MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Noc codzienności



Modlimy się bez względu na nastrój wewnętrzny, bez względu na grzechy popełnione. Pytamy bowiem niekiedy siebie samych: czy ma sens modlitwa, gdy ja jej nie czuję, gdy nie mam pragnienia, aby się modlić? A jest przecież jeszcze taka rzeczywistość jak: obowiązek i powinność moralna w odniesieniu do modlitwy. Ci, których głównym zadaniem jest modlić się, przeżywają noc przede wszystkim jako czas modlitwy: nie potrafią już modlić się. Noc jest częścią całego procesu wzrostu, rozwoju duchowego, jest etapem na drodze do Jezusa. Niekiedy stawiamy sobie pytanie: czy ma sens moja modlitwa, jeśli jej nie czuję, nie odczuwam pragnienia, aby się modlić. Powinniśmy modlić się bez względu na nastrój wewnętrzny, czy popełnione grzechy. Nie można zyskać nowego życia, jeśli wpierw nie straci się dotychczasowego. Różnorodne trudności życiowe mogą stać się częścią nocy. Bóg może sprawić, że na wiele sposobów będziemy tracili życie. Może nas poddać i poddaje wielu próbom, których celem jest nasze oczyszczenie. „Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różnorodne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość. Wytrwałość zaś winna być dziełem doskonałym, abyście byli doskonali i nienaganni, w niczym nie wykazując braków”. Wszystkie, tego typu doświadczenia służą naszemu „uzdrowieniu”. To może być jakieś niepowodzenie, upokorzenie, smutek z powodu odejścia kogoś bliskiego, choroba fizyczna czy psychiczna. Żadne cierpienie nie musi być bezsensowne. Bóg może wszystko wykorzystać dla naszego wzrostu wewnętrznego, jeśli tylko nie napotka oporu z naszej strony.

Noc w naszym życiu dotyczy konkretnych zdarzeń i sytuacji. Kiedy człowiek czuje, że Bóg jest nieobecny w jego życiu, to dzieje się tak najczęściej dlatego, że nazbyt bolesne doświadczenia zewnętrzne zaciemniają jego bliskość. Bóg wykorzystuje negatywne, ciemne strony człowieka, by zbliżyć go do Siebie. Błędy i niemożność zwalczenia określonych słabości mogą stać się cennym składnikiem naszej nocy codzienności. Śmieci mogą okazać się cennym materiałem w rękach Boga. Nie ma takiego cierpienia, które nie mogłoby stać się nocą oczyszczającą. Wiele naszych cierpień wynika z niewiedzy. W chwili, kiedy człowiek zobaczy swoją nędzę i złoży ją w ręce Boga, to wszystkie konsekwencje On bierze na swoje ramiona. Co wydawało się absurdem, bezsensem, zupełnie niedorzecznym cierpieniem, przez Boga zostaje przemienione w krzyż, który zbawia nie tylko tego, kto go dźwiga, ale i innych. Warunkiem, by taka przemiana mogła nastąpić, jest akceptacja. Cierpienie nie akceptowane, krzyżuje nas. Z chwilą, gdy się otworzymy i przyjmiemy cierpienie, stanie się ono składnikiem naszej nocy prowadzącej do otwarcia na moc Boga. Noc ciemna w naszym życiu nie jest karą, ale łaską.

Grzech Adama „uszczęśliwił nas” – tę myśl przekazuje nam liturgia wielkopostna. „O zaiste konieczny był grzech Adama, który został zgładzony śmiercią Chrystusa! O szczęśliwa wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel!” Jednak większość z nas ma trudności, by uwierzyć, że nasze własne, obojętnie, większe czy mniejsze grzechy, mogą spełniać podobną rolę. Troszczymy się o naszą niewierność, zmarnowany czas, miłość, której nie dawaliśmy. Szczególnie po nawróceniu, smutek z tego powodu może wypełniać serce. Nie jest istotne to, co stało się w naszym życiu, ważne jest to, co my zrobimy z tym, co się stało, albo lepiej, co Bogu pozwolimy z tym zrobić. Podobnie jak grzech Adama był początkiem historii, która doprowadziła do tego, że Bóg stał się człowiekiem i przyszedł do nas, i okazał na swoją miłość „aż do końca”, tak i nasz grzech może stać się tym składnikiem, który pozwoli na zmianę życia. Zaakceptowane cierpienie, namiętność nadal rani serce, ale przestaje być nieszczęściem dla człowieka. Nieszczęście bowiem w tej sytuacji pochodzi z braku akceptacji. To bunt jest źródłem wszelkich naszych udręk. Tam, gdzie najmocniej zostaliśmy zranieni, tam też jesteśmy najbardziej chłonni. „Gdzie wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska”. Bóg wykorzystuje nasz opór jako środek, nasz grzech, by nam błogosławić, nasz brud, by nas oczyścić. Dopiero grzeszność przez nas uznana ma szansę przemienić się w błogosławieństwo. Człowiek, który nie chce uznać, że jest grzeszny, nie potrzebuje już miłosierdzia: wtedy jakiekolwiek wybaczenie jest zbyteczne, a grzech, który w zamierzeniu miał stać się bramą otwartą na Bożą miłość, nigdy się nią nie stanie. O ileż bardziej szczęśliwe jest życie w stanie ciągłego przebaczenia, niż kiedy tkwi się w samozadowoleniu będąc niewolnikiem samego siebie. Kto uznał swoją winę, ten może na nowo przyjąć Boga, nieustannie odkrywać coraz to nowe przestrzenie w królestwie Jego miłości.

Rany grzechowe mogą zamienić się w rany miłości. Grzech nie musi niszczyć wspólnoty z Bogiem. Tak się zapewne dzieje w chwili jego popełnienia. Ale bezpośrednio potem, kiedy „przedstawiam” go Bogu, może On pogłębić tę wspólnotę. Kiedy mówię: „Panie, zmiłuj się nade mną”, to tak, jakby sam mój błąd stawał się rzeczywistym wzajemnym pocałunkiem: Boga i moim. Pokusy są tym elementem nieodłącznym naszego życia, które bardzo niepokoją i mogą prowadzić człowieka do wewnętrznej udręki. To zrozumiałe, że chcemy się ich pozbyć. Ale przecież one mogą być pomocnikami Boga. To bóg sam jeden jest tym, który mógłby sobie z nimi poradzić. On zamiast je skrępować, pozwala im działać. Chodzi bowiem o to, że On na to pozwala, aby one również służyły dziełu życia duchowego człowieka, dziełu wewnętrznego ogołocenia. Jednym z najbardziej śmiałych tekstów św. Pawła jest ten: „Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie”. Gdyby nie było grzechu, nigdy nie bylibyśmy w stanie pojąć, jaka „głębia miłości” jest w Bogu.



Liczba wyświetleń strony: 10345251 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-09-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC