MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Duchowość



Winniśmy poszukiwać Boga we wszystkim, co się przydarza w naszym życiu, między innymi w naszych namiętnościach, chorobach, zranieniach, niemocy oraz w błądzeniu. Doświadczanie własnej niemocy, może w nas wzbudzić pragnienie i zryw ku łasce Boga. W chwili, gdy wyczerpują się wszelkie moje pomysły, co robić ze swoim życiem, a w szczególności z życiem duchowym, jest jedno wyjście – zdać się całkowicie na Boga, na prowadzenie Ducha Świętego.

Karl Rahner mówi, że: „poprzez doświadczenia własnych ograniczeń i własnej niemocy przeżywamy oddziaływanie na nas Ducha Świętego”. Gdy starając się żyć zgodnie z wolą Boga przyznamy się do tego, że nigdy nie zdołamy się zmienić, przybliżymy się do istoty wiary, do zrozumienia tego, że należy całkowicie powierzyć się Duchowi Świętemu. Należy wsłuchiwać się w brzmiący w naszych myślach, w uczuciach, w naszych namiętnościach oraz potrzebach głos Boga, który w ten sposób przemawia do nas.

W życiu duchowym nie powinniśmy próbować opanowywać naszych popędów, lecz starać się je przemienić. Należy dążyć do odkrycia, jaka tęsknota ukrywa się za np. moim obżarstwem. U podstaw tego nałogu leży pragnienie odczuwania uczucia radości. Proces uzdrawiania polegałby na nauce cieszenia się i na udzielaniu sobie przyzwolenia na dobre jedzenie. Celem życia duchowego jest według mistyki średniowiecznej czerpanie przyjemności z Boga. Ten, kto odmawia sobie wszelkiej przyjemności, nie doświadczy niczego z istoty Boga. Prawdziwa asceza nie polega na rezygnacji, lecz na ćwiczeniach w stawaniu się człowiekiem oraz na uczeniu się odczuwania przyjemności. Błędnym jest mniemanie, że popęd seksualny jest czymś, co należy opanować, ponieważ jest on ważnym źródłem naszej duchowości. Z naszym popędem należy przyjaźnie rozmawiać, a wówczas może on wskazać drogę do tego, co w nas rzeczywiście jest skarbem. Może wskazać drogę do naszej duchowej tęsknoty. Sposób w jaki niekiedy żyjemy powoduje, że mijamy się ze swoim życiem. Nie chodzi o to, by wieść poprawny styl życia. Jest w nas tęsknota za życiem i miłością. Należy poddać się tej tęsknocie. Potrzeba kochać Boga całym swoim sercem, całym swoim ciałem, wszystkimi swoimi namiętnościami, by kochanie człowieka, pełne szacunku i odpowiedzialności za niego, było rzeczywistością również tworzącą moją więź z Jezusem.

Zamiast dręczyć się w wielu sytuacjach wyrzutami sumienia, należałoby przyzna się do niemożności zapanowania nad swoim popędem seksualnym. Dla wielu ta niemożność okazuje się zbawienna, zmuszając do pokornego przyznania się, że jesteśmy wyłącznie ludźmi z krwi i kości i że nie potrafimy zamienić się o własnych siłach w istotę czysto duchową. Mądrość mnichów w tym temacie jest następująca: Bóg uwolni nas od naszej walki dopiero wówczas, gdy przyznamy się do naszej bezsilności. Seksualność należy przyjmować z wdzięcznością, ponieważ ona przypomina nam na nowo, iż nasze życie duchowe osiąga swe apogeum w przyjemności czerpanej z życia doczesnego, że nie wystarcza, byśmy żyli wyłącznie poprawnie, lecz że mamy dążyć do zjednoczenia z Bogiem. W naszej duchowej tradycji najczęściej traktowaliśmy popęd seksualny zbyt negatywnie, jako namiętność, która oddziela nas od Boga. Oczywiście, może się zdarzyć, że nasz popęd seksualny zamknie nas na Boga. Istnieje jednak również takie doświadczenie duchowe, które wskazuje, iż budzenie się popędu seksualnego niesie ze sobą zazwyczaj energię duchową, oraz że przypomina on nam nasz nieustanne pragnienie zjednoczenia się z Bogiem poprzez naszą namiętność i miłość, aby w Nim przeżyć spełnienie naszej tęsknoty.

Dostrzegamy w sobie niekiedy ambicję skierowaną na pokonanie wszelkich uczuć negatywnych, takich jak smutek czy przewrażliwienie. Niekiedy człowiek nie ma na uwadze Boga, ale swoje spokojne i pełne zadowolenia życie w kapłaństwie, czy zakonie. Nie trzeba za wszelką cenę pozbywać się swojego smutku, ale właśnie w nim, spotykać swojego Pana odkrywając przyczynę smutku i to, co Bóg przez niego mówi. W smutku należy się zanurzyć, z nim rozmawiać, dotrzeć do jego korzeni. Jest to bardzo intensywne uczucie w człowieku, które sprawia, że zaczynam odczuwać ciężar życia i jego tajemnicę, misterium mojego powołania. Trzeba na odczuwanie smutku, który pojawia się we mnie, niezależnie od mojej woli, zgodzić się. Im bardziej pragniemy, by inni nas lubili, tym mniej doświadczamy tego uczucia. Ten stan może i powinien być dla mnie duchowy wyzwaniem. Zwłaszcza wtedy, kiedy wspólnota nie spełnia moich potrzeb, muszę zadać sobie pytanie o to, na ile poważnie traktuję wers psalmu: „Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie”. Jeśli inni nie dają mi poczucia bezpieczeństwa i wspólnoty, muszę poszukać ich w sobie samym. Decyzja, czy chcę ciągle krążyć wokół problemu, że nikt mnie nie rozumie, czy też raczej wykorzystam tę sytuację po to, by głębiej wejść w więź z Bogiem, należy wyłącznie do mnie.

Życie duchowe polega, między innymi, na zniżaniu się do tego, co w nas naprawdę tkwi, na poważnym traktowaniu pojawiających się uczuć, na nie osądzaniu się za swoje emocje i namiętności. W jakimś okresie życia konsekrowanego, zaczynają męczyć człowieka wysiłki mające na celu przemianę. Całkowite poddanie się Bogu nie jest zasługą człowieka. Człowiek jedynie w prawdzie powinien się przed swoim Panem obnażyć, a dokona się to wówczas, gdy nie będzie miał innego wyjścia. I wówczas też możliwe jest uwolnienie się od wszelkich dążeń do takiego rodzaju duchowości, która obliczona jest jedynie na wydajność. Tyle jest w nas urazów, ran, okręcenia, podejrzliwości, złości. Poprzez takie rany wewnętrzne mogę odkryć, jakim jestem człowiekiem. „W Jego ranach jest nasze zdrowie” – tak mówi Biblia o Jezusie. O nas można powiedzieć: w naszych ranach jest prawda o nas. Te urazy ściągają z naszych twarzy maskę, którą sobie zakładamy, by próbować być innymi, niż jesteśmy. Po co? Niekiedy w stanach wewnętrznego rozdarcia uciekamy przed cierpieniem, bólem w modlitwę. To często nie pomaga. Jest to bowiem ucieczka a nie konfrontacyjne podejście do swojej sytuacji, do problemu. Swój ból należy uczynić punktem wyjścia do modlitwy.

Życie ciągle przynosi nam rozczarowania. Jesteśmy rozczarowani sobą, naszą niedoskonałością i naszymi niepowodzeniami. Rozczarowanie sobą, prowadzi niekiedy do wycofania się z życia, stania na uboczu, krytykanctwa. W człowieku takim, może zamierać chęć do życia, do tworzenia. Taka sytuacja może być dla człowieka ogromną szansą, to uczucie może pozbawić go złudzeń w doniesieniu do własnej osoby. Okazuje się, że wyobrażałem sobie siebie innym, niż faktycznie jestem, źle oceniałem siebie. „Zranione ostrygi tworzą w swych krwawych ranach perły. Ból, który je rozdziera, przemienia je w klejnot”. Z moich ran mogą wyrosnąć perły, lecz stanie się tak dopiero wówczas, gdy ja sam na moje rany się zgodzę, a przede wszystkim uznam, że jestem człowiekiem poranionym, czego sobie wcześniej w ogóle nie uświadamiałem. W miejscu, w którym jestem zraniony, jestem żywy; tam odczuwam siebie samego, tam też jestem wrażliwy na innych ludzi, na moich współbraci. Moi współbracia, ludzie świeccy nie mają dostępu do tych miejsc we mnie, w których czuję się silny. Mogą mnie odnaleźć tylko tam, gdzie czuję się załamany. Tam też odnajduje mnie Bóg. Tam spotkam się z prawdą o mnie, która wyzwala.

Droga ku Bogu, wiedzie zawsze poprzez doświadczenie własnej niemocy. Doświadczenie Boga nie jest nigdy nagrodą za nasz własne wysiłki, lecz odpowiedzią na naszą niemoc – podanie się Mu jest celem naszej drogi duchowej. Asceza nie prowadzi do odczucia siły, lecz słabości, do doświadczenia, iż sami nie jesteśmy w stanie ulepszyć siebie, lecz zdani jesteśmy całkowicie na łaskę Boga. Gdy w trakcie walki wewnętrznej poczuję, iż nie jestem w stanie się zmienić, rozpoznam, czym naprawdę jest łaska, i będę mógł się jej poddać. Asceza nie polega na tym, by człowiek wykorzystywał swe siły, lecz na tym, by ciągle docierał do swych granic, a dotarłszy do nich, poddawał się temu, co bezgraniczne. Czasem Bóg nie widzi żadnej innej możliwości doprowadzenia człowieka do odczucia własnej słabości, jak tylko sprowadzenie na niego grzechu. W życiu duchowym można i należy dostrzec w grzechu szansę całkowitego poddania się Bogu. Łaska Boga ogarnia nas właśnie w konfrontacji z naszą słabością. Rozczarowanie, złość czy grzech doprowadzą nas w końcu do Boga. Poprzez klęski i niepowodzenia odkrywamy, iż z ruin naszego życia jedynie Bóg potrafi zbudować dom”. Chcąc osiągnąć sukces, musimy ponosić ryzyko pomyłki. Kierowanie się jedynie wzniosłymi ideałami przeszkadza w kontaktach z prawdziwymi, poranionymi ludźmi.



Liczba wyświetleń strony: 9767242 * Liczba gości online: 19 * Ostatnia aktualizacja: 2017-07-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC