MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Moja duchowość



Duchowość oznacza, iż poszukuję Boga, w moich namiętnościach, chorobach, ranach, niemocy w moim błądzeniu. Wielu Sióstr zakonnych, które szukają skarbu na wysokościach, spada nie znajdując go. Ideały są wykorzystywane bardzo często dla zaspokojenia własnych ambicji. Osoby zakonne dokonują niekiedy rzeczy wielkich, jednak nigdy nie poznają siebie, żyjąc obok swego właściwego powołania, które wyznaczył im Bóg. W chwili, w której wyczerpały się wszelkie moje możliwości, zaczynam, zdawać się całkowicie na Boga. Kapitulując przed Nim, przyznając się do tego, że nie jestem w stanie o własnych siłach wyjść z bagna, w które wpadłem, nie jestem w stanie o własnych siłach stać się lepszym, mam szansę nawiązania osobistego kontaktu z Nim. Bardzo często można spotkać Siostry zakonne, z uczuciem rozczarowania, ponieważ nie potrafią zrealizować swego duchowego programu, ponieważ, mimo największych wysiłków, spotykają ich same niepowodzenia. Nie usiłuję dodawać im odwagi, twierdząc, że dzięki zwiększonemu wysiłkowi woli pokonają wszystkie swoje błędy. Natomiast usiłuję powiedzieć że to, czego doświadczają, to rozstrzygające dla ich powołania – przeżycia duchowe.

Nie możemy ręczyć za siebie. Nie jesteśmy w stanie postępować ze sobą tak, jak tego pragniemy. Ale właśnie wtedy, gdy już nie możemy nic więcej uczynić, kiedy potykamy się o własne wyobrażenia, kiedy wszystko dzieje się na przekór nam, wtedy właśnie Bóg pragnie nas dotknąć wskazując nam, iż wszystko jest łaską. Poprzez doświadczenia własnych, ograniczeń i własnej niemocy przeżywamy – oddziaływanie na nas Ducha Świętego. Rahner opisuje doświadczenie Go w sytuacjach krytycznych oraz w chwilach poddania się Bogu: „Czy próbowaliśmy już kochać Boga wtedy, gdy nie unosi nas żadna fala zachwytu, gdy nie jesteśmy już w stanie pomylić swego pragnienia życia i swej własnej osoby z Bogiem, gdy się nam wydaje, że taki rodzaj miłości doprowadzi nas do śmierci, kiedy jawi się nam ona jako śmierć i absolutne zjednoczenie, kiedy odnosimy wrażenie, iż krzyczymy w pustkę, kiedy wszystko świadczy o tym, że skaczemy w otchłań, kiedy wszystko zdaje się niepojęte i bezsensowne?”. I stwierdza: „Gdy niknie to, co namacalne, obliczalne, używalne, gdy wszystko rozbrzmiewa śmiertelną ciszą, gdy wszystko ma posmak śmierci i klęski lub gdy wszystko niknie w nienazywalnej, jednakowo bezbarwnej i niepojętej błogości, wtedy praktycznie nie działa w nas tylko duch, lecz Duch Święty. A wtedy nastaje godzina łaski. Wtedy pozornie niesamowita głębia bez dna naszej egzystencji, której doświadczamy, jest głębią bez dna Boga, objawiającego nam początek nadejścia Jego nieskończoności, nie ograniczonej żadną drogą, której cenność będzie polegać na nicości, bo jest ona nieskończonością”.

Warunkiem doświadczenia Bożej łaski, jest zawsze przyznanie się do własnej bezsilności, do bankructwa własnej woli, która mogłaby kontrolować moje problemy. Dopiero wtedy, gdy przyznam się do tego, że nigdy w życiu nie zdobędzie władzy nad moimi namiętnościami, mogę bez zastrzeżeń powierzyć się Bogu. Mój związek z Bogiem zacznie się rozwijać, gdy uznam bezsens własnych wysiłków – wówczas będzie w stanie wyzdrowieć. Nasza walka o dobro skończyć się może rozpaczą, „czyli zrozumieniem, że nie istnieje urzeczywistnianie cnót, całkowite posłuszeństwo, wystarczające oddanie, że sprawiedliwość jest nieosiągalna, że bycie dobrym jest niewykonalne. To zwątpienie prowadzi nas do przepaści albo też do jakiegoś trzeciego królestwa Ducha, do przeżycia stanu poza moralnością i prawem, do pragnienia łaski i odkupienia, do jakiegoś nowego, wyższego rodzaju braku odpowiedzialności lub mówiąc krótko: do wiary”. Gdy, starając się żyć zgodnie z wolą Boga, przyznamy się o tego, że nigdy nie zdołamy się zmienić, przybliżymy się do istoty wiary, do zrozumienia tego, iż powinniśmy całym sobą rzucić się w ramiona Boga, powierzyć Mu siebie.

W życiu duchowym chodzi nie tylko o to, bym analizując moje myśli i uczucia, moje życiowe rany i moje choroby stawał się coraz bardziej ludzki i bym odkrył mój skarb. Chodzi także o doświadczanie wiary wtedy, kiedy wyczerpują się moje możliwości, oraz o rozwój mego związku z Bogiem wtedy, gdy czuję się całkowicie opuszczony. Życie duchowe, oznacza wsłuchiwanie, się w brzmiący w naszych myślach, w naszych uczuciach, w naszych namiętnościach oraz w potrzebach – głos Boga, który w ten sposób mówi do nas. Wtedy, gdy się w ten głos wsłuchamy, odkryjemy obraz, na podobieństwo którego zostaliśmy stworzeni przez Boga. Nie powinniśmy oceniać naszych emocji i namiętności. Wszystkie one mają jakiś swój sens. Chodzi tylko o to, by rozpoznać to, na co Bóg za ich pomocą chce zwrócić naszą uwagę. Wielu gani się za swe negatywne uczucia, takie jak złość i wściekłość, zazdrość i obojętność. Często ci ludzie próbują „z Bożą pomocą” walczyć z tymi uczuciami, by się ich pozbyć. Duchowość oznacza, iż godzę się z moimi namiętnościami i z moimi wszystkimi emocjami. Bo one mogą doprowadzić mnie do Boga, pod warunkiem, że zagłębię się w nie i zrozumiem to, co chcą mi przekazać.

Według duchowości, namiętności są po to, by je opanowywać i pokonywać. Ideał opanowania, miłości bliźniego i przyjaźni wymaga, bym poskromił swoją złość i wściekłość. Jednak często się zdarza, że poprzez moje emocje przemawia do mnie Bóg, chcąc zwrócić moją uwagę na skarb, który się we mnie kryje. Jeśli wsłucham się w swoją wściekłość, powie mi ona być może, iż żyję wbrew swojemu „ja”, iż nie dopuszczam do siebie postaci, którą przeznaczył dla mnie Bóg. Wściekłość często wskazuje na to, iż pozwoliłem innym przejąć władzę nade mną. Spełniałem zawsze ich oczekiwania, nie respektując swych własnych potrzeb; zbyt się ze mną spoufalili, przekroczyli moje granice, zranili mnie. Drogą do odkrycia ukrytego we mnie skarbu, do odkrycia obrazu, na wzór którego stworzył mnie Bóg, byłby dialog z moimi uczuciami, a nie próba opanowania wściekłości. Wściekłość jest siłą, dzięki której mogę pozbyć się tych, którzy mnie zranili, i w ten sposób osiągnąć zdrowy dystans w stosunku do nich. Dopiero wtedy, gdy uniezależnię się od nich, potrafię im wybaczyć i uwolnić się naprawdę od ich władzy nade mną.

Jednak istnieje również taki rodzaj wściekłości, z którą nie jestem już w stanie nawiązać dialogu. Być może na dnie mojej wściekłości odnajdę źródło energii, być może wówczas moja złość zamieni się w przyjemność czerpaną z życia. Być może poprzez swoją niemożność pozbycia się tego uczucia, poprzez niemożność oswojenia się ze swoją wściekłością zrozumiem, że powinienem zrezygnować z moich własnych wysiłków i powierzyć siebie Bogu. Wówczas moje emocje zwrócą mi uwagę na mój stosunek do Niego. Nigdy nie uda mi się osiągnąć całkowitego spokoju, jednak moja złość mogłaby zachęcić mnie do tego, bym powierzył swoją osobę Bogu. Zawsze istnieją trzy drogi duchowości: Po pierwsze dialog z moimi myślami i uczuciami. Po drugie zanurzenie się w moich uczuciach, emocjach i namiętnościach, aż do ich dna, wy-czucie ich do samego końca, dopóki się nie przemienią i dopóki nie będę w stanie odkryć na ich podłożu nowych możliwości i odnaleźć Boga. Po trzecie kapitulacja przed Bogiem, przyznanie się do tego, że nie potrafię o własnych siłach posunąć się o krok dalej, poddanie się Mu, oddanie się w Jego dobre ręce.

Niektórzy uważają, iż porywczość jest cechą charakteru, której nie można zmienić. Jednak jeśli rozpocznę dialog z nią, być może zrozumiem, iż jest ona moim wewnętrznym krzykiem o możliwość prowadzenia swojego własnego, osobistego życia. Często właśnie ta cecha charakteru będzie nam przypominać sytuacje z dzieciństwa, kiedy to czuliśmy, iż nikt nie traktuje poważnie naszej niepowtarzalności i naszych uczuć. Wtedy być może konieczna była dla nas gwałtowna obrona; miała ona zapewne uchronić nas przed tymi, którzy chcieli jeszcze gwałtowniej rozpanoszyć się w naszym wnętrzu, dusząc nas tym samym. Wtedy nasza zapalczywość była koniecznym warunkiem obrony siebie, teraz jednak przestała być dobrą strategią. Wręcz przeciwnie, wielu cierpi z powodu tej cechy charakteru, która nie tylko im utrudnia współżycie. Dialog z naszą porywczością być może doprowadziłby nas do kryjącego się w niej niepohamowanego pragnienia posiadania swych własnych, całkiem osobistych uczuć. Istnieją jednak osoby, którym dialog z własną porywczością nic nie da. Muszą więc pokornie pogodzić się z tą cechą, pozwalając, by prowadziła ich ciągle niżej, w głąb ich niemocy, w której nie pozostaje już nic innego, jak tylko poddać się całkowicie Bogu.

Wiele osób cierpi z powodu strachu. Częstą reakcją na taki stan rzeczy jest próba opanowania owego uczucia za pomocą terapii lub nieustająca modlitwa do Boga, by wyzwolił nas od niego. W obu wypadkach za wszelką cenę chcemy pozbyć się naszego strachu, co oznacza, że wcale nie rozumiemy wiadomości, którą to uczucie chce nam przekazać. Gdybyśmy uwolnili się od naszego lęku, stracilibyśmy wszelką miarę, a wtedy nieustannie wymagalibyśmy zbyt wiele od siebie. Przesadny strach zwraca nam uwagę na to, iż przybraliśmy złą postawę życiową. Częstym powodem tego uczucia jest perfekcjonizm. Jeżeli zawsze muszę być najlepszy, jeżeli w trakcie dyskusji muszę mieć zawsze gotowe i odpowiednie argumenty, jeśli oczekuję, że moje wystąpienia będą się podobać absolutnie wszystkim, ogarnia mnie ciągły strach, że się zbłaźnię. Moje oczekiwania są tak ogromne, że zaczynam się ich bać. Nasz strach zwraca nam uwagę na to, iż kierujemy się nieodpowiednimi zasadami życiowymi, na przykład: „Nie mam prawa popełniać błędów, bo przestanę być cokolwiek wart. Nie mam prawa się zblamować, bo zostanę odtrącony”.

Dialog z naszym strachem mógłby nam pomóc w rozwinięciu bardziej ludzkich zasad: „Mam prawo być taki, jaki jestem. Mam prawo popełniać błędy Mam prawo się ośmieszyć. Moja godność jest we mnie. Nie można mi jej odebrać tylko dlatego, że się ośmieszyłem”. Nie mówię tu jednak o jakiejś sztuczce, za pomocą której możemy pozbyć się strachu. Uczucie to może zaprosić mnie do tego, bym zaczął lepiej obchodzić się ze sobą i bym odnalazł odpowiedni obraz siebie samego. Może się jednak zdarzyć, iż wszelkie rozmowy z tym uczuciem nie odnoszą żadnego skutku, że mój strach nadal we mnie tkwi i paraliżuje mnie. A wtedy uczucie to zacznie gnać mnie ku Bogu. Wówczas nie pozostanie mi nic innego, jak przyznać się do mojej niemożności poradzenia sobie ze swoim strachem. Wtedy uczucie to stanie się dnem, od którego będę mógł się odbić, by odnaleźć Boga, i zmusi mnie, bym potraktował je jako duchowy drogowskaz, który doprowadzi mnie do Niego.

Być może w swoim strachu wypowiem któreś zdanie z Biblii, jak na przykład: „Choćby mi przyszło kroczyć w mrocznej dolinie, nie będę się lękał zła, bo Ty jesteś ze mną”; albo: „Jahwe jest ze mną, więc się nie lękam – cóż może mi uczynić człowiek?”. Wtedy strach mój stałby się duchowym wyzwaniem oraz sprawdzianem tego, na ile poważnie traktuję Boga i Jego obietnice. Nawet jeśli prawdziwa jest moja wiara w to, że Bóg jest przy mnie, nie rozwieje ona mego strachu. Jednak pośród niego potrafię odnaleźć kotwicę, której mógłbym się mocno uchwycić. Pogodziłbym się wówczas z moim strachem i przestałbym popadać w panikę przy każdym jego ataku. Innym rodzajem pomocy byłoby przyznanie się do tego uczucia, przy równoczesnej wierze, iż istnieje we mnie miejsce, do którego nie ma on dostępu. Wprawdzie moje emocje określa strach, jednak strach ten nie dociera do moich głębin.

Czasem zdarza się, iż boimy się sami siebie. Wyparliśmy nasze agresje, a teraz obawiamy się, że one kiedyś wybuchną. Pewna kobieta była opanowana irracjonalnym strachem, że mogłaby zamordować swoje dziecko, które przecież tak bardzo kochała. Dialog z tego typu uczuciem mógłby ją pouczyć, iż prócz miłości do swego dziecka, odczuwa wobec niego także agresję. To zrozumiałe, że matka, która zajmuje się niemowlęciem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, czuje złość. Przecież ona chce mieć także czas dla siebie. Jej agresja świadczy o tym, że potrzebny jest jej większy dystans do dziecka. Jednak jej nieodpowiednia duchowość utrudnia jej wyobrażenie sobie, że mogłaby być agresywna. Im wznioślejsze są ideały, do których dąży, tym mocniej dochodzi do głosu ich biegun przeciwny. Tak więc dialog matki z jej strachem mógłby doprowadzić do tego, by w swej trosce o dziecko zaczęła się trochę bardziej troszczyć o siebie samą. Strach zawsze ma jakiś sens. Musimy jedynie zrozumieć jego język, a wtedy będziemy w stanie odkryć skarb, który on chce nam wskazać.

Istnieje jednak także strach towarzyszący nieodłącznie człowiekowi: strach przed samotnością, strach przed śmiercią. Należy dopuścić do siebie to uczucie i przeanalizować je. W głębi mojej istoty jestem samotny, są we mnie obszary, do których nikt nie jest w stanie podążyć za mną. „Życie jest samotnością. Żaden człowiek nie zna drugiego człowieka, każdy jest sam”. Religia, życie zakonne – oznacza mój stosunek do mojej samotności. Jeśli pogodzę się z nią i z moim strachem przed nią, odkryję być może tajemnicę mojego życia: „Ten kto poznał samotność ostateczną, poznał także i rzeczy ostateczne” (E Nietzsche). Katolicki filozof Peter Wust przed swoją śmiercią doświadczył samotności absolutnej. Napisał on: „Myślę, że najgłębszym powodem wszelkiej samotności ludzkiej jest tęsknota za Bogiem. Umierając, każdy jest sam. „Umieranie oznacza ostateczną i bezgraniczną samotność. Powoduje ono, że czujemy, iż jesteśmy sami i że zanurzamy się w samotność ostateczną”. Tak więc owo uczucie mogłoby mnie wezwać do tego, bym się całkowicie oddał Bogu. Wtedy moja samotność będzie dla mnie owocna, stanie się źródłem mojej duchowości.

Mimo wiary w zmartwychwstanie, strach przed śmiercią pozostaje. Mogę dopuścić do siebie to uczucie tylko wtedy, gdy powiem sobie: „Tak, umrę. Mogę umrzeć na skutek wypadku lub z powodu raka, albo na atak serca. Ostatecznie nie jestem w stanie się od tego uchronić”. Jeśli dopuszczę do siebie tę świadomość, będę zmuszony zacząć zastanawiać się nad moim życiem: Jak wygląda moje życie, na czym polega jego sens? Strach przed śmiercią doprowadzi mnie do zasadniczych pytań na temat ludzkiej egzystencji. Duchowość inaczej obchodzi się z popędami. Nie próbuje ich opanować, lecz stara się je przemienić. Zadaje pytanie, czego one mogą mnie nauczyć? Dlaczego zawsze za dużo jem, jaka tęsknota ukrywa się, za moim obżarstwem. U podstaw tego nałogu leży pragnienie odczuwania uczucia radości. Proces uzdrawiania polegałby na nauce cieszenia się i na udzieleniu sobie przyzwolenia na dobre jedzenie. Celem życia duchowego jest czerpanie przyjemności z Boga. Ten, kto odmawia sobie wszelkiej przyjemności, nie doświadczy niczego z istoty Boga. Prawdziwa asceza nie polega na rezygnacji, lecz na ćwiczeniach w stawaniu się człowiekiem oraz na nauce odczuwania przyjemności.

Podobnie jest z naszym popędem seksualnym. Zdarza się, iż zamykamy go w wieży, obawiając się, że zostaniemy rozszarpani przez szczekające psy Wtedy jednak brakuje nam wywodzącej się z popędu seksualnego siły, koniecznej dla istnienia naszej witalności i duchowości. Religijność, która nakazuje nam wyparcie naszych popędów, doprowadzi do ciągłej obawy, iż prędzej czy później zostaniemy opanowani przez czyhające w nas nieustannie żądze. Błędnym jest mniemanie, że popęd seksualny jest czymś, co należy opanować, ponieważ jest on ważnym źródłem naszej duchowości. Jeśli zaprzyjaźnimy się z nim, i jeśli zaczniemy z nim przyjaźnie rozmawiać, nasz popęd seksualny wskaże nam drogę do ukrytego w nas skarbu, do skarbu naszej witalności i naszej duchowej tęsknoty. Spróbuj naprawdę żyć i kochać. Sposób w jaki żyjesz teraz powoduje, że mijasz się ze swoim życiem i z samym sobą. Nie zadowalaj się wyłącznie swoim poprawnym stylem bycia. Jest w tobie tęsknota za życiem i miłością. Zaufaj jej. Poddaj się życiu i poddaj się ludziom, kochaj ich całym swoim sercem. Kochaj Boga całym swoim sercem, kochaj Go swoim ciałem, kochaj Go swymi namiętnościami.

Często zdarza się, że nasz popęd jest silniejszy od nas, tak iż w ogóle nie jesteśmy w stanie prowadzić z nim dialogu, bo to on nad nami panuje. Wielu cierpi z powodu onanizmu, lecz każda walka z nim kończy się zazwyczaj niepowodzeniem. Zamiast zadręczać się w takich sytuacjach wyrzutami sumienia, byłoby lepiej przyznać się do niemożności zapanowania nad swym popędem seksualnym. Dla wielu niemożność ta okazuje się zbawienna, zmuszając nas do pokornego przyznania się, iż jesteśmy wyłącznie ludźmi z krwi i kości i że nie potrafimy zmienić się o własnych siłach w istotę czysto duchową. Mnisi powtarzają ciągle, że Bóg uwolni nas od naszej walki dopiero wówczas, gdy przyznajemy się do naszej bezsilności. Dopiero wtedy, gdy młody mnich przyzna się do niemożności pokonania swego popędu seksualnego, Bóg może poprowadzić go, poprzez uczucie bezsilności, do nowego rodzaju wolności. Istnieją dwa doświadczenia: dochodzenie do Boga poprzez uczucie niemocy wobec swego popędu seksualnego lub przemiana popędu seksualnego. Mamy tam do czynienia ze świadomym użyciem poruszeń seksualnych dla wzbudzenia duchowych mocy. W tym wypadku popęd seksualny traktowany jest jako siła duchowa, która prowadzi nas do Boga. W duchowości przyjmujemy naszą seksualność z wdzięcznością, ponieważ ona nam ciągle przypomina, że nasze życie duchowe osiąga swoje apogeum w przyjemności czerpanej z życia doczesnego, że nie wystarcza, byśmy żyli wyłącznie poprawnie, lecz że mamy prawo dążyć do zjednoczenia z Bogiem. Popęd seksualny był i jest często w zakonach traktowany negatywnie, jako namiętność, która oddziela nas od Boga. Oczywiście zdarzyć się może, że nasz popęd seksualny zamknie nas na Boga. Istnieje jednak również takie doświadczenie duchowe, które objawia nam, iż budzenie się w nas popędu seksualnego niesie ze sobą zazwyczaj energię duchową, że przypomina on nam nieustannie o naszym pragnieniu zjednoczenia się z Bogiem poprzez całą naszą namiętność i miłość, aby w Nim przeżyć spełnienie naszej tęsknoty.

Jest w nas głęboko ukryta ambicja pokonania wszelkich uczuć negatywnych takich ja smutek czy przewrażliwienie. Zbyt często jednak zdarza się nam, że nie potrafimy pozbyć się tego typu emocji wyłącznie za pomocą pozytywnego myślenia. Również i modlitwa nie jest w stanie nam pomóc. Niektórzy w takich wypadkach proszą stale Boga, by zechciał uwolnić ich od depresji. W swej modlitwie krążą oni jednak jedynie wokół swej własnej osoby. Należałoby zadać pytanie, dlaczego pragniemy pozbyć się tych odczuć. Czy rzeczywiście taka jest wola Boga, czy też jest to wyłącznie moje pragnienie? Czy nie jest tak, że uczucie smutku nie przylega do jej określonego ideału zakonnicy; zakonnicy, która żyje tylko Bogiem, która poprzez medytację i modlitwę jest coraz spokojniejsza i wyższa ponad sprawy przyziemne? Lecz czy ten ideał odpowiada obrazowi, na podobieństwo którego została ona stworzona przez Boga? A może Boski projekt jej osoby chce ona zamienić na swój własny, który jej o wiele bardziej odpowiada, bo jest doskonalszy, bardziej idealny? Czy chce wykorzystać Boga do tego, by pomógł zrealizować jej swe własne ideały?

Przez długi czas niektóre Siostry myślą, że mogłyby uwolnić się od swego przewrażliwienia dzięki modlitwie i medytacji. Pewna Siostra nie była zainteresowana Bogiem. Gdyby Jego miała na uwadze, a nie swoje spokojne i pełne zadowolenia życie, odnalazłaby Go nie mimo swojego smutku, lecz właśnie w nim. Jeżeli odnoszę wrażenie, że jestem wykluczana ze wspólnoty, że nikt mnie w niej nie rozumie, mogę szukać powodów takiego stanu rzeczy lub prowadzić rozmowy, które będą miały na celu wyjaśnienie wszelkich nieporozumień. Jednak często zdarza się, iż mimo swoich wysiłków nie mogę pozbyć się tego uczucia. Wówczas wszelkie moje starania o to, by być zrozumianą i akceptowaną nie mają żadnego znaczenia. Im bardziej pragnę, by mnie wszyscy lubili, tym mniej doświadczam tego uczucia. W takiej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak potraktować ten stan, jako duchowe wyzwanie.

We wspólnocie klasztornej, pojawiają się problemy tak skomplikowane, że nikt nie jest w stanie ich rozwiązać. Problemy te zmuszają mnie, bym w Bogu szukał oparcia i poczucia bezpieczeństwa. Zwłaszcza wtedy, gdy wspólnota nie spełnia moich potrzeb, muszę zadać sobie pytanie: na ile poważnie traktuję wers psalmu: „Pan jest moim pasterzem: nie zabraknie, mi niczego”. Czy Bóg stanowi dla mnie jedynie potwierdzenie mego dobrego samopoczucia, czy też raczej mogę powiedzieć o sobie, jak Teresa z Avila, iż wystarczy mi tylko On? Nierozwiązywalne problemy w obcowaniu z innymi mogłyby stanowić dla mnie rodzaj sprawdzianu, na ile poważnie traktuję Boga. Mógłbym się w takiej sytuacji nauczyć, że polegać mogę tylko na Nim, że moje tęsknoty powinienem kierować tylko do Niego i tylko od Niego powinienem oczekiwać spełnienia i zbawienia. Jeśli inni nie dają mi poczucia bezpieczeństwa i wspólnoty, muszę poszukać ich w sobie samym. Istnieje we mnie miejsce, do którego nie docierają złośliwości ludzkie, miejsce spokoju, miejsce, w którym mieszka we mnie Bóg; miejsce, w którym czuję się naprawdę bezpiecznie, ponieważ mieszka w nim On, istota samej tajemnicy Decyzja, czy chcę ciągle krążyć wokół problemu, że nikt mnie nie rozumie i rozpaczać z tego powodu, czy raczej wykorzystam tę sytuację po to, by głębiej złączyć się z Bogiem, należy wyłącznie do mnie.

Duchowość zatem, polega głównie na zniżaniu się do tego, co w nas naprawdę tkwi, na poważnym traktowaniu pojawiających się w nas uczuć, na nie osądzaniu się za swoje emocje i namiętności. Powinniśmy wierzyć w to, że poprzez nasze uczucia i emocje przemawia do nas Sam Bóg, który pragnie zwrócić naszą uwagę na to, że żyjemy obok tego, co istotne. Być może emocje, których zazwyczaj sobie wzbraniamy, mogłyby spowodować, że dotrzemy do obrazu, na wzór którego stworzył nas Bóg, a który całkowicie zakryliśmy stworzonymi przez siebie wizerunkami idealnymi. Często chcielibyśmy być ludźmi zawsze opanowanymi, spokojnymi, przyjaznymi i przyjacielskimi. Jednak tym wymarzonym ideałem zasłaniamy obraz, na wzór którego stworzył nas Bóg. A może we mnie ma powstać coś zupełnie innego, coś niepowtarzalnego, coś co Bóg chce rozwinąć tylko we mnie, a co ja jednak tłumię, ponieważ nie odpowiada moim wyobrażeniom.

Czuję jednak, iż także w moją duchowość wkrada się ciągle ambicja, że potrafię sam siebie zmienić, że sam odnajdę drogę ku Bogu, wprawdzie trochę odmienną od tej, którą obrałem w młodości, lecz mimo wszystko wybraną przeze mnie samego. A jednak duchowość oznacza, iż sam przed sobą przyznaję się do tego, że nigdy nie będę w stanie znaleźć metody na to, by zbawić się samemu, by samemu dokonać przemiany swojej osoby. Zawsze będę walczył z tymi samymi problemami. Nigdy nie będę w stanie pozbyć się swoich ambicji i swego przewrażliwienia. Graham Green na zakończenie powieści: „Koniec romansu”, przedstawia pisarza zakochanego w Sarze, a popijając po śmierci ukochanej piwo wraz z jej mężem, modli się: „O Boże, dosyć już zdziałałeś, ogołociłeś mnie dostatecznie. Jestem nazbyt zmęczony i za stary, aby uczyć się kochać. Daj mi raz na zawsze spokój”. Po tych wszystkich namiętnych przygodach z kochanką, może już tylko oddać się całkowicie Bogu. To nie jego zasługa, że Bóg zesłał mu takie doświadczenie; było ono wynikiem klęski jego zakazanej miłości. Podobnie modli się ksiądz w „Pamiętniku wiejskiego proboszcza” Bernanosa: „Otom wyzbyty, Panie, ze wszystkiego, jak tylko Ty potrafisz wyzbyć, gdyż nic nie uniknie Twojej przerażającej pieczołowitości, Twojej przerażającej Miłości”. Kiedyś zmęczą mnie wreszcie wszystkie te wysiłki mające na celu moją przemianę. Wówczas całkowite poddanie się Bogu nie będzie moją napawającą mnie dumą zasługą, lecz wyrazem mego całkowitego obnażenia, gdyż oddam Mu się dopiero wówczas, gdy nie będę miał już innego wyjścia. I wtedy też uwolnię się wreszcie od wszelkich dążeń do takiego rodzaju duchowości, która obliczona jest jedynie na wydajność.



Liczba wyświetleń strony: 9767212 * Liczba gości online: 23 * Ostatnia aktualizacja: 2017-07-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC