MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Głębsze życie



Życie duchowe, owa głębia życia, zaczyna się nie od poszukiwania niezwykłych przeżyć, lecz od pokornego przyjmowania najprostszych sytuacji życiowych jako danych od Boga, a które mają być przeżyte na Jego chwałę. Całe życie duchowe polega na nieustannym „odczytywaniu” siebie na nowo, a poza sobą – całej historii, którą tworzy Bóg dla mnie i we mnie. Pamiętać, to skupiać siebie na nowo. Pamiętać = przypominać, aby uwewnętrznić to, co jest godne uwagi, co jest godne mnie. Przez pamięć wędruję do mojego wnętrza, w którym mogę odkryć istotę mojego życia. Poznać siebie przez wiarę, to przypomnieć sobie swój początek, udać się do swego źródła. Święci w porządku życia duchowego zawsze przyznawali szczególne miejsce pamięci. Jednak dla życia duchowego nie wystarczy pamiętać wydarzenia. Przypominanie sobie przeszłości potrafi sparaliżować siły, które umożliwiają nam działanie w teraźniejszości i robienie planów na przyszłość.

Niekiedy mamy takie doświadczenie, że Bóg jest wewnątrz mnie, a ja jestem na zewnątrz. Prawdziwe przypominanie prowadzi do wyznania wiary. W pełni przypominać swoje życie, to znaczy nie tylko to, jak je czynnie przeżywałem, ale także, jak życie otrzymałem. U św. Augustyna autobiografia przemienia się w wyznanie. Wyznanie zawiera w sobie winę i grzeszność. Znać swoją przeszłość w całości oznacza poznać siebie jako winnego. Gdy pamiętam siebie przed Bogiem, powinienem również pamiętać, jak nadużyłem Bożego daru. Przeszłość w pełni pamiętana, to przeszłość pełna winy. Mieć świadomość siebie samego, to pamiętać siebie jako dobrego, ale też jako źle czyniącego. „Mogę wybrać siebie samego tylko w skrusze” – mówił Kierkegaard. Tylko w skrusze akceptuję zło jako istotną część mojej przeszłości i równocześnie żałuję, odrzucam je. Zaakceptować siebie, to wybrać siebie w skrusze. Wina przyjęta stanowi istotny składnik tej pamięci, która wiedzie nas ku wnętrzu. Tylko wtedy, kiedy jestem w stanie ją wyznać, przyjmuję moją prawdziwą przeszłość z jej uchybieniami wobec Boga. Muszę przyjąć swoją winę – to zadanie tak bolesne, że odstrasza ono większość ludzi. Przyszłość jest przede mną zamknięta, gdy nie mogę zmusić się do wyznania mojej grzeszności. Przypomnienie sobie całej swojej przeszłości w akcie wyznania daje wstęp do życia wewnętrznego, początku wędrówki w głąb.

Jestem tym, czego chcę, i chcę tego, czym jestem. Jeśli troszczę się wciąż o jakość swojego stosunku do Boga, nie stałem się naprawdę ubogim. Dopóki wciąż usiłujemy znaleźć w sobie miejsce dla Boga, nie jesteśmy naprawdę ubodzy. To Bóg musi stworzyć swoje własne miejsce we mnie. Skrajne ubóstwo jest też prawdziwą pokorą. Zbyt często pokorę mylimy z fałszywą skromnością. Skrycie mamy nadzieję, że jeśli będziemy oskarżać siebie o niedoskonałość, Bóg być może zaprzeczy nam, że nie jesteśmy znowu tacy źli. Ale Bóg nam nie zaprzeczy, ponieważ ta niedoskonałość jest rzeczywista i sięga samego rdzenia naszego życia. Prawdziwa pokora polega na uczciwej akceptacji własnej niedoskonałości. Ubóstwo, bardziej niż środkiem, jest metodą otwierania drogi Bogu. Skoro bycie zjednoczonym z Bogiem jest po prostu uwolnieniem się od siebie, ubóstwo i pokora są celem.

Jakie jest w kontekście powyższych refleksji, znaczenie życia zakonnego? Niekiedy nie doświadczamy swojego życia, jakkolwiek jest ono surowe, jako ofiary. Od osoby żyjącej w nieustannym roztargnieniu milczenie rzeczywiście wymaga znacznej ofiary z jej naturalnych skłonności. Dzięki milczeniu kapłan, siostra zakonna, brat nie poświęca w sposób rozmyślny jakiejś pozytywnej wartości. Zmierza ono bowiem, do przywrócenia słowu jego pierwotnej siły oddziaływania. Potrzeba człowiekowi pewnej nieufności wobec mowy, gdyż spraw naprawdę ważnych nie można jej powierzać. Słowa, które wypowiadamy, a które zostały okupione oczyszczającym milczeniem, zawierają w sobie głębokie znaczenie i charakteryzują się głębokim namysłem. Milczenie raczej wzmaga, niż osłabia porozumienie. Nie chcąc nadużywać słów, milczący zakonnik unika mówienia tam, gdzie ono jest zbędne, a przez to podnosi wartość mowy. Wybranie czegoś jednego jest wyeliminowaniem czegoś innego. Ubóstwo samo wzbogaca: życie nie zabiegane przynosi swoją nagrodę, życie pozbawione rozgadania, pozwala człowiekowi wypłynąć na głębię rozumienia słowa Bożego, a tym samym spotkania Boga.

Najbardziej uderzającą cechą życia zakonnego nie jest zaparcie się siebie, ani nawet dążenie do osobistej doskonałości, ale pokora. Zakonnik przykłada niewielką wagę do osobistych potrzeb czy osiągnięć. Wywiązuje się ze swoich zadań tak dobrze, jak tylko potrafi, nie odczuwając żadnej potrzeby, aby usprawiedliwiać swoje życie pracą. To, czy odpowiada ona jego talentom, a nawet to, czy zaspokaja ona jego emocjonalne potrzeby, uważa za drugorzędne, wobec faktu, że została ona jemu przydzielona. Niewielką różnicę sprawia to, jak dobrze nadaje się do swojej pracy, czy zostanie doceniony przez innych, a nawet to, ilu ludzi odniesie z niej korzyść. Raczej koncentruje się na rozwijaniu najbardziej po ludzku i po bożemu pożądanej postawy pełnej poczucia humoru, która poważnie bierze tylko to, co zasługuje na najwyższą powagę – Boga samego. To, co w niektórych wspólnotach zakonnych zamiera, to właśnie poczucie humoru, serdeczny, autentyczny śmiech, którego źródłem jest radość z przynależności do Boga, a także radość z przebywania w tym konkretnym gronie braci. Większość z nas, ma skłonność do traktowania ze śmiertelną powagą siebie i swojej pracy, tego co mówimy, jak jesteśmy przez innych odbierani, traktowani.

Zakonnicy poważnie traktują tylko Boga. Jako miarę biorąc zestawienie z wiecznością, słusznie oceniają ludzkie troski jako nie najważniejsze. Dzień każdy może być odbierany jako dobry, bez względu na to, co się w tym dniu wydarzyło. Ufna, zapominająca o sobie pokora jest pierwszym warunkiem wszelkiego, prawdziwie duchowego życia. Jest ona nieodzowną podstawą duchowego ubóstwa, na którym zbudowane jest życie zakonne. W ubóstwie i pokorze porzucam wszystko, co posiadam, a nawet pozwalam zniknąć temu, czym jestem, by dosięgnąć Boga. Tylko przez całkowite ubóstwo dusza może przygotować się do wkroczenia na jałową pustynię Bóstwa. Pokora i ubóstwo ducha prowadzą do życia modlitwy, do pogłębionego życia zakonnego. Poddać się Bogu, oznacza oczekiwać, oznacza otwartość bez żądań, gotowość, aby zostać pociągniętym. Jeśli nie wiemy, czego szukamy, to nigdy tego nie znajdziemy. Thomas Merton napisał: „Nie staraj się zbyt usilnie. Nie zajmuj się zanadto własną doskonałością i postępami czynionymi każdego dnia. Jeśli raz staniesz się świadom sam siebie jako tego, który szuka, staniesz się posiadaczem. Będziesz zgubiony. Ale jeśli zadowolisz się tym, że jesteś zgubiony, zostaniesz odnaleziony, nie wiedząc o tym, właśnie dlatego, że jesteś zgubiony.”

Nie istnieje żadna niezawodna metoda osiągania Boga, zatem, moja jedyna nadzieja jest w pokornej świadomości własnej nieudolności. Mój brak wiary, ograniczenia, uwikłanie w różne niepotrzebne sprawy – oto ciemny obłok, w który muszę w pełni świadomie wejść, jeśli mam w ogóle Boga znaleźć. To obłok mojej własnej oziębłości, własnego zabłąkania. Żadne duchowe życie nie może się rozpocząć bez przejścia przez intensywną świadomość pustki wewnętrznej. Muszę sobie uświadomić swoje moralne i duchowe położenie. Wstępnym warunkiem życia duchowego jest gotowość wejścia we własną, radykalną świeckość, uznanie niewiary, z jaką załatwiam swoje sprawy; przyznanie, że zapomniałem naturalnej pobożności. Ten, kto dąży do życia duchowego, musi nauczyć się nowej postawy: bezwarunkowe zaufanie, nie wiedzące, czym jest to, czemu ufamy, gotowość wypuszczenia siebie, choć nie wiemy, czy ktokolwiek nas kiedykolwiek pochwyci, gotowość czekania, choć nie wiemy, czy ktoś wyjdzie nam na spotkanie. Wszelkie życie duchowe rozpoczyna się od wyrzeczenia się stworzonych przywiązań. Żaden duchowy wysiłek nie doprowadza mnie do celu, jeśli nie zostanę doprowadzony do niego przez łaskę.

Aby być zdolnym do kochania innych miłością Bożą, kochający musi się najpierw wyrzec swojej własnej, prywatnej miłości do nich. Kochać braci tak, jak kocha ich Bóg, oznacza kochać dla Niego samego, a nie dla mnie. Mamy zwykle postawę skłonną do posiadania, manipulowania i kontrolowania drugiego, miłość Boga pozwala człowiekowi być tym, kim on jest. Bóg przyznaje stworzeniu niezależność, która pozwala mu nawet zwrócić się przeciwko swojemu Stwórcy. Podejmuje ryzyko podejmowane przez każdą w pełni niesamolubną miłość, że drugi nie odwzajemni tej miłości, że zdruzgocze kochającego.

Kochać braci dla Boga samego, a nie dla siebie. W miłości uznać, że oni mogą być przeciwko mnie, mogą nie podzielać moich poglądów. Bóg daje moim braciom taką niezależność. Zgadza się i na to, by Go odrzucono. Brat może nie odwzajemnić mojej miłości, może mnie druzgotać swoimi słowami, zachowaniem. Uczymy się kochać innych tak, jak Bóg ich kocha, a nie tak, jak my postrzegamy miłość. Zakonnik nie odrzuca innych ludzi. Usiłuje jedynie opanować naturalny instynkt posiadania, który nieustannie prowadzi go do wykorzystywania drugiego człowieka dla swoich samolubnych celów, po to, by go uzdolnić do postrzegania drugiego człowieka tak, jak Bóg go postrzega.

Bezinteresowność jest w ludzkich relacjach niesłychanie trudna i żaden święty nie twierdził, że w pełni ją osiągnął. Boimy się, że jeśli nie będziemy mieć nad drugim władzy, to jego „inność” zaleje naszą własną tożsamość. Dlatego rzadko kiedy pozwalamy drugiej osobie być swobodnie tym, kim jest (nie powinniśmy natomiast pozwalać bratu na robienie czegoś, co jest przeciwko niemu, przeciwko realizacji jego misji w zakonie), i siłą wpychamy go w ograniczający szablon własnych potrzeb. Jak rzadko nasza miłość wyzwala drugiego. Natomiast jak często nasze samolubne przywiązanie zniewala go. Zamiast wzbogacać innych, najczęściej wciągamy ich w wąski krąg naszego własnego ograniczonego życia. Miłość jedynie ludzka nieuchronnie staje się zachłanna i wyłączna. Kochać drugiego jako bliźniego oznacza kochać człowieka, którego Bóg postawił na mojej drodze najpierw dlatego, że Bóg tę osobę właśnie tam postawił.

Zakonnik uczy się postrzegać Boga jako obecnego w stworzeniu – w jego niedoskonałości i kruchej podatności na zranienie. Potrzeba rozumieć, że stworzenie również w swojej ograniczoności posiada boskie znaczenie. Żadna duchowość nie może nazywać siebie chrześcijańską, jeśli nie zawiera w sobie duchowej miłości do stworzenia. Teresa z Avili oskarżała siebie o to, że na wcześniejszych etapach swojego duchowego rozwoju zaniedbywała człowieczeństwo Chrystusa. Poszukiwanie w stworzeniach bardziej Boga niż zaspokajanie własnych pragnień nie przychodzi w sposób naturalny. Kochanie stworzeń nie wymaga wysiłku, zwłaszcza gdy są miłe. Miłowanie stworzenia, głębokie przejęcie się nim, a zarazem pozostawanie w oderwaniu od niego wymaga czegoś więcej niż zwykła cnota. Umartwienie jest ceną, jaką zakonnik musi zapłacić za bezpieczny powrót do pełnego zaangażowania w stworzony świat. Cena nie tylko jest wysoka, jest ona także ryzykowna. Mistrzowie duchowi zalecają wybieranie cierpienia nie dla niego samego, ale dla miłości cierpiącego Chrystusa. „Chcę i wybieram raczej ubóstwo z Chrystusem ubogim niż bogactwo; zniewagi z Chrystusem pełnym zniewag niż zaszczyty; i bardziej pragnę uchodzić za obłąkańca i głupca z powodu Chrystusa, bo Jego pierwszego za takiego miano, niż być uważanym za mądrego i roztropnego na tym świecie” – pisał św. Ignacy Loyola.

Tylko w cierpieniu miłość udowadnia swoją autentyczność. Tylko cierpienie, jeśli przyjęte zostanie w wolności, chroni miłość przed samolubstwem. Kochanie oznacza coś więcej niż oddanie siebie – oznacza ono poświęcenie siebie dla drugiego. Przez cierpienie usuwam siebie z centrum mojego serca, moich zainteresowań. Kochanie, to jest też poświęcenie się drugiemu bratu takim, jaki on teraz jest, a nie takim, jakim chciałabym go widzieć. Lubię moje oddanie dla drugiego okazywać poprzez robienie czegoś dla niego. Ale z robieniem jest ten problem, że ostatecznie zawsze robię tak, jak mnie się podoba. Chcąc nie chcąc, kiedy robię coś, pozostaję skoncentrowany na sobie, a żadna miłość skoncentrowana na sobie nie może być miłością boską. Zakonnik nie ma wyboru, tylko musi w pewnym momencie przestać działać i obrać drogę cierpienia. Tylko cierpienie usuwa centrum ze mnie samego i pozwala drugiemu poczuć, że nie jest manipulowany. Kiedy okoliczności boleśnie stawiają nas wobec naszych własnych, bardzo głębokich ograniczeń, jedynie w takich okresach zaczynamy naprawdę dawać, gdyż zostajemy zmuszeni do tego, by przestać manipulować innymi. Kochać innych w sposób pozbawiony egoizmu możemy tylko wtedy, kiedy nasza miłość własna zostanie skruszona. Kiedy coś we mnie zostanie złamane (egoizm, pycha, obrażanie się, posądzanie, nieufność, świadomość bycia lepszym od innych), okazuje się, że jestem przygotowany na dawanie.

Być z Jezusem w Jego godzinie męki oznacza coś więcej, niż być tam obecnym w odczuwaniu. Oznacza to wejście w mroczną rzeczywistość mojego własnego cierpienia, samotności i klęski. Tylko w rozbiciu i bólu własnego życia jestem z Nim tam, gdzie On wciąż przeżywa swoje konanie. Moje cierpienie – czyż wychodzi ono kiedykolwiek poza ból przewrażliwionej miłości własnej, zawiedzionych płaskich ambicji, frustracji nie oczyszczonych pragnień i samotności narzuconej sobie samemu izolacji? Czyż można to, co tak mało posiada godności, nazwać „cierpieniem”? Ilekroć podnoszę oczy ku ukrzyżowanemu Zbawicielowi, czynię tak przede wszystkim, by uciec od swej własnej nędzy, a z pewnością nie po to, by w nią się zanurzyć. Samo moje cierpienie, choćby nie wiem jak godne pogardy, a nawet grzeszne u swych źródeł, jest agonią Jezusa we mnie. Każde cierpienie zaczyna się od przekleństwa. Dla tego, kto cierpi, cierpienie zawsze oznacza niepowodzenie. W nim jestem rozpaczliwie sam. Wiele napisano o oczyszczających, umacniających właściwościach cierpienia. Te właściwości mogą być znane temu, kto cierpiał, ale nie temu, kto cierpi. Wewnątrz mojego obecnego cierpienia nie mogę wytropić żadnego znaczenia. Cierpieć, oznacza być samotnym. Stanięcie twarzą w twarz z własną goryczą, buntem, chciwością, zazdrością, gniewem, niecierpliwością – jest spotkaniem agonii Jezusa w mojej własnej. Muszę odnaleźć agonię Jezusa także w tych ukrytych światach cierpienia wokół mnie, zgłębianiu których tak jestem niechętny i których tak bardzo nie potrafię zrozumieć.

Oświecenie oczyszczenia, pomyślne wkroczenie na drogę oczyszczenia zakłada, że człowiek już jest świadomy miłości Boga. Potrzeba być „przebudzonym” w sposób, nad którym nie sprawuję kontroli. Mówiąc o przebudzeniu mamy na uwadze jakby przejście do wyższego stanu duchowej świadomości. Uświadomienie sobie siebie, to budzenie swojej duszy. Świadomość Boga, prowadzi do oczyszczenia. Przebudzenie następuje w trakcie zwykłej modlitwy. Zamyka ono pewien proces, który rozpoczyna się od medytacji, następnie przechodzi przez bardziej wewnętrzne skupienie, które w odpowiednim czasie przemienia się w stan zwyczajnego przebywania w obecności Boga. Miłość musi przyjść pierwsza. Dusza musi być raczej skoncentrowana na Bogu niż na samej sobie, zanim może się rozpocząć prawdziwe oczyszczenie.

Czynne oczyszczenie przybiera dwie formy: oderwania, mającego na celu zerwanie istniejących więzów pożądania, oraz umartwienia, dobrowolnego wyboru tego, co nieprzyjemne, bolesne czy upokarzające, mającego na celu odwrócenie zwyczajnych wzorców uczuciowych i zachowania. Nic w życiu duchowym nie wydarza się „automatycznie”, nawet jeśli zasadniczy rozwój odbywa się biernie. Drobne przywiązania wewnątrz ochronnych granic stanu zakonnego są równie szkodliwe dla duchowego postępu, jak wielkie przywiązania w życiu świeckim. Potrzeba oderwania się od każdej przyjemności, jaką daje zaspokojenie pragnienia zmysłowego. Stąd obrazy i myśli, pragnienia przyswajane w trakcie medytacji pomagają człowiekowi oczyścić się. Człowiek musi oczyścić się bardziej z pożądania stworzenia niż z samego stworzenia. Liczy się wewnętrzne oderwanie, a nie fizyczne pozbawienie. Jan od Krzyża wyraźnie przestrzega przed nadmiernym umartwianiem się, które powoduje niewłaściwe skoncentrowanie uwagi na pragnieniach cielesnych. Należy się wyrzec nie przyjemności, ale pożądania przyjemności. Przyjemność jest niezbędnym składnikiem życia fizycznego.

Głównym motywem wszelkiego umartwienia się jest – miłość Chrystusa, a nie dążenie do osobistej doskonałości. „Należy odrzucać wszelkie pragnienia zmysłowe, o ile nie zmierzają wprost do czci i chwały Bożej; wyzbyć się i opróżnić z nich trzeba dla miłości Jezusa Chrystusa”. Wyrzeczenie się pragnienia musi od początku być motywowane raczej czymś, co leży poza człowiekiem, niż egocentrycznym zainteresowaniem postępem moralnym. Ascetyczne dążenie do cnoty dla niej samej nie znajduje miejsca w duchowości chrześcijańskiej. Nawet pragnienie duchowej doskonałości od początku musi być skoncentrowane na Bogu. Zbyt wielkie zatroskanie o własny stan w życiu duchowym nie przynosi żadnej korzyści. Jan od Krzyża kładzie nacisk na oderwanie w odniesieniu do myśli. Nawet pamięć, wrota wiodące do życia duchowego, nastręcza pokusy i musi być kierowana. Oczyszczenie następuje po okresie wielkiej duchowej gorliwości. Bóg całe światło zamienia w ciemność. Człowiek znajduje się teraz w punkcie, gdzie nie jest zdolny przejść do pełnej kontemplacji ani wycofać się do medytacji. Doświadczenie miłości Bożej, musi ustąpić miejsca Bogu samemu. W „Dialogu” – św. Katarzyny ze Sieny czytamy: „Aby podnieść duszę z jej niedoskonałości, usuwam się z jej uczucia, pozbawiając ją jej dawniejszych pociech, a czynię to, by ją upokorzyć i sprawić, żeby szukała Mnie w prawdzie; by wypróbować ją w świetle wiary tak, żeby osiągnęła roztropność. Wówczas, jeśli kocha Mnie ona bez myśli o sobie samej, z żywą wiarą i nienawiścią do swojej zmysłowości, cieszy się w czas utrapienia, sądząc, że jest niegodna pokoju i uciszenia umysłu. Chociaż spostrzega ona, że Ja się wycofałem, nie ogląda się z tego powodu wstecz. Ale z pokorą dalej nie ustaje w swoich ćwiczeniach”

Każde cierpienie, choćby bardzo skromne i upokarzające, oczyszcza przyjmującego je człowieka.. To, że moje cierpienie różni się od cierpień świętego, nie powinno mnie powstrzymywać od poważnego traktowania. Cierpienie jest zawsze wyjątkowe dla tej osoby, która cierpi, i oddziela ją od innych. Co głównie odróżni świętego lub świętą od zwykłego człowieka, to gotowość uznania tego cierpienia, nawet w jego najbardziej upokarzających aspektach, za absolutnie indywidualne powołanie. Człowiek święty jest przygotowany na oczyszczenie, ponieważ długo uczył się przyjmować wszelkie cierpienie jako od Boga daną szansę oczyszczenia. To, co nazywamy duchowym oświeceniem, św. Jan od Krzyża klasyfikuje jako noc ducha. Oczyszczenie zmysłów i ducha otwiera przed człowiekiem inną drogę. Nawet zwykłe doświadczenie religijne pociąga za sobą inne niż dotychczas doświadczenie rzeczywistości, która otacza człowieka. W pogłębionej modlitwie, polega to przede wszystkim na świadomości obecności Boga. Bóg dla człowieka świętego jest tak obecny, jak my dla siebie nawzajem. Świadomość wprowadza w niemal dotykalną obecność. Jest to związane z udzieleniem szczególnego daru Ducha Świętego.

Żadne życie duchowe nie może istnieć bez stanów świadomości. Przy przejściu od medytacji do biernej modlitwy, pojawia się „odpoczynek”. Może on być końcowym rezultatem wysiłku człowieka albo też wstępnym etapem kontemplacji udzielonej. Coś z tej kontemplatywnej bierności może zostać osiągnięte przez zwykły ludzki wysiłek. Tak zwana modlitwa prostoty, polegająca na uwadze wobec obecności Boga, mieści się w normalnym rozwoju każdego życia duchowego. Intensywne doświadczenie boskiej obecności jest najbardziej charakterystycznym zjawiskiem mistycznym. Jest ono tym, które w sposób najbardziej bezpośredni odpowiada na nasze najgłębsze pragnienia religijne. Odczuwamy pokusę, by za apostołem Filipem powiedzieć: „Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Zwykłe odczucie obecności Boga jawi się w stopniu mniej intensywnym niż świadomość obecności fizycznej, podczas gdy poczucie mistyczne jawi się w tym samym lub wyższym stopniu. Niebo, Królestwo Boże to jest świat, który mnie jeszcze nie oswoił. Czy docieram do nie oswojonego przeze mnie świata?. Miłość stwarza swe własne duchowe oświecenie. Z miłością przychodzi oświecenie. Rozumienie człowieka myślącego staje się kontemplacją człowieka kochającego. Myślącego – rozumiemy; kochającego – kontemplujemy.

Życie duchowe polega na procesie stopniowego upraszczania wszystkiego. I etap: jedność dzięki darom Ducha Świętego. Tęsknota za Bogiem przez dobre czyny. II etap: Bóg staje się dla mnie ważniejszy niż ja sam dla siebie. Co charakteryzuje ten moment, to nie intensywne uczucia, ale postawa całkowitego zaufania. Dla kogoś, kto osiąga taką postawę, całe życie duchowe zaczyna nabierać sensu. III etap: „Tylko Bóg”. Te dwa słowa zawierają cały ideał życia duchowego. Życie zakonne jest sposobem przekraczania wielu kompromisów ze światem, które hamują rozwój życia duchowego. Życie duchowe polega na procesie jednoczenia: wartościowego życia w sercu, życia poszukującego Boga w umyśle i życia oglądającego Boga w duchu. Ostatecznie więc życie duchowe polega na pozwoleniu sobie na wejście w życie Trój-jedynego Boga. Przyjęcie w życie Trójcy Świętej oznacza wejście w burzę, w czynny wulkan. Jest to związane z przelewaniem się w miłości i dobrych uczynkach, a równocześnie wycofanie się w samotne skupienie. Życie duchowe nie polega na raptownej zmianie świadomości, ale na świadomości powracania tego samego boskiego rytmu.



Liczba wyświetleń strony: 9437422 * Liczba gości online: 12 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-22
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC