MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Veritatis splendor (2)



Encyklika zaczyna się od słów: blask prawdy. Kluczową kategorią, przy pomocy której Papież będzie usiłował dokonać rozeznania problemów, jest kategoria prawd y . Jan Paweł II podkreśla fundamentalne znaczenie więzi pomiędzy wolnością a prawdą. Rozerwanie tej więzi jest zasadniczym źródłem obecnego kryzysu moralnego.

Nasze czasy charakteryzują się szczególną wrażliwością na zagadnienie wolności. Jednak w niektórych nurtach myśli współczesnej apoteoza wolności posunięta została aż do jej absolutyzacji: do uznania, że zagraża jej, a właściwie człowiekowi, jako jednostce wolnej i zależnej wyłącznie od siebie samej, podporządkowanie jakimkolwiek obiektywnym kryteriom dobra i zła, jakiejkolwiek prawdzie, która znajduje swój wyraz w moralnym prawie. „Niektóre nurty współczesnej teologii moralnej pozostając pod wpływem /…/ tendencji subiektywistycznych i indywidualistycznych, interpretują w nowy sposób związek wolności z prawem moralnym, z naturą ludzką i z sumieniem, proponując nowe kryteria moralnej oceny czynów. Nurty te mają jedną cechę wspólną: osłabiają lub wręcz negują z a l e ż n o ś ć wolności od prawdy”.

Czy opinia Papieża nie jest niesprawiedliwa? Papieżowi nie chodzi o potępienie czegokolwiek, ale o rozeznanie: o zdolność odróżniania prawdy od fałszu; tego, co zgodne z chrześcijańskim dziedzictwem od tego, co mu obce. Cóż więc takiego tkwi w niektórych nurtach teologii współczesnej, co sprawia, iż faktycznie rozmijają się one ze „zdrową nauka”? Co to znaczy: kierować się prawdą? Istnieje kryterium oceny życiowych wyborów, „projektów”. Tym kryterium jest to, kim człowiek jest: prawda o nim samym.

„Kim jest człowiek?” (Ps 8). I znów wraca problem ludzkiej wolności. Skoro bowiem człowiek tym się odróżnia i wyróżnia spośród innych bytów na ziemi, że jest wolny, to jego działanie wtedy jest dobre – moralnie dobre! – gdy tę wolność manifestuje i umacnia. Wolny na obraz i podobieństwo całkowicie wolnego, suwerennego Pana wszechrzeczy, obdarowany został światem całym, by nim według swego własnego zamysłu kierował. Co więcej, stworzywszy „od początku” człowieka, Bóg „zostawił go w mocy rady jego” (Syr 15, 14). Nie tylko więc świat wokół nas, ale i my sami zostaliśmy powierzeni przez Boga własnej „radzie”, własnej trosce i odpowiedzialności. Bóg obdarzył człowieka autonomią, czyli pozwolił mu samemu ustanawiać prawa, jakimi będzie się on rządził. Nie jest to moralna suwerenność. Suwerenem jest tylko Bóg – ale Bóg nie chce ludzkiej autonomii ograniczać. Człowiek więc – a zwłaszcza chrześcijanin – powinien czerpać inspirację z Bożej mądrości i Bożego działania, ale musi sam, według swej najlepszej intencji i umiejętności formułować prawa, którymi będzie się w życiu kierował.

„Radę” tę należy sprawować w duchu miłości Boga i bliźniego, trzeba otworzyć się na innych i wzajemnie wspomagać w dążeniu do uszczęśliwiającej pełni. Ale skoro ma to być pełnia wolnej ludzkiej osoby, to ostateczny kształt tego szczęścia, a także droga do niego prowadząca, zależą od wolnego wyboru samego człowieka. Jest jego zaszczytem i obowiązkiem, że może i powinien sformułować własny „projekt życiowy”, własny kształt miłości. Musi on liczyć się z podobnymi „autoprojektami” innych ludzi, musi brać pod uwagę warunki – materialne i kulturowe – w jakich żyje, ale na dobrą sprawę nic ponadto. W szczególności powinien dobrze rozumieć to wszystko, co w sobie zastaje: własne ciało, mechanizmy bio-psychiczne, jakie nim rządzą, kondycję fizyczną i jej ograniczenia, to wszystko, co jest nazywane naturą, w odróżnieniu od osoby, która znajduje w niej swe „siedlisko”. Człowiek powinien dobrze swą naturę rozumieć – i rozumnie wykorzystywać. Nie można ignorować zastanych warunków swego bytowania, ale też nie należy ich traktować tak, by ograniczały naszą wolność. Człowiek powinien się z nimi liczyć, ale ostateczny sens musi im sam nadać.

Sens („prawdę”) naszych czynów trzeba raczej zaprojektować, niż odczytać. Same przez się żadne czyny nie są jeszcze moralnie dobre ani złe, ich moralna kwalifikacja zależy od szeregu okoliczności, zwłaszcza zaś od „samorozumienia”, które im nadaje podstawowy sens. Według zwolenników koncepcji moralności nie widać racji, w imię których należałoby np. stanowczo i w każdej sytuacji potępiać związek homoseksualistów. Ich skłonności, wzajemnie zaakceptowane, pozwalają im wspomagać się nawzajem na ich drodze do pełni miłości i szczęścia. To prawda, że z takiego związku nie będzie potomstwa, że jest to w pewnym sensie związek „nienaturalny”, ale ostatecznie i bezżenność dla Królestwa Bożego jest w jakimś sensie „nienaturalna”, a Kościół ją nie tylko akceptuje, ale nawet pochwala.

Niektórzy teologowie wręcz twierdzą, że i samobójstwo może być aktem miłości – to także zależy od okoliczności, a zwłaszcza od intencji przyświecającej temu, kto decyduje się taki czyn spełnić. Bywa i tak, że i niewinna ludzką istotę trzeba pozbawić życia, jeśli wydaje się to mimo wszystko lepszym wyjściem dla społeczeństwa, a może i dla niej samej. Chodzi nie tylko o najczęściej podnoszoną w tym kontekście sprawę aborcji. Chodzi także o eutanazję, a może i o inne przypadki (np, w czasie wojny), gdy uśmiercenie jednego człowieka może być jedynym sposobem uratowania wielkiej liczby innych, równie niewinnych ludzi. W ogóle trzeba wstrzymać się przed „odgórna” moralną kwalifikacją jakichkolwiek konkretnych czynów.

Skoro moralna kwalifikacja czynu zależy przede wszystkim od intencji sprawcy, to na nią trzeba położyć szczególny nacisk. Tyle, że z podstawowym zaangażowaniem ludzkiej wolności znów sprawa nie jest prosta. Wybór konkretnych dóbr jest jasny: wiem, co to znaczy, że wybieram określony zawód, albo nawet, że wybieram się do kina. Takie akty nie angażują jednak człowieka bez reszty; są raczej jednym ze sposobów realizacji pewnych głębszych, bardziej podstawowych zamiarów, od których ostatecznie zależy ich sens i wartość. Im głębiej jednak sięgamy w nasze zaangażowanie wolności, tym mniej staje się ona uchwytna. Kiedy człowiek decyduje najgłębiej o sobie samym, to taka decyzja (nazywana „opcją fundamentalną”) ma inny charakter, niż te wszystkie, które z mej wynikają. Tak naprawdę, według niektórych teologów, człowiek nie jest w stanie „objąć” siebie zwykłym aktem wyboru. Ten bowiem odnosi się do rzeczy i dlatego ma rzeczowy („tematyczny”) charakter. Człowiek zaś jest osoba, wolnym bytem, którego nie da się ująć w kategoriach rzeczy: uchwytnych, zdeterminowanych, łatwych do określenia. Opcja fundamentalna względem siebie (jak i wobec Boga) jest z istoty „atematyczna”, niedostępna wprost naszemu przedmiotowemu, „tematycznemu” poznaniu.

W ten sposób wymyka się podstawa do jakiejkolwiek moralnej kwalifikacji ludzkich czynów. Ich sensu i wartości nie da się określić w oderwaniu od intencji sprawcy, nie sposób ich jednak również odnieść wyraźnie do tej opcji, z niej bowiem wynikać mogą różne akty, zależnie od własnych, wolnych projektów. W szczególności trudno odnieść do nich kategorię grzechu śmiertelnego. Jest on przecież wyrazem całościowego najgłębszego odwrócenia się człowieka od Boga. Żaden konkretny uczynek sam przez się takiego aktu nie stanowi. Można domyśleć się, z jakiej opcji on wynika, ale będą to tylko domysły. W dodatku trudno sobie wyobrazić, by człowiek był w stanie naraz popełnić wiele grzechów ciężkich, albo też, by zdołał tak często swą najgłębszą postawę wobec Boga zmieniać.

Kwalifikacja naszych czynów jest nie tylko możliwa, ale wręcz nieunikniona. Należy tylko zdać sobie sprawę, co i w jakim świetle doceniamy. Niełatwo poznać, czy intencja sprawcy czynu jest dobra, czy zła – można natomiast ocenić słuszność samego czynu. Mierzy się ona konsekwencjami, do których on zmierza i które w pewnym stopniu można przewidzieć. Czyn trzeba uznać za słuszny, jeśli w danej sytuacji przynosi maksimum możliwych do osiągnięcia korzyści, niesłuszny – jeśli takiego efektu nie wywołuje. Ocena czynu w aspekcie słuszności nie jest jeszcze kwalifikacją w ścisłym znaczeniu moralną, ta bowiem zależy nie tyle od jego wewnętrznej treści, ile raczej od intencji (opcji) z jakiej ów czyn wypływa. Moralna ocena odnosi się do samej intencji, ona określa zasadniczą postawę człowieka: za lub przeciw Bogu.

Czym więc powinien się człowiek w życiu kierować? Oczywiście sumieniem. Jaką prawdą miałbym się kierować? Chyba „własną” czyli taką, jaka odpowiada wybranej przeze mnie drodze samorealizacji. W każdym razie nie jakąś „zastaną” prawdą o mnie samym, o mojej naturze lub o „obiektywnym sensie” mego czynu. Takiego sensu czyn mój nie ma, póki go sam nie nadam. Muszę się jednak liczyć z prawami własnej natury, jak również ze społeczeństwem, w którym wzrastam i z jego prawami (w tym sensie nie mogę postępować dowolnie), ale są to wszystko „dane wyjściowe”, które same przez się nie mają trwałego moralnego znaczenia.

Skoro jestem istotą wolną i rozwijam swe osobowe człowieczeństwo przez wolne akty, to czy akty sumienia nie powinny nosić na sobie znamienia mojej wolności? Może więc należy mówić nie tyle o „sądach sumienia”, ile raczej o jego „decyzjach”? Takie akty sumienia są wartościowe przez to, że są wolne, a nawet twórcze, ponieważ kształtują nie tylko świat wokół mnie, ale mnie samego; kształtują według „mojej prawdy”, prawdy przeze mnie wybranej; prawdy, którą mierzy się stosunkiem do własnego, wybranego w sposób wolny projektu życiowego, a nie do zewnętrznej względem mnie rzeczywistości.

W czym Jan Paweł II upatruje „pierworodny grzech” tej (lub tych) koncepcji? Wydaje się, że w dwóch założeniach ściśle z sobą związanych. Po pierwsze, w powątpiewaniu w możliwość poznania prawdy, jaką w życiu moralnym należy się kierować; po drugie zaś – w dualistycznej wizji człowieka, nazbyt radykalnie oddzielającej sferę ludzkiego ducha (wolności) od jego cielesnego podłoża. Ojciec Święty nie chce pomniejszać twórczych prerogatyw ludzkiego rozumu. Przypomina naukę św. Tomasza, który nie waha się uznać człowieka za uczestnika Bożej Opatrzności troszczącego się o siebie i o innych. Przypomina soborowe nauczanie o czynnym udziale ludzkiego rozumu w odkrywaniu i stosowaniu prawa moralnego. Przyznaje, że u źródeł tzw. koncepcji teonomicznej autonomii „odnaleźć można szereg cennych idei, należących zresztą do najlepszej tradycji myśli katolickiej” (teonomiczna – od greckiego nomos – prawo. Według Pisma Świętego rozstrzyganie o tym, co jest dobre, a co złe, należy do Boga. Słuszność zasad moralnych wyprowadza Biblia z ustanowienia Bożego. Od Boga pochodzą przykazania, napomnienia prorockie, mądrość życiowa. Bóg osądzi grzechy. Etyka utożsamia się z Bożym prawodawstwem – jest więc teonomiczna).

Jan Paweł II podkreśla, że „autonomia rozumu nie może oznaczać tworzenia przez sam rozum wartości i norm moralnych”. Rozum o tyle zasługuje na swą nazwę, o ile zdolny jest poznać prawdę, nie zaś ją konstruować. Proces poznania może być pod wielu względami zindywidualizowany, w szczególności odniesienie do prawdy tzw. rozumu praktycznego (kierującego naszym działaniem) może być trudne do trafnej interpretacji, ale jeżeli podważy się naszą fundamentalną zdolność poznania rzeczywistości taką, jaką ona jest, wpada się nieuchronnie w zgubny immanentyzm. Według niego niezdolny do wykroczenia poza świat własnych wytworów, człowiek zdolny byłby tylko do monologu z samym sobą. Sumienie zaś, pozbawione możności poznania prawdy o dobru, zmuszone by było do tego, aby powinności moralne w sposób arbitralny tworzyć.

W niektórych nurtach filozoficznych ten proces już się dokonał. „Zanik idei uniwersalnej prawdy o dobru, dostępnym poznawczo dla ludzkiego rozumu – pisze Jan Paweł II – w nieunikniony sposób doprowadził także do zmiany koncepcji sumienia: nie jest już ono postrzegane w swojej rzeczywistości pierwotnej, czyli jako akt rozumowego poznania dokonywany przez osobę (...). Powstała tendencja, by przyznać sumieniu jednostki wyłączny przywilej autonomicznego określania kryteriów dobra i zła”. Tendencja ta zrodziła się poza Kościołem, teraz jednak coraz śmielej gości w jego wnętrzu.

Proponowany w teleologizmie „rachunek dóbr” jako metoda ustalania konkretnej powinności moralnej niepokoi Jana Pawła II nie dlatego, że rachunek ten podkreśla związek pomiędzy czynem a spowodowanym przez niego skutkiem. Także tradycyjna teologia moralna podkreślała, że istotne znaczenie dla kwalifikacji czynu ma c e l przedmiotowy, czy to, ku czemu zmierza ów czyn (a dokładniej: podmiot świadomie go spełniający). Błąd tych teorii polega na tym, iż teorie te „nie uważają, że istnieją absolutnie zakazane sposoby postępowania”, odbierają więc szczegółowym czynom charakter moralny, ograniczając go tylko do sfery intencji.

Problem czynów wewnętrznie złych, czyli takich, które są zakazane zawsze, w każdej sytuacji, nabiera w kontekście sporu o naturę ludzką szczególnego znaczenia. W całej strukturze moralności normy takie, jak nawet zakaz bezpośredniego zabicia niewinnego, nie są najważniejsze; wskazują raczej na minimum chrześcijańskiej (w istocie zaś po prostu ludzkiej) moralności, nie zaś na jej szczyty. Tę ostatnią funkcję pełni przykazanie miłości, z którego wynikają inne normy „pozytywne”, otwierające przed człowiekiem niezgłębioną perspektywę wzrostu w świętości. Ale tzw. absolutne normy negatywne, zakazujące bez wyjątku dokonywania czynów wewnętrznie złych, stanowią probierz tego, jak poważnie respektuje się naturę człowieka jako istoty duchowo-cielesnej oraz jego zdolność do wyraźnego i moralnie wiążącego poznania tej prawdy.

„Jak widać, w zagadnieniu moralnej jakości ludzkich czynów wewnętrznie złych koncentruje się w pewnym sensie sam problem człowieka, prawdy o nim oraz konsekwencji moralnych, jakie z niej wypływają. Uznając i głosząc istnienie wewnętrznego zła określonych czynów ludzkich, Kościół dochowuje wierności integralnej prawdzie o człowieku, a tym samym okazuje szacunek człowiekowi i pomaga mu wzrastać w jego godności i powołaniu”.

Ojciec Święty dokonuje „rozeznania problemów”, troskliwie wydobywając z poszczególnych poglądów to, co cenne, a jednocześnie wskazując z całą stanowczością na to, co się „zdrowej nauce sprzeciwia”. W encyklice można wyczuć powagę i zdecydowanie w stosunku do poruszanych problemów. Papież nie zgadza się by grzeszny człowiek był oszukiwany przez tych, którzy w imię fałszywie rozumianej miłości usprawiedliwialiby jego grzech, gdyż wie, że zniweczyło by to ofiarę Chrystusa. Żadne rozgrzeszenie, udzielone przez pobłażliwe doktryny, także filozoficzne czy teologiczne, nie może naprawdę uszczęśliwić człowieka: tylko Krzyż i chwała Chrystusa zmartwychwstałego mogą dać pokój jego sumieniu i obdarzyć zbawieniem.



Liczba wyświetleń strony: 9445008 * Liczba gości online: 27 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC