MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Służba przełożeńska



Jeśli jakiś aspekt życia zakonnego potrzebuje odnowy, to jest nim problem nakazu-posłuszeństwa, dlatego że być może właśnie tu zdarzały się największe nadużycia i panowała największa dezorientacja. W badaniach obejmujących 10 lat największego kryzysu w Kościele katolickim (1966-1975) przeanalizowano 8500 przypadków opuszczenia życia zakonnego, odnotowanych w rzymskim archiwum Kongregacji ds. Zakonów (i Instytutów Świeckich). Wśród kobiet najczęstszą przyczyną był problem posłuszeństwa i stosunków wewnątrz zakonnych, do których zalicza się zmiany instytucjonalne i różnicę mentalności. Jeśli przyjrzymy się motywom w dziedzinie posłuszeństwa, to wyłaniają się wśród nich dwa: rozmycie tego obowiązku i przerost autorytetu. Posłuszeństwo było rozumiane jako uproszczony i prawie mechaniczny sposób odnajdowania woli Bożej. Wyrażała się ona przede wszystkim w spełnianiu nakazów, reguł, zwyczajów, coraz bardziej szczegółowych i mało ważnych przepisów, prawie zawsze z zakresu dyscyplinarnego. Oczywiście, wchodziły w to także nakazy ważne, takie jak nowe miejsce przeznaczenia czy wyznaczenie na jakiś urząd, ale tym, co pochłaniało najwięcej czasu i energii, były szczegóły zachowywania reguł lub porządku domowego.

Doskonałością było wykonywanie wszystkiego z miłości. Wielu przełożonych używało swojej władzy jako środka do wyrobienia w swoich podwładnych nawyku zapierania się własnego osądu i własnej woli, mówiąc, że muszą nauczyć się postępowania w duchu wiary. Ten sposób działania utrwalał ich infantylne zachowania bierności i nieodpowiedzialności w poszukiwaniu woli Bożej. Przede wszystkim jednak autorytet przełożonego rozumiano jako swoistą „mikro nieomylność”, która zmieniała jego decyzje w bezpośrednie objawienie woli Bożej. Przełożonego uważano niemal za „świętego robota”, reprezentanta Boga obleczonego w łaskę stanu, który posiadał monopol na wolę Bożą. W niektórych starych zakonach matka przełożona otoczona była taką aureolą świętości, że mówiono do niej klęcząc, że trzeba było, całować kraj jej habitu i przyklękać, gdy przechodziło się obok jej celi. Takie nadużycia niczym wierzchołek góry lodowej wskazują na błędne rozumienie posłuszeństwa zakonnego. Stąd też narodził się kryzys, w wyniku którego wielu zakonników i wiele zakonnic porzuciło sposób życia tak nieadekwatny do współczesnych realiów. Był to model zniekształcony.

Niektórzy przeciwnicy Kościoła oraz jego konserwatywna część, przedstawiali św. Ignacego z Loyoli jako głównego nosiciela idei „ślepego posłuszeństwa”, dyscypliny wojskowej, bezdusznych i bezzasadnych rozkazów, w obliczu których podwładny nie myśli, nie czuje, nie jest wolny, nie jest osobą! Oznacza to całkowitą nieznajomość Ignacego jako człowieka i mistyka, a zarazem nieznajomość jego poczynań jako przełożonego Towarzystwa Jezusowego, w których okazywał wielką wrażliwość wobec każdego z członków i traktował młodych współbraci z wielkim szacunkiem i miłością. Rozliczał zarazem przełożonych ze sposobu pełnienia urzędu. Umiał też odkrywać we wszystkim głos Boga, aby „we wszystkim służyć Mu z miłości”. Konieczna stała się radykalna zmiana zarówno w pojmowaniu autorytetu i posłuszeństwa, jak i w ich praktykowaniu. Nie chodzi tu o przedstawianie posłuszeństwa w sposób rozmyty i pomniejszony. Prawda jest taka, że popękały same fundamenty posłuszeństwa, a jego cele uległy przesunięciu. Podjęto praktyki bezduszne i mechaniczne właściwe czasom dekadencji, odbiegając od zasadniczego źródła posłuszeństwa, jakim jest rozeznawanie. Musimy na nowo odkryć jego fundamenty ewangeliczne i potwierdzić nową praktykę właściwą rozpoczynającemu się trzeciemu tysiącleciu, która dałaby nam pewność realizowania zbawczej woli Boga.

Punktem wyjścia, będącym fundamentem relacji władza – posłuszeństwo w życiu zakonnym, jest rozeznawanie woli Bożej, którego powinni dokonać razem przełożony i podwładny. Powinni oni nauczyć się odczytywania woli Bożej, która okazuje się w tym, co jest na zewnątrz nas: w realiach życia społecznego, w wydarzeniach, w osobach. Powinni też doświadczać jej i ją odczuwać w swym wnętrzu: przez poruszenia serca, oświecenia, odczucia duchowe. Bóg przemawia do nas poprzez świat zewnętrzny-rzeczywistość ubóstwa i niesprawiedliwości społecznej, znaki czasu, sytuację Kościoła, poszczególne osoby ze wspólnoty, w której żyjemy, osoby, które spotykamy na ulicy czy w miejscu pracy. Osoby te dotykają naszego serca swoimi słowami lub milczeniem. Bóg mówi do nas także poprzez Biblię, poprzez konstytucje i regułę danego instytutu, poprzez dokumenty Kościoła itd. W naszym świecie wewnętrznym Bóg przemawia do nas poprzez nasze stany duszy: pokój, pogodę, radość, miłość, a także niepokój, niechęć, smutek, oschłość, rozproszenie. Wszystko to staje się głosem wewnętrznym przemawiającego do nas Ducha Świętego.

Formy Bożego komunikowania się z nami nie są jasnymi, bezpośrednimi słowami; są osłonięte tajemnicą i wymagają wyjaśnienia. Wobec niepewności i dwuznaczności, do jakich czasami prowadzi nas poszukiwanie, staje się rzeczą niezbędną rozróżnienie, oddzielenie głosu Boga od innych głosów (to właśnie oznacza rozeznawanie). W tym procesie tak samo jest odpowiedzialny ten, kto nakazuje, jak i ten, kto jest posłuszny. Owocem tego rozeznawania jest przedostatnie słowo – najważniejsze po którym przychodzi ostatnie, czyli nakaz przełożonego, który określi, co należy czynić. Rozeznawanie jest zawsze umotywowane poszukiwaniem zbawczej woli Boga i na nie jest zorientowane, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i wspólnotowym lub dotyczącym apostolstwa. Gdyby posłuszeństwo zostało zredukowane do dyscypliny lub drobnostek z codziennego życia, wówczas zostałoby wykorzenione z właściwego mu miejsca. Oczywiście, powinien istnieć porządek i dyscyplina w każdej grupie ludzi skupionych wokół jakiegoś ideału, lecz nie ma to prawie nic wspólnego ze zbawczą wolą Boga.

Sobór Watykański II, wypowiadając się na temat woli Bożej poszukiwanej przez ślub posłuszeństwa, dodaje pewne kluczowe słowo „zbawcza” Właśnie zbawcza wola Boża powinna być poszukiwana, zarówno przez tego, kto nakazuje, jak i przez tego, kto ma być posłuszny. Z drugiej zaś strony nie można pojmować woli Bożej jako czegoś, co jest statyczne i pozaczasowe, na wzór makiety architektonicznej, na której z góry wyznaczono, gdzie ma być umieszczona każda para drzwi i każda cegła. Posłuszeństwo, jest przede wszystkim spotkaniem dwóch wolności: wolności Boga, który pragnie naszego zbawienia, i wolności człowieka, który może je przyjąć lub odrzucić – człowieka, który to zbawienie podejmuje lub też przed nim ucieka. Jest to droga pełna niespodzianek i nagłych zmian kierunku. W przypadku odrzucenia przez człowieka nie wszystko jest jeszcze stracone. Bóg ma inne możliwości i inne propozycje, aby nas zbawić. Jeżeli przełożony pominie etap rozeznawania, może dokonać nadużycia swojej władzy, wpadając w tymczasową improwizację. Oczywiście, chodzi tu nie o sprawy mało ważne, o porządek domowy, lecz raczej o decyzje skierowane na zbawienie. W tym momencie pojawia się pytanie o to, jaką mogę mieć pewność, że to, co mi nakazuje przełożony, jest wolą Bożą. Po przeczytaniu wszystkich tekstów, w których św. Ignacy mówi o posłuszeństwie – Ćwiczenia duchowne, Konstytucje, ponad siedem tysięcy listów... – można przedstawić jego stanowisko w kwestii prowadzenia przez opatrzność Bożą ku celowi powołania za pośrednictwem jego przełożonych: „Mogę mieć uzasadnioną i pewną ufność”.

Patrząc na całość swojego życia zakonnego, człowiek ma moralną pewność co do tego, że jest prowadzony przez Boga. Zbiega się to z nauczaniem Soboru: „Zakonnicy przez profesję posłuszeństwa (...) jednoczą się trwale i bezpieczniej ze zbawczą wolą Boga” (DZ, 14). Może także mieć taką pewność w odniesieniu do najważniejszych decyzji życiowych (ważne zmiany miejsca, urzędy, misje), jeśli były podjęte odpowiednie środki, aby wraz z przełożonym rozpoznać głos Boży. Wszystko to może wzbudzać w osobie konsekrowanej stan pogody i duchowej radości. Może jednak ona nie mieć takiej pewności, gdy rozeznawanie dotyczy zarządzeń małej wagi z zakresu dyscyplinarnego, które mało albo nic nie mają wspólnego ze zbawieniem.

Ciągle mówimy o woli Bożej i wydaje nam się, że wszyscy wiedzą, o co chodzi. Lecz czym tak naprawdę jest wola Boża? Mając jako punkt wyjścia zbawczy plan Boga, dokonany w Jezusie Chrystusie, który – będąc wyłącznym dziełem Boga – nie podlega rozeznawaniu, odkrywamy wiele znaczeń zawartych w tym wyrażeniu. Bóg może ingerować w świecie stworzonym zawsze, gdy uzna to za stosowne i to w zaskakujący sposób (nie w sensie deterministycznym). Znajdujemy się w głębi tajemnicy przeznaczenia i wolności osoby ludzkiej. Taka była Jego interwencja w przełomowych momentach historii zbawienia: wyzwolenie z Egiptu, Przymierze, Wcielenie, Zesłanie Ducha Świętego. Faktów tych nie da się wytłumaczyć w sposób naturalny. Tak samo było w przypadku wielkich powołań: Abrahama, Maryi, Apostołów, Pawła itd. W tych przypadkach można mówić o rozeznawaniu, chociaż sprowadza się ono do usłyszenia wezwania i przyjęcia go. Nam też, choć na trochę mniejszą skalę, zdarzają się podobne momenty: przyjąć wiarę, powołanie kapłańskie lub zakonne. Faktów tych nie da się wytłumaczyć tym, kim ktoś jest, lub wpływami otoczenia.

Wola Boża nie jest po prostu „tym, co jest dobre”, według własnego sumienia, lecz jest tym, co jest godne bycia synem Bożym i bratem Jezusa Chrystusa, nie zadowalającym się postępowaniem uczciwym, ale zawsze poszukującym tego, co najlepsze, zgodnie z dynamiką więcej, aby rozeznać to, „co lepsze” , to, „co jest dobre, co pożyteczne i co doskonałe”. Nie chodzi tu o wybór między dobrem a złem. To należy do moralności. Rozeznawanie ma na celu wybór między tym, co dobre, i tym, co najlepsze, po to, aby zawsze wybrać to drugie, bo tam właśnie złożona jest wola Boża. Jest to rozeznawanie według prawa miłości, która pragnie przypodobać się ukochanemu. Znajduje się to poza normami i prawem. Postępowanie takie nie jest zwykłym zastosowaniem norm lub powszechnych zasad moralnych do jakiegoś konkretnego przypadku, lecz czymś bardzo osobowym, niespotykanym, jedynym i niepowtarzalnym. Jest wolą Bożą, byśmy postępowali drogą własnego charyzmatu, własnego powołania. Wola Boża zapisana w głębi naszego bytu domaga się tego, abyśmy w przeróżnych sytuacjach życiowych postępowali zgodne z naszymi naturalnymi predyspozycjami i z naszym sumieniem. W tym przypadku droga nie jest przetarta i decydujące staje się korzystanie z rozumu i wolności. Wtedy to wola Boża objawia się poprzez rzeczywistość zewnętrzną: osoby, historię, znaki czasu interpretowane w świetle wiary. Przykładem może być spójność życia: gdy osoba uformowana i wrażliwa na problem sprawiedliwości decyduje się na pracę w komisji praw człowieka lub też gdy osoba, która podjęła śluby zakonne, odrzuca przyjaźń niezgodną z celibatem.

Czasami nazywamy wolą Bożą to, co nam się zdarza, bez naszego wyboru, i wypływa z niezależnych od nas przyczyn fizycznych lub moralnych. Są to wydarzenia, na które – negatywnie mówiąc – Bóg „przyzwala”, które zachodzą w naturalny sposób. W tych przypadkach Bóg nie interweniuje poprzez przekroczenie naturalnego porządku rzeczy. Wola Boża jest tu skierowana nie tyle na to, co się dzieje, lecz na moją postawę wobec toczących się wydarzeń. Moje zachowanie powinno być motywowane miłością. Podobnie Bóg nie chciał, aby Jego Syn poddany był niesprawiedliwej śmierci, ale pragnął, aby w tej sytuacji spowodowanej przez ludzi Jezus pozostał wiernym w okazywaniu tego, że Bóg ich kocha. Dopuszczając cierpienie, Bóg chce, abyśmy przeżywali je w taki sposób, aby wejść w zasięg Jego zbawczej woli. Przełożony jest pośrednikiem pomiędzy Bogiem i człowiekiem. Zadanie to będzie wymagać od niego poznania i pokochania osób, w stosunku do których ma pośredniczyć. Przełożony powinien posiadać głęboką zażyłość z Bogiem, która pozwoliłaby mu na odróżnienie Jego głosu od innych głosów, pochodzących z własnych namiętności lub od świata. Jednocześnie powinien on poznać to, co zachodzi we wnętrzu każdej osoby. Jest on także przekazicielem objawiającej się woli Bożej. Nie „fabrykuje” woli Bożej, lecz jest skromnym tłumaczem zebranych przezeń danych, w celu odkrycia tego, co bardziej Bogu się podoba, oraz zdecydowania, co należałoby uczynić. Przełożony jest autorem nakazu, dlatego jego mandat jest ludzki. Oznacza to, że zarządzenie nie jest wolą Bożą dlatego, że przełożony tak nakazał. Przełożony nakazuje, ponieważ wierzy, że taka jest wola Boża.

Przełożony nie jest zwykłym przewodnikiem duchowym, który precyzuje nasze idee, lub udziela nam rad. Posiada on władzę, aby nakazać to, co uważa za słuszne. Może więc się zdarzyć, że dla podwładnego posłuszeństwo będzie krzyżem. Wówczas należałoby nie szukać krzyża dla niego samego, ale być gotowym na przyjęcie go w duchu wiary. Nie jest podstawowym zadaniem przełożonego bycie zarządcą dzieł Bożych. Najważniejszymi są osoby, którym ma on towarzyszyć na drodze ich powołania; wspólnota, którą powinien ożywiać; misja, którą powinien prowadzić według własnego charyzmatu i zgodnie : zadaniami podjętymi przez prowincję. Nierzadko spotyka się przełożonych tak pochłoniętych pracą i jej skutecznością, że nie mają oni czasu na to, aby poświęcić się członkom swojej wspólnoty, nadawaniu jej ducha i dynamizowaniu jej apostolstwa.

Trzeba wspierać aktywne uczestnictwo wspólnoty lub jej członka nie tylko odnośnie do wykonania tego, co zostało nakazane, lecz w całym procesie poszukiwania woli Bożej. Dzięki takiej postawie przełożony będzie spełniał bardziej ochoczo i z większym zaangażowaniem to, co zostało mu powierzone. O tym właśnie mówi zasada pomocniczości, według której należy zdążać do tego, aby każdy członek wspólnoty podejmował własne obowiązki bez nakazu i przesadnej kontroli ze strony przełożonych, mających nadzór nad całością. Monopol lub zbytnia władza jednego może tłumić talenty innych. Wprawdzie nie zdarza się to zbyt często, czasami jednak można jeszcze spotkać się z opinią, że posłuszeństwo ma służyć wypróbowaniu ducha wiary podwładnego. Nakazuje się mu rzeczy trudne lub wręcz absurdalne, tak jak to czynili Ojcowie Pustyni. Może się zdarzyć, że przełożony czyni to w celach pedagogicznych lub ascetycznych; pomimo to, posłuszeństwo nie służy do tego; jest ono skierowane na poszukiwanie pełnienia woli Bożej. Używanie autorytetu przełożeńskiego do tego, aby przyczyniać się do czyjegoś cierpienia, stanowi nadużycie władzy. Podwładnemu i tak, bez specjalnego poszukiwania, nie zabraknie okazji do tego, aby wcielić w życie zdolność do wyrzeczenia oraz prawdziwą wiarę.

Patrząc na rolę podwładnego, spotykamy dwa różne sposoby podejścia do problemu, które na pierwszy rzut oka wydają się wzajemnie wykluczać, jednak w gruncie rzeczy wspaniale się dopełniają. Posłuszeństwo powinno być aktywne i odpowiedzialne (por. DZ, 14). Aktywne przeciwstawione jest biernemu, będącemu posłuszeństwem tych, którzy z założonymi rękami oczekują na to, co przełożony pomyślał i zdecydował. Posłuszeństwo takiej osoby sprowadza się do zrobienia tego, „co Matka przełożona powie”. Nie ma w nim troski o poszukiwanie lub słuchanie wezwań Ducha Świętego. Oczywiście, jest to wygodniejsze zarówno dla tego, kto nakazuje, jak i dla tego, kto słucha. Nie brakuje osób, które dążą do tego ideału. Tak naprawdę byłoby to formowanie „robotów”, które są posłuszne w sposób mechaniczny. Dzisiaj wymaga się uczestnictwa aktywnego w posłuszeństwie. Nie korzystając z wolności, aktywnego posłuszeństwa, nie tylko w wykonaniu, ale w życiu, niektóre siostry pozostają „wiecznymi dziećmi”. Odpowiedzialne jest przeciwstawieniem nieodpowiedzialnego, właściwego tym, którzy są posłuszni, ale w taki sposób, że niemożliwa jest jakakolwiek odpowiedzialność za ich czyny z tego względu, iż oni po prostu „spełniają nakazy”. Aby posłuszeństwo mogło być odpowiedzialne przez całe życie, wypada dać młodym, już od początku ich formacji, pewien zakres odpowiedzialności za życie całej wspólnoty.

Sobór Watykański II za pomocą dwóch przymiotników „aktywny” i „odpowiedzialny” wskazuje, że będąc posłusznym, należy działać jako osoba myśląca i wolna. Zazwyczaj dorosły człowiek czyni coś, znając tego motywy oraz wybierając z własnej woli to, co najlepsze. Stara się on odpowiedzieć w sposób wolny na wezwania Ducha Świętego, poprzez dialog wiary. O wiele bardziej wartościowe jest takie posłuszeństwo, które umie wykorzystać możliwości człowieka, i w ten sposób uczyni to posłuszeństwo w pełni ludzkim. Posłuszeństwo musi jednak mieć jeszcze inny wymiar: obecność wiary i krzyża. Bez spojrzenia z wiarą na tę rzeczywistość, posłuszeństwo będzie bardzo „racjonalne” i ludzkie, lecz nie byłoby zakonne. Odczytywanie danych lub znaków objawiającej się woli Bożej powinno być dokonywane na podstawie zbawczego planu Boga, w zakresie działania opatrzności Ojca, a nie po prostu według ludzkiej roztropności. W tym kontekście nie może zabraknąć misterium krzyża. Doświadczenie ciągle to potwierdza. Konflikty mogą rodzić się z przeróżnych przyczyn. Oczywiste jest na przykład to, że pośrednictwo ludzkie i same struktury instytutu życia konsekrowanego będą naznaczone różnicami mentalności między poszczególnymi członkami.

Przełożony działa według własnego oświecenia i własnej roztropności; jest on autorem nakazu i jego zarządzenia są uwarunkowane ograniczeniami i słabościami, którym poddany jest każdy człowiek. Nie jest on nieomylny i może się zdarzyć, że jego pośrednictwo nie będzie jasne i przejrzyste. Może on nie być dostatecznie poinformowany albo pozwoli się zwieść poprzez słabości swego charakteru lub też, może być zdominowanym przez własne namiętności. Może być nieczuły na rzeczywistość, albo niedostatecznie zakorzeniony w danej wspólnocie, może też mieć mentalność bardzo konserwatywną itd. Również ze strony podwładnego może się zdarzyć, że będzie on niedojrzały uczuciowo lub też zbyt przywiązany do swojej pracy albo do osób, z którymi łączą go więzi uczuciowe, i dlatego będzie mu ciężko przyjąć inną funkcję, lub że będzie czuł się nieprzygotowany do nowego zadania itd. W takich przypadkach cierpi zarówno przełożony, jak i podwładny. Próbowali już wszystkich możliwych środków i ich dialog się wyczerpał. W tej sytuacji przełożony wydaje nakaz, ufając, że jest to najlepsze wyjście. Nadchodzi odpowiedni moment do tego, aby zagłębić się w wierze i odkryć opatrzność Ojca, który chce mnie upodobnić do swego Syna wstępującego na drogę krzyża. W planie Bożym krzyż nadal pozostaje niezastąpionym środkiem zbawienia świata.

Nieodłącznym środkiem w przeżywaniu posłuszeństwa opartego na rozeznawaniu jest dialog między przełożonym i podwładnym oraz między członkami wspólnoty. We wspólnym poszukiwaniu woli Bożej są to chwile szczególne. Ważne jest to, aby przypomnieć, jaki jest sens tego dialogu: poszukiwanie woli Bożej i pełnienie jej. Dlatego też nie jest to walka podwładnego z przełożonym w celu odkrycia, kto może więcej. Nie jest to gra dyplomatyczna, aby zobaczyć, kto kogo oszuka, albo, co zamierza. Sens dialogu jest o wiele głębszy. Rodzi się on z odpowiedzialności i zobowiązania do poszukiwania wyłącznie tego, co lepsze i co lepiej odpowiada Bożym wymaganiom. Dialog nie jest jedynie możliwością, lecz jest powinnością. Czasami wynikiem dialogu będzie to, co jest korzystne dla podwładnego, kiedy indziej zaś to, co jest sprzeczne z jego pragnieniami. Takim przykładem może być przypadek, gdy podwładny nie ma najlepszego zdrowia, ale nie chce nic powiedzieć o tym przełożonemu, gdyż obawia się usunięcia ze swej funkcji lub przysporzenia wydatków prowincji. Podwładny jednak ma obowiązek poinformowania o takiej sytuacji. Może też się zdarzyć, że ujawniając przed przełożonym posiadane umiejętności i przygotowanie, zostanie poproszony o to, aby podjąć urząd lub pracę niezbyt pociągającą.



Liczba wyświetleń strony: 9767242 * Liczba gości online: 20 * Ostatnia aktualizacja: 2017-07-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC