osób, które myślą inaczej, co więcej, przeciwstawiają się.

Polemika zarówno ze strony Jezusa jak i św. Pawła odnosi się zasadniczo do osób z kręgów religijnych. Nie widzimy polemiki Jezusa z Jego otwartymi przeciwnikami, to znaczy z ludźmi niewierzącymi, z grzesznikami. Czasami zdarzają się pod tym adresem mocne stwierdzenia, ale najmocniejsze odnoszą się do form pseudoreligijności czy religijności obłudnej. Św. Paweł celuje w środowisko, które wydaje się być środowiskiem religijnym, czyli może przyciągać osoby szukające Boga, a w rzeczywistości to środowisko niszczy czystość Ewangelii. (W jaki sposób niszczę czystość Ewangelii w moim środowisku?). Jezus walczy z faryzeuszami: są to osoby głęboko religijne, dużo się modlą, prowadzą intensywne życie ascetyczne – poszczą i dają dziesięcinę ubogim – ale istota ich religijności nie jest ewangeliczna. (Co jest istotą mojej religijności?).

Paweł polemizuje z ludźmi, którzy nie głoszą Krzyża jako istoty kerygmatu, licząc bardziej na sukces osobisty i podporządkowując mu Ewangelię. Polemika jest nieunikniona, jak nieuniknione są skandale, jak nieuniknione jest to, że orędzie ewangeliczne będzie czasami źle interpretowane.

Istnieje obowiązek przewodzenia doktrynalnego, nie tylko wyliczając rzeczy, w które należy wierzyć, ale przede wszystkim wskazując, jak wierzący ma uczynić je swoimi i przeżywać je na co dzień. Każdy człowiek odczuwa potrzebę rzeczywistości nadprzyrodzonych. Pragnie odnaleźć je jako nowe, ponieważ tak bardzo mu się zatarły. Kiedy więc np.. mówimy o katechezie dorosłych, nie mamy na myśli zwykłego powtórzenia treści, ale nowe ich rozumienie, które stałoby się przewodnikiem na życie. Rodzi się potrzeba wprowadzania w prawdziwe rozeznanie ewangeliczne: w czucie spraw i nauki Jezusa, aby mogła być przekazywana z autentyzmem i z mocą polemiczną, kiedy jest to konieczne, i w ten sposób mogła pomagać ludziom zrozumieć siebie i odpowiedzieć na niepokojące pytania. Podstawowym narzędziem osiągnięcia takiego wyczucia spraw Jezusa jest z pewnością ciągła kontemplacja Jego życia, a więc kontemplacja Ewangelii, przyswojenie sobie treści ewangelicznych w łasce Ducha Świętego.

Św. Augustyn napisał w „Wyznaniach”: „Przywołam teraz we wspomnieniu dawną obrzydliwość, ten jad, którym ciało zatruwało duszę – przywołam nie dlatego, jakobym go lubił, lecz po to, abym Ciebie umiłował, Boże. Właśnie przez miłość do miłości Twej przebiegam w gorzkim rozmyślaniu niegodziwe ścieżki mej przeszłości, abyś Ty dla mnie tym bardziej słodki się stał, błogości nie zwodnicza, zasobna i bezpieczna. Ty, co mnie dźwigasz z tego rozproszenia, w jakim siebie roztrwoniłem, gdy od Ciebie jednego się odwróciwszy zagubiłem się wśród spraw tak wielu”. Właśnie przez to doświadczenie Augustyn uświadamia sobie, że czystość jest darem. Dyscyplina osobista jest czymś fundamentalnym, bo bardzo niebezpieczne jest podejmowanie tych spraw, jeśli samemu ma się coś do usprawiedliwienia. Wówczas bowiem dochodzi się do „pustych słów”. I ten, kto je wypowiada, nie jest pobudzany przez prawdziwe dobro moralne, ale przez ukrytą potrzebę usprawiedliwienia samego siebie.

Osiągnięcie w sobie pewnego poziomu integracji uczuciowej, pozwala wejść głębiej w te problemy, ale bez uwikłania się w nie, to znaczy z pewnym dystansem. Tak właśnie czynił św. Augustyn: dziękuję ci, mój Boże, ponieważ mogę mówić o tych sprawach z pokojem, z radością i oddając chwałę Tobie! Konieczne jest zatem wielkie pragnienie dyscypliny osobistej, bez niej słowa kapłana zabrzmiałyby podejrzanie. Potrzeba przebycia szlaku wewnętrznego wzrostu i dojścia do takiej sytuacji, kiedy jest się zdolnym do podjęcia odpowiedzialności za innych; wówczas umiem odpowiedzialnie głosić słowo Boże w trudnych sytuacjach, umiem scalać wiele elementów, aby wydawać mądre opinie, a nie tylko poprawne teologicznie sądy. Podobnie jak nie można w homilii mówić tyle samo o sztanie, co o Jezusie Chrystusie; nie można zrównywać najważniejszego przykazania miłości z pewnymi sposobami postępowania, które odnoszą się do poszczególnych sytuacji, osób, momentów życia. Człowiek, który nie przewyższa siebie, cofa się. Jeśli nie zachęcamy człowieka do przekraczania siebie, popada on w zastój. Nauczanie moralne kaznodziei powinno być z zasady bardziej zachęcające niż informujące. Nie powinno się ograniczać do powiedzenia: to jest grzech, tego nie wolno, tego trzeba unikać. Nie wystarczy ograniczyć się do przedstawienia prawa. Prawo – mówi św. Paweł – nie zbawia człowieka. Trzeba więc zachęcać człowieka i uczyć, jak dochodzić do chrześcijańskiej pełni duchowej i moralnej. Zagadnienia związane z seksualnością człowieka bardziej są przedmiotem katechezy, pouczeń niż właściwego przepowiadania.

„Serce przemawia do serca”, czyli słowa wychodzą z wnętrza osoby i szukają drugiego wnętrza. Są rzeczy, których słuchamy, ponieważ czujemy, że mają jakieś znaczenie, i nawet gdy jesteśmy zmęczeni czy mało skupieni, czy zagonieni, staramy się słuchać. W pewnym momencie dostrzegam, że spontanicznie przysłuchuję się czemuś z zainteresowaniem, gdyż osoba mówi coś, co jest komunikowaniem z jej wnętrza do mojego. Wtedy zmienia się jakość mojego słuchania, nie muszę się wysilać, aby słuchać, słowa do mnie docierają, wchodzą do mego serca jako przesłanie. „Oprócz prawdy, w człowieku wewnętrznym kryje się zdolność miłowania, która jak siła ciążenia wynosi go ponad niego samego, pociąga do innych, a zwłaszcza do Innego, czyli do Boga” – pisał św. Augustyn. Komunikacja z wnętrza do wnętrza jest czymś spontanicznym i wystarczy pozwolić jej wynurzyć się, płynąć, działać. „Usta nasze otwarły się do was, Koryntianie, rozszerzyło się nasze serce. Nie brak wam miejsca w moim sercu, lecz w waszych sercach jest ciasno. Odpłacając się nam w ten sam sposób, otwórzcie się i wy: jak do swoich dzieci mówię”. W każdym niemal wersecie św. Paweł mówi o sercu. To słowo jest kluczem w komunikacji ze słuchaczami. „Usta nasze otwarły się do was, rozszerzyło się nasze serce”. Dosłownie tekst grecki mówi: „Usta nasze otwarły się do was, otwarło się na oścież nasze serce”. Co Paweł chce powiedzieć? Że nigdy nie był nieszczery, że nic nie ukrywał, że powiedział to wszystko, co miał w sercu. W oparciu o powyższe refleksje można próbować zdefiniować miłość: miłość jest przebywaniem w drugim człowieku, jak w swoim domu. Kiedy Bóg otwiera serca, rozpoczyna także komunikację o charakterze rodzinnym, otwiera drzwi serdecznej gościnności. Prawdopodobnie tutaj rodzi się uczucie zaufania.

Przepowiadanie chrześcijańskie rodzi się z wnętrza, z głębokiego osobistego przekonania, ale też i z wielkiego cierpienia. Oznacza to konieczność przygotowania. Bez przygotowania ryzykujemy, że będziemy mówić w sposób powierzchowny, pod wpływem chwilowych emocji, wypowiadając te kilka idei, które nam przychodzą do głowy. Chcąc wejść w serce, musimy zgodzić się na trud, ponieważ nie jest łatwo „łowić” w swoim wnętrzu: trzeba czasu do refleksji. Jest prawdą, że Bóg może nam udzielić łaski mówienia z serca bez przygotowania, być może dlatego, że temat jest nam szczególnie bliski, czy też dlatego, że słuchacze nas mobilizują, albo i to, że warunki zewnętrzne stwarzają atmosferę głębokiego wzruszenia. Zazwyczaj jednak tak się nie dzieje. Często przepowiadanie chrześcijańskie pozostawia wrażenie powierzchowności, powtarzania się i słuchacze nie skupiają uwagi na tym, o czym mówimy. Ludzie wyczuwają, że wypowiadane idee nie są przecierpiane, przeżyte, doświadczone.

Przygotowanie musi rozpocząć się we wnętrzu. Często błądzimy, ponieważ z braku czasu pytamy się: co powiem na ten temat, jak skomentuję ten fragment Ewangelii? To jest źle postawione pytanie. To jest pytanie powierzchowne, nie dotyka wnętrza. Powinniśmy je poprzedzić dwoma innymi: co mówi słowo Boga? Przede wszystkim muszę przeczytać je z uwagą, jakby pierwszy raz, podkreślając je, smakując, posługując się jakimś komentarzem. Wtedy ożywia się w naszym wnętrzu znajomość tego Słowa, które zawsze jest nowe. Co mnie samemu mówi to Słowo? W jaki sposób mnie porusza, dotyka mnie, albo nie trafia do mnie czy wydaje mi się mało interesujące? Jeśli mało mnie interesuje, podobnie będzie i u mojego słuchacza. Jesteśmy w tej samej sytuacji i musimy się zapytać, jak to się dzieje, że to Słowo brzmi obco w naszych uszach, jakie uprzedzenia nie pozwalają nam je przyjąć. I wtedy mogę już zadać sobie to trzecie pytanie: Co powiem, czerpiąc z tego Słowa, już przefiltrowanego w moim wnętrzu? Mówiąc o pewności głosiciela Słowa, mówimy też o radości. Radość rodzi się, kiedy odkrywamy, że odnaleźliśmy ten „źródlany” charakter Słowa. Komunikujemy z radością.

Istnieje serce każdej homilii i serce każdej wypowiedzi, słownej czy pisemnej, która ma sens i konsystencję. Autor tekstu umieszcza serce w takim miejscu i w taki sposób, żeby czytelnik mógł je odnaleźć z trudem, ale i z radością. Także kazanie ma serce, a jeśli go nie ma, kaznodzieja rozwodzi się, zdania wydają się nie mieć związku, jedno występuje obok drugiego, ale nie bardzo wiadomo, co się chce przekazać. Po kazaniu trzeba by zadać kaznodziei trzy pytania: co jest istotą tego, co chciałeś powiedzieć? w jaki sposób ta istota jest przesłaniem, orędziem, a nie tylko informacją? w jaki sposób to przesłanie łączy się z kerygmatem, który jest sercem Ewangelii? Przepowiadanie powinno dotrzeć do tego, czym człowiek żyje, czym chciałby żyć w swoim wnętrzu. Chodzi o wewnętrzność w szerokim znaczeniu: poryw ku Bogu, ale i zagubienia wewnętrzne, lęki, ciemności. Liczy się dochodzenie do serca osoby.

Dzisiaj trzeba praktykować i rozwijać wiarę, która potrafi żyć w świecie czy w środowisku niewierzących. Wydaje się, że wiara – która ma być głoszona – nie wytrzymuje próby właśnie tam, gdzie powinna być głoszona, co jest swego rodzaju paradoksem. Wiara walcząca to ta, która zdolna byłaby stawić czoło trudnym środowiskom. Druga cecha charakterystyczna: wiara z przekonania. Taka wiara jest skazana na ciężkie próby, których nie szuka, ale którym stawia czoło i wychodzi z nich umocniona. Jest życiem, którego pokojem jest walka i dla którego zbyt duży spokój jest podejrzany. Trzeba uznać, że wiara Kościoła walczącego jest stanem pewnej gwałtowności. Podstawowym problemem duszpasterskim jest zatem pomóc ludziom, aby przeszli od wiary tradycyjnej, z przyzwyczajenia, zależnej od środowiska – do wiary osobistej, z wewnętrznego przekonania. Gdyby nie było tego przejścia, nie można by wytrzymać zderzenia z coraz większą falą sekularyzacji i ateizmu. U pewnej grupy młodzieży można zauważyć postawy takie jak: lęk przed przyszłością, brak nadziei i zaufania do przyszłości, zamknięcie w sobie, pragnienie życia wygodnego, odmowa poświęcenia się. Wszystko to jest zbiorem postaw przeciwnych wierze, która ma śmiałość, ma nadzieję, ryzykuje, poświęca się, jest posłuszna, idzie naprzód nawet w ciemnościach. Nie wystarczy zatem pogłębiać wiarę z teologicznego punktu widzenia. Trzeba ją rozbudzić, bo ona jest lekarstwem na chorobę. Na nic się nie przyda głoszenie wartości życia, jeśli nie pomagamy ludziom wzrastać w sile ducha, która pochodzi z wiary, i z tą mocą patrzeć w przyszłość wierząc, mając nadzieję, czyli również z gotowością podjęcia koniecznych wyrzeczeń.

Ludzie, którym Jezus mówi prawdę, wyrzucają Go poza miasto, by Go ukamienować, a Jego historia wydaje się dobiegać końca; w ciągu jednego dnia Jego posługiwanie kończy się niepowodzeniem. Od tego powinna się zacząć nasza refleksja. Jezusowi nie udało się, nie zdołał przekonać, nie znalazł zrozumienia i musiał w pośpiechu opuścić miasto. Zaczyna się tutaj ów szok ewangeliczny. Jezus jawi się jako głosiciel Ewangelii, któremu się nie powiodło. „On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się”. Zastanówmy się nad wielkim smutkiem tego odejścia Jezusa. Oczywiście, mamy tu do czynienia również z wielką tajemnicą i potęgą Boga. Jezus przegrany, wyrzucony, nie słuchany, nie chciany i naprawdę jest to tajemnicza scena, jeśli uświadomimy sobie, że Jezus głosi Dobrą Nowinę. Jezus z uczniami musi oddalić się. Tak jak odszedł Jezus, podobnie Paweł i Barnaba muszą odejść. Ich nauczanie skończyło się niepowodzeniem. Słowo nie zostało przyjęte. „Nie chciałbym bowiem bracia, byście nie wiedzieli o udręce doznanej przez nas w Azji; jak do ostateczności i ponad siły byliśmy doświadczani”. To są wielkie słowa: „ponad siły; ”to, co nas spotkało, przeraziło nas, nie mogliśmy dłużej wytrzymać”, „tak że zwątpiliśmy, czy uda się nam ujść z życiem”, czyli doszliśmy do momentu, w którym powiedzieliśmy: to już koniec. „Lecz właśnie w samych sobie znaleźliśmy wyrok śmierci: aby nie ufać sobie samym, lecz Bogu, który wskrzesza umarłych”. „Bo przez wiele ucisków trzeba nam wejść do królestwa Bożego”.

Z jednej strony Jezus znajduje się pod naciskiem oczekiwań ludzi, pokusy dostosowania się do ich pragnień, ich potrzeb. Odniesienie sukcesu oznaczałoby jednocześnie – uwikłanie się w całym gąszczu drobnych interesów, kształtujących społeczną strukturę małej miejscowości. Z drugiej strony zadziwia wolność Jezusa. Nie troszczy się On o sukces, nie zważa na to, co może się zdarzyć, na złą opinię u ludzi; nie bierze zupełnie pod uwagę, że ludzie już nie zechcą się z Nim spotykać, przestaną Go do siebie zapraszać. Przemawia z całkowitą wolnością i wydaje się nawet, że w pewien sposób prowokuje tych ludzi, przypominając im, że istnieją inne horyzonty i ważniejsze względy – względy królestwa Bożego. Powołani jesteśmy do tego, by być z Jezusem. Winniśmy tym samym naśladować Jego absolutną niezależność. Jest ponad wszelkimi doraźnymi, przyziemnymi oczekiwaniami ludzi. Zatem, zanim zaczniemy myśleć nad tym, co mamy powiedzieć lub co mamy zrobić i osiągnąć, trzeba, byśmy się stali uczestnikami wolności Jezusa. Bowiem człowiek wyzwolony poprzez uczestnictwo w życiu Jezusa, staje się głosicielem Ewangelii wolności. Nie możemy pomagać, wyzwalać i godzić innych ludzi, jeśli wcześniej my sami nie będziemy wolni, spokojni dzięki obecności Jezusa, dzięki naszemu trwaniu w Nim. Dlaczego mieszkańcy Nazaretu nie słuchali Jezusa? Prawdopodobnie dlatego, że zostały zagrożone pewne ich interesy, że nie spełnił niektórych ich nadziei. (Jakie zawiedzione nadzieje, jakie zagrożone interesy mogą mi przeszkodzić w przyjęciu Jezusa, jako wyzwoliciela, jako zbawiciela, jako zwiastuna Dobrej Nowiny dla mnie?).

Przypatrzmy się uczniom idącym do Emaus. Byli oni z grupy uprzywilejowanych. Przeżywają kryzys, który jest normalną próbą głosiciela Ewangelii. Nie wypierają się niczego, ale idą własną drogą, chcą dokonać czegoś konkretnego, dotykalnego, poświęcić się, być może sprawom codziennym; zająć się tym, co daje zwyczajną satysfakcję. To, czego się spodziewali głosząc Ewangelię, stało się zbyt mętne, nieokreślone. ”Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło”, „zatrzymali się smutni”. Odejście od orędzia nie przyniosło im żadnej radości, nie znaleźli spokoju: ta przygoda źle się skończyła. Stąd ich gorycz. Dyskutują więc, może kłócą się, by zrozumieć, kto tu ponosi winę, i wyrzucają sobie nieostrożność. Tak dzieje się zawsze, kiedy sprawy źle się układają, szuka się wtedy winnych, wskazuje się osoby, które popełniły błędy. Uczucia goryczy i niezadowolenia muszą znaleźć ujście.

Zatem, wśród uczniów, mimo iż postanowili iść jedną drogą, mimo istniejącej między nimi przyjaźni – były podziały. Niekiedy i my, możemy odczuwać wstrząs po niepowodzeniu związanym z głoszeniem Ewangelii, pomimo że tak starannie byliśmy przygotowani. Co w tej sytuacji czyni Jezus? „Jezus zbliżył się i szedł z nimi”. Idzie z nimi w rytmie ich kroków przez pewien czas, nie mówiąc ani słowa. Towarzyszy im, pozwala, by Go wzięli za nieznajomego, którego obecność nie zmusza do ściszenia głosu. Jezus zaczyna powolnie na nich oddziaływać przez zadawanie pytań, które stopniowo uzewnętrzniają ich problem. Jezus prowadzi ich tak, by oni pomogli sobie sami. Nie porywa ich swoimi proroctwami, nie mówi im, że się pomylili, lecz postępuje tak, by oni sami zrozumieli własne problemy, by uświadomili sobie to, co czynią i co przeżywają, nazwali rzecz po imieniu, i dzięki temu mogli znaleźć jakieś wyjście. Jezus nie zmienia ich tematu rozmowy, lecz pyta o temat rozmowy, jak też o ich stan ducha. „Dlaczego jesteście smutni?”. Jezus nie zwraca uwagi na ich gburowatość w odpowiedzi na pytanie. On wie, że pierwsze odpowiedzi często nie są prawdziwe, nie odsłaniają wnętrza człowieka. Jezusa spotyka nieuprzejmość, którą przezwycięża cierpliwością i dobrocią, co umożliwia dalszą rozmowę.

Pojawia się sytuacja, że ci dwaj głoszą orędzie tak, jakby to było nieszczęście; słowa o zbawieniu są w ich ustach pełne smutku. Wyraz twarzy dwóch uczniów przypomina ludzi wybierających się na pogrzeb. Wypowiadają słowa kerygmatu, nie zdając sobie z tego sprawy. I wypowiadają je tak, jakby chodziło o straszliwą i nie do naprawienia klęskę. Sposób w jaki uczniowie wypowiadają słowa, świadczy, że oni niczego nie rozumieją: do tych wydarzeń nie powinno dojść, są tragedią dla tych wszystkich, którzy w Nim pokładali swoje nadzieje. To jest niepełny kerygmat. Są słowa, ale brak serca. Więcej jeszcze: ten ,który je wypowiada, ma serce pełne smutku, rezygnacji, rozczarowania. Gorycz ogarnia zarówno tych, którzy mówią, jak i tych, którzy słuchają. Jezus gwałtownie upomina uczniów. „O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy”. Trzeba wstrząsnąć osobą, kiedy opacznie rozumie wartości Królestwa. „Jesteście przekonani, że byliście we wspaniałej szkole Jezusa, tymczasem nie nauczyliście się niczego! Wszystkie wasze pobożne praktyki na nic wam się przydały”. Następnie Jezus biblijnie oświetla ich umysły. Na czym polegał problem dwóch uczniów? Otóż, na ich oczach dokonała się degradacja wartości, prowadząca aż do zabicia Sprawiedliwego. Mówimy wtedy: „Gdzie jest Bóg? Dlaczego się nie objawia?” Otwiera się dramat głoszącego Ewangelię, z chwilą gdy wydarzenia przekraczają przewidziane ramy. Jezus daje do zrozumienia, że nie rozumiemy określonych wydarzeń, gdyż nie mamy zrozumienia Pisma, i dlatego te wypadki nas przerażają. Jezus w Wieczerniku objawia im swoją obecność. To objawienie się i ta obecność rozwiewają wszelkie wątpliwości: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?” Jezus nie tylko głosi kerygmat, wyjaśnia plan zbawienia – On rozgrzewa również serce człowieka. On rozgrzał ich serca, objawił się jako przyjaciel zdolny do uzdrowienia rozgoryczonego serca przez ukazanie planu Bożego pozornie nie do przyjęcia.

Głosiciel Ewangelii, jeśli nie jest ogarnięty potęgą Jezusa, który jest miłością, życiem, to trudno mu będzie słowami i argumentami rozmiękczyć stwardniałe serca, przepełnione smutkiem i goryczą, przygnębione niesprawiedliwością. „Świat jest zbyt okropny, by można go było przyjąć bez miłości”. „Czy serce nie pałało w nas, kiedy Pisma nam wyjaśniał?” . To przypomina o dwóch rzeczach: po pierwsze, konieczne jest otwarcie Pisma, jego głoszenie i wyjaśnianie; po drugie, że to głoszenie i wyjaśnianie winno ukazywać, iż nasze serce jest ożywiane przez Ducha Tego, który wskrzesza umarłych, i że mogą mieć taką nadzieję również ci, którzy nas słuchają.

Jakie są skutki głoszonego przez Jezusa, Bożego Słowa? Uczniom otwierają się oczy; pała w nich serce; biegną, by głosić innym to, co usłyszeli. Człowiek podlega zmianie pod wpływem Dobrej Nowiny. Otwarcie oczu, rozpalenie serca, pragnienie podzielenia się z innymi, pragnienie tworzenia wspólnoty. Tam, gdzie dochodzi do takich przeżyć, tam jest prawdziwe głoszenie Ewangelii; gdzie ich brak, spotykamy smutek uczniów zdążających do Emaus; jest poczucie ociężałości, lęk przed przyszłością, frustracja, a znaczy to, że nie głosi się Ewangelii lub głosi się ją w sposób niewłaściwy. Uczniowie posiadali już wszystko w chwili wyruszenia do Emaus: znali słowa orędzia, posiadali główną treść tego orędzia, to znaczy, żywy Jezus był z nimi, lecz zabrakło im otwartych oczu i pałającego serca, dlatego żyli źle, nie dostrzegali niczego, z niczego nie zdawali sobie sprawy, niczego nie rozumieli. Orędzie jest otwarciem oczu, rozpoznaniem, że w sytuacji, w której się żyje, Bóg się nam objawił i odsłonił przed nami horyzonty, jakich nie przeczuwaliśmy. Orędzie dokonuje wewnętrznej przemiany, która napełnia radością. Skutkiem, owocem orędzia jest właśnie ów wybuch radości, który wyraża się również zewnętrznie. O tym możemy się przekonać, gdy spotkamy ludzi, którzy osiągnęli już taką dojrzałość. Zatem możemy powiedzieć: biada nam, jeśli bylibyśmy ludźmi tylko mechanicznie powtarzającymi słowa orędzia, jeśli nasze zadanie sprowadzałoby się tylko do powtarzania w naszych kazaniach słów Pisma świętego, tak jak zostały one zapisane.

Pierwszym elementem przepowiadania jest odniesienie do sytuacji przeżywanej obecnie. Orędzie wychodzi od aktualnego doświadczenia człowieka, odnosi się do sytuacji tego, który mówi, jak i tego, który słucha. „To” jest tym, czym ty żyjesz. Słowo Ewangelii nie jest nigdy słowem wypowiadanym abstrakcyjnie: Chrystus zmartwychwstał, zgoda, ale – co to oznacza, jakie ma znaczenie dla mnie? Chrystus wybawił nas os naszych grzechów, ale – jaki to ma związek z moim życiem? Wychodzi się od konkretnej sytuacji konkretnej osoby i w tej sytuacji można ukazać znak obecności potęgi Boga. „Dobra Nowina jest dla ciebie, twoje życie może się zmienić, twój problem można zobaczyć innymi oczyma; popełniłeś błąd w ocenie swojej sytuacji, jest dla ciebie droga wyjścia; to czego oczekujesz, czego pragniesz, by się stało, wygląda właśnie tak – ja mogę ci to powiedzieć, obwieścić. Drugim elementem jest obecność Boga działającego. „Bóg ma w ręku twoje życie, nie opuścił cię, Bóg myśli o tobie, jesteś dla Niego kimś ważnym; innymi słowy – musimy prawdę orędzia odnieść do nas, do siebie. Chodzi o odnalezienie zaufania, że ten Bóg, który działał w historii, który wskrzesił z martwych Jezusa, jest teraz obecny w moim życiu, że działa jako Zbawca. Trzeci element: Bóg burzy pozory. Odrzucony – został otoczony chwałą; ten, który wydawał się odrzuconym przez ludzi – został wywyższony. Bóg zburzył ludzkie pozory, wstrząsnął ludzkim sposobem widzenia, obdarzając Jezusa chwałą. Bóg zburzył ludzkie pozory, wstrząsnął ludzkim sposobem widzenia. „Wy zabiliście Go, przybijając Go do krzyża. Tego właśnie Jezusa wskrzesił Bóg, wyzwalając Go z niewoli śmierci”.

Wydawać się może, że sprawy toczą się takim torem, który prowadzi do zniechęcenia, nieufności, poczucia bezsensu, ale nie wolno na tym poprzestać. Bóg jest zdolny odwrócić sytuację twego życia, tak jak odwrócił sytuację Jezusa i sąd ludzki o Nim. Dostrzeżemy znaczenie tej zasady, jeśli ją zastosujemy chociażby do tego tekstu Ewangelii: „Błogosławieni ubodzy, błogosławieni jesteście, gdy was prześladują, błogosławieni, którzy płaczą”. Pan przychodzi, by burzyć ludzkie pozory, by odwrócić sytuacje niesprawiedliwości, cierpienia i by stworzyć nowe możliwości życia wśród rzeczy, które nas przygniatają. Czwartym elementem struktury orędzia jest sama osoba Jezusa, który wychodzi ci na spotkanie i rozgrzewa ci serce swoim sposobem mówienia, swoim sposobem zbliżania się i zmienia ci życie i mentalność. Ludzka zdolność odczucia bliskiej obecności Jezusa jest tym, czego przede wszystkim musimy doświadczyć, co sami musimy przeżyć. Bycie z Jezusem pozwoli nam w pewnej chwili przekazać innym moc tego doświadczenia. Wychowanie do głoszenia Ewangelii oznacza przede wszystkim odkrywanie miłosierdzia Bożego wobec grzechu człowieka. Głosząc Ewangelię muszę mieć świadomość własnych grzechów, świadomość bycia grzesznikiem.

Jezus wszedł do łodzi Piotra. Piotr przeżywa moment radosnego uniesienia. Lecz oto czeka go niespodzianka: po skończonej nauce, gdy Piotr chce zejść na ląd i usłyszeć gratulacje ludzi, Jezus bez żadnych wstępów każe mu wypłynąć na głębię i zarzucić sieci. Z całą pewnością zmienił się w tej chwili nastrój Piotra. Z odpowiedzi Piotra możemy się domyślać, iż słowa Mistrza wywołały w nim wątpliwości: jest już późno, połów został zakończony i niczego nie złowiono. Jest jeszcze coś: Piotr myśli, jak będzie wyglądał, jeśli nic się nie wydarzy, boi się, że cała okolica będzie się z niego śmiała, jak z człowieka, który zachował się głupio, który wypłynął na połów w czasie, gdy nikt rozsądny tego nie czyni. To trudny moment, poddający ciężkiej próbie zaufanie, jakim Piotr obdarzył Mistrza: być może należałoby po prostu odmówić i wycofać się z tej małej próby, która mogłaby go ośmieszyć w oczach otoczenia. Domyślamy się takich uczuć, gdy czytamy pierwszą część wypowiedzi: „Całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili”. „Pracowaliśmy” – słowo określające wysiłek apostolski. Trudziłem się wiele, poświęciłem wiele energii, zaangażowałem się całkowicie, zupełnie się wyczerpałem, i nic z tego nie wyszło. Jest taki rodzaj zmęczenia duszpasterskiego, rozczarowania i zniechęcenia: „Panie, przecież mogłeś pomóc mi wcześniej, dlaczego nie pojawiłeś się do tej chwili?”.

Jeśli Piotr ulegnie zmęczeniu i powie, że już próbował, że rzecz nie ma sensu, że będzie lepiej iść do domu – to odrzuci propozycję Jezusa. Jeśli zaś zaryzykuje choć trochę, jeśli pokona ogarniające go zmęczenie, obawę, że może się ośmieszyć, jeśli powie „rzućmy sieci i popłyńmy” – to stanie się apostołem wychodzącym zwycięsko z próby zaufania: „Na Twoje słowo zarzucę sieci”. „Na Twoje słowo” – to określa stosunek człowieka do Boga: „Wierzę Twemu słowu”, „Twoje słowo jest dla mnie źródłem życia”, „Poddałeś mnie próbie, dopuściłeś tyle cierpień, lecz ja wierzę Twemu słowu”. Piotr staje się typem człowieka, który ryzykuje siebie, co prawda, w sytuacji zwyczajnej, prostej, ale przecież wymagającej jakiegoś zdecydowania i odwagi. Piotr przestaje kalkulować, a zawierza słowu Pana. Spotykamy tutaj jedną z typowych cech, jakich Jezus oczekuje od głoszących Ewangelię, i jedną z prób, za pomocą których kształtuje takich ludzi.

Ci, którzy zbyt wiele kalkulują, którzy ciągle przejęci są sobą, którzy zawsze pragną sprawdzić, czy wszystko, co robią, odpowiada ich oczekiwaniom – raczej nie są podatnym gruntem dla powołań. Głosiciel Ewangelii objawia się bowiem właśnie w chwilach, gdy trzeba zaryzykować, trochę się wychylić, zaprzestać kalkulacji i utracić nieco poczucie miary. Głosiciela Ewangelii zawsze będzie charakteryzować „coś” nieracjonalnego, oczywiście nie w tym sensie, że sprzecznego z rozumem, lecz jako zdolność uczynienia kilku kroków poza granice tego, co całkiem pewne.



Liczba wyświetleń strony: 10345243 * Liczba gości online: 29 * Ostatnia aktualizacja: 2017-09-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC