MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Uczeń Chrystusa jest człowiekiem nadziei



Doświadczamy kryzysu nadziei. Nie oznacza to jednak, że jesteśmy nieszczęśliwi. Nadzieja nie oznacza pogodnego nastroju, lecz życie dla przyszłości. Abraham zawierzył nadziei, kiedy odpowiedział na wezwanie Boga i wyruszył na poszukiwanie ziemi obiecanej. Pokładał nadzieję w obietnicy. Nie jest istotne, czy był w tym momencie nieszczęśliwy, czy odczuwał radość. Stawanie się człowiekiem nadziei oznacza coś więcej, niż pocieszanie. To znaczenie więcej niż roztaczanie przyjemnej atmosfery czy prosty optymizm. Musimy dla naszych wspólnot być ucieleśnieniem poczucia przyszłości. Musimy być nosicielami obietnicy.

Uczeń Chrystusa, człowiek nadziei, pielgrzymuje do królestwa. „Rozpaczy brakuje stopy, by wkroczyć na drogę, którą jest Chrystus”, napisał jeden z teologów. Jesteśmy powołani do czegoś co wykracza poza chwilę bieżącą. Jest w nas instynktowne pragnienie pielgrzymowania. To jest wyraz nadziei. Jeśli mamy być ucieleśnieniem nadziei, jako uczniowie Chrystusa, powinniśmy odważyć się być wędrowcami.

Nadzieja służy trudnemu, lecz możliwemu przyszłemu dobru. Powinniśmy zapraszać innych, aby towarzyszyli nam w drodze do celu, który choć trudny, jest możliwy do osiągnięcia. Warto postawić sobie pytanie, komu ja towarzyszę w drodze do celu? Pielgrzymowanie we wspólnocie zakonnej umożliwia rozpoznanie, kim naprawdę jesteśmy i jak liche są nasze małe tęsknoty. Świadomość bycia pielgrzymem, dążenie do celu, codzienne, rozbudza w nas głębokie wspomnienie tego, kim jesteśmy, i jaką drogę mamy do pokonania. Kiedy nosimy w sobie nadzieję, wówczas wzajemnie się zachęcamy do wspólnotowego dążenia. Pojedynczo jest ciężko, razem łatwiej.

Momentem najbardziej pozbawionym nadziei w historii Kościoła była Ostatnia Wieczerza. A przecież w obliczu zdrady i klęski swojej misji Jezus nie był bezczynny, podjął działanie. Wziął chleb, połamał go i podał uczniom. Podjęcie działania jest wyrazem nadziei. Nadzieja zawsze przynagla nas do czynu, pozbawia nas spokoju, wytrąca z równowagi. Nadzieja nie pozwala nam na bezradną bezczynność. Znakiem poczucia beznadziejność są arogancja i rozpacz. Lecz rozpaczy towarzyszy także bierność. Nie wierzymy, że cokolwiek da się zrobić.

Nadzieja przynagla do czynu. Pobudza ona naszą ambicję, jest odpowiedzialna za nasze plany i pragnienia osiągania rzeczy wielkich. Jednym ze wspaniałych owoców nadziei jest hart ducha. To ufność, która pozwala porywać się na rzeczy wielkie. Hart ducha wyzwala nas z naszych ciasnych ambicji. Daje ten rodzaj odwagi, która nie cofa się przed największym poświęceniem. Trzeba czasem z odwagą wysuwać zwariowane pomysły i mieć wygórowane ambicje, które na pozór wydają się przewyższać nasze możliwości. Na każdych pięć zwariowanych pomysłów, jeden może okazać się wykonalny.

Jeśli pozwalamy sobie mierzyć wysoko powinniśmy pamiętać o tym, że jesteśmy w stanie zrealizować nasz plany tylko razem z innymi. Nadzieja oznacza narodziny wspólnoty, odrodzenie się wspólnoty. Możemy zdziałać rzeczy wielkie tylko wtedy, gdy zauważymy, kto stoi obok nas i może nas wspomóc.

Realizacji przez Boga naszych pragnień towarzyszą niepowodzenia. Trzeba jednak wykraczać poza nie. Podczas ostatniej wieczerzy Jezus uczynił ten szaleńczy, lecz pełen nadziei gest: „To jest Ciało moje za was wydane”. Pomiędzy tym gestem, a jego urzeczywistnieniem jest Wielki Piątek, klęska, pustka i milczenie. Dlatego warto pamiętać, że jakiekolwiek byłyby nasze plany i jak bardzo będziemy starali się jest realizować, Bóg i tak pokrzyżuje nasze drogi.

Nasze wielkie marzenia i plany spełniają się, lecz w sposób, którego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. To też nazywamy nadzieją. Nadzieja z wiarą mówi o ostatecznym spełnieniu się wszystkich marzeń, lecz nie wie, w jaki sposób Bóg tego dokona. Często będzie się to dokonywać przez klęskę. Wiele nierealnych i po ludzku rzecz biorąc nieosiągalnych marzeń spełnia się poprzez porażkę. Nawet najmniejsze nasze gesty nadziei, pozornie bezowocne działania, mogą być ukrytymi celami Boga. Dla Boga zdobywamy się na odwagę wielkich marzeń i ambicji. Może będzie się nam wydawało, że nic nam się nie udaje i doświadczymy goryczy rozpaczy. Rozpacz jest dzieckiem niechęci do wszelkiego działania. W jakiś sposób jednak Bóg osiąga swój cel. Dlatego, że ożywia nas nadzieja, mamy odwagę nie tylko pracować, ale i odpoczywać. Niespokojny umysł powoduje, że nie jesteśmy w stanie ani w pełni czegoś wykonać, ani dobrze wypocząć. Autentyczna nadzieja przynagla nas do wytężonego działania, ale i odpoczynku w Bogu.

Ostatnia Wieczerza to chwila, w której wszelka nadzieja wydawała się zostać pogrzebana. Jezus zawarł nowe przymierze dokładnie w momencie, gdy wydawało się być nie do zrealizowania. Świętował z nimi tuż przed klęską, przed rozproszeniem się uczniów, którzy się Go zaparli. Nadzieja nieustannie odradza się poprzez kryzys. Dzieje się tak dlatego, że to, w czym pokładamy nadzieję, jest poza naszym wyobrażeniem. Abraham nie był w stanie wyobrazić sobie jak wygląda ziemia obiecana, choć został wezwany do wyruszenia w drogę. Kiedy jego potomkowie osiedlili się w niej, została im zabrana. To, co wydawało się być celem i spełnieniem, okazało się zaledwie pierwszym krokiem. Musieli utracić to, z czym łączyli nadzieję po to, aby odkryć nadzieję głębszą.

Nasza nadzieja jest skupiona na Bogu, a On pozostaje poza wszelkim ludzkim wyobrażeniem. Nadzieja sięga poza zasłonę skrywającą obecność Boga. Nasz wzrok nie potrafi przeniknąć ciemności i rozpoznać Tego, który jest obiektem naszej nadziei. Historia nadziei jest historią kolejnych kryzysów. Bóg pociąga nas w stronę głębszej nadziei, pozbawiając nas naszych własnych małych pragnień. Kiedy doświadczamy kryzysu nadziei, jest to jeden z etapów naszego pielgrzymowania do celu, który jest przedmiotem naszej nadziei, do królestwa Bożego. Jeśli nie dotykałyby nas kryzysy, oznaczałoby to, że dzieje się coś niewłaściwego. W momentach niepewności opadają nam łuski z oczu i tracimy z pola widzenia nasze małe nadzieje się gając wzrokiem tam, gdzie nasza nadzieja ma swoje źródło.

Cierpienie odziera z łatwego optymizmu. Czasem alternatywa jest jedna: rozpacz albo nadzieja wbrew nadziei. Nadzieja w sposób naturalny łączy się z wychodzenie z kryzysu. Mamy nadzieję na to, czego „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć” (1 Kor 2,9). Bóg niszczy nasze małe nadzieje i przeprowadza nas poprzez klęskę po to, abyśmy sami mogli podążać za nadzieją, która pozostaje niewyobrażalna. Jesteśmy pozbawiani małych nadziei, aby odkryć ostateczną nadzieję.

Mieć nadzieję oznacza być pielgrzymem, a pielgrzymowanie oznacza przechodzenie kryzysów i podążanie dalej. To tak jakby Bóg pozbawiał nas balastu na kolejny etap podróży. Nadzieja jest jak świt. Życie nią oznacza przechodzenie z ciemności do światła. Przechodzimy od optymizmu przez rozpacz, do nowej nadziei. Tam, gdzie jest nadzieja, jest młodość. Jesteśmy młodzi nadzieją bez względu na przeżyty czas. O tych, którzy są bojaźliwi i zachowawczy mówią, że są starzy, czyli – pozbawieni nadziei. Może nigdy nie mieli okazji być młodymi?



Liczba wyświetleń strony: 9437373 * Liczba gości online: 12 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-22
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC