MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Wolność i odpowiedzialność



Ważną sprawą w życiu zakonnym jest przyjmowanie decyzji przełożonych. Z czym jest związana umiejętność przyjmowania decyzji, pomimo że ich nie rozumiemy, a nawet się z nimi nie zgadzamy? Z wolnością człowieka. My się rozwijamy, zakon się rozwija, gdy żyjemy w wolności serca i umysłu. Co nas prowadzi m.in. do tej wolności? Prostota życia, modlitwa, umiejętność wzajemnego słuchania się. Czym jednak jest wolność, o której mówimy? Jakiego człowieka możemy określić wolnym? Tego, który jest wolny od dominacji innych, wolny od ludzkich sądów, wolny od przymusów wewnętrznych, od lęków, od skrupułów, zależności. Przecież życie duchowe rozumiane jest jako wprawianie się w wolności, do której „wyswobodził nas Chrystus”.

Droga duchowa jest drogą ku uwolnieniu się od zależności i przymusów. Uwolnienie się od wewnętrznych i zewnętrznych więzów ma swój cel. Celem naszego życia jest poświęcenie się Bogu i ludziom. Poświęcić się i prawdziwie kochać mogę tylko wówczas, gdy odnajdę siebie samego (poznam i pokocham) i gdy się od siebie uwolnię, gdy uwolnię się od mych ograniczeń i od przywiązania do siebie i swojego życia.

Czujemy się niejednokrotnie zależni od akceptacji innych. Nasze własne życie, tak czujemy, ogranicza nas i nie pozwala nam odejmować decyzji zgodnych z naszym wolnym wyborem. Emocje, namiętności, potrzeby i tysiące pragnień mają wpływ na nas i naruszają naszą wolność. W jaki sposób możemy osiągnąć wewnętrzną wolność? Człowiek uduchowiony jest zawsze człowiekiem wolnym, człowiekiem, którego nie określa to, co dzieje się na zewnątrz, którego życie wypływa z jego wnętrza, człowiekiem wolnym od osądów i oczekiwań innych, wolnym od zniewolenia przez własne potrzeby i pragnienia. Wolność wewnętrzna jest nierozerwalną częścią naszej ludzkiej godności.

Gdy staje przed nami brat, dobrze jest wyrazić wobec niego swoje zaufanie. W czym to zaufanie może i powinno się wyrażać? Wydaje się, że sprawą niezwykle ważną jest możliwość włączenia jego do dyskusji, by można było podjąć skuteczne decyzje i wprowadzić je w życie. Jeżeli jestem we wspólnocie słuchany, za taką wspólnotę, zakon czuję się odpowiedzialny. Gdy brakuje dialogu, możemy zaobserwować brak odpowiedzialności poszczególnych braci. Mój głos, moja wypowiedź, to ja z moją wrażliwością i wolą współuczestniczenia w tworzeniu rzeczywistości życia zakonnego.

Niekiedy można mieć wrażenie, że są przełożeni i podwładni. Dwie warstwy, dwa ugrupowania, frakcje, czy mówiąc dawnym językiem: dwa chóry w zakonie. Nie bać się rozmawiać. Usłyszeć i to, że oni nie zgadzają się z posunięciami przełożonego i nie jest to wcale objaw braku posłuszeństwa. Tu wcale nie chodzi o to, żeby bracia zgadzali się ze sobą w każdej szczegółowej sprawie, lecz by w sprawach zasadniczych, byli jednomyślni dla dobra wspólnego.

Niekiedy wspólnoty zakonne dotyka to, co nazywamy pasywnością życia, poczucie beznadziejności z racji tej, że tak naprawdę nikomu nie zależy na tym, co ja – szeregowy brat myślę w sprawach dotyczących naszego zgromadzenia. Gdy słuchamy tego, co bracia mówią, dopuszczamy ich w sposób istotny do współtworzenia wspólnoty. Gdy przestajemy słuchać, umiejscawiamy ich na marginesie życia, albo emocjonalnie oni wychodzą poza życie wspólnoty.

Zakon żyje wtedy, kiedy kanalizuje dynamizm braci. Jednym z najbardziej wyzwalających aktów, jest nakazanie bratu czynienia tego, co chce robić i do czego jest zdolny. (Bywa w zakonach stosowana zasada (szczególnie z zgromadzeniach zakonnych żeńskich): ponieważ to potrafisz, umiesz i chcesz, to pójdziesz tam, gdzie w ogóle nie jesteś do tego przygotowana. Musisz się nauczyć pokory.) Ważnym sygnałem, jaki do nas powinien docierać, jest sygnał związany z koniecznością odczytania charyzmatu osobistego brata. Nie zawsze jest to możliwe do stosowania, lecz tam, gdzie taka możliwość istnieje, warto skorzystać dla dania odpowiedzi na Boże wezwanie objawiające się w tym bracie.

Dobre kierowanie wspólnotą zależy od właściwych relacji pomiędzy władzą, rządzeniem i odpowiedzialnością. Składając śluby zakonne, oddajemy się w ręce Boga, ale i braci. To oni będą podejmowali decyzje dotyczące naszego życia, które nie zawsze będą nam się podobały i które nawet uważać będziemy za niesprawiedliwe. Aby kierowanie wspólnotą z pozycji władzy miało moc, potrzeba przeżywać te relacje władzy w sposób otwarty (rozmawiać), zdrowy (nie bać się innego spojrzenia i nie próbować za wszelką cenę skłaniać do zmiany poglądów) i zgodnie z Ewangelią (wierzyć, że Bóg przewidział, a my winniśmy Jego przewidywania rozeznać).

Życie Jezusa ukazuje paradoksalny stosunek do władzy. Był osobą mocnych słów, wzywał uczniów by szli za Nim, uzdrawiał chorych, wypędzał złe duchy, wskrzeszał zmarłych i ośmielił się przeciwstawić autorytetom religijnym swojej epoki. U Jezusa, silnego i zarazem podatnego na zranienia, moc zawsze uzdrawiała i dawała życie. Nigdy nie upokarza, nie ogranicza, nie umniejsza, nie niszczy. Co ja robię z mocą, jaką posiadam, jak z niej korzystam – z tych niesamowitych możliwości? Nigdy nie upokarzam, nie ograniczam dobra, inwencji, inicjatywy, nie umniejszam, nie niszczę – przypominając błędy, które osoba popełniła.

W sytuacji Jezusa była to nie tyle władza nad ludźmi, co moc, którą im dawał. Był najsilniejszy wtedy, gdy nie chciał być kanałem przemocy, nosząc ją w swoim ciele i pozwalając umrzeć wraz z Nim.

Dobre rządzenie we wspólnotach zakonnych wymaga, abyśmy przeżywali relacje do władzy właśnie w ten sposób, przyznając władzę raczej naszym braciom niż ich od niej odsuwając. Wymaga to od nas odwagi bycia słabymi. Moc duszy dopuszcza słabość. Bez słabości nie ma żadnej możliwości siły. Mieć odwagę oznacza być gotowym na znoszenie ran. Człowiek jest słaby, lecz równocześnie ten sam człowiek w zakonie, może być odważny. To waśnie bycie przełożonym zachęca do przeżywania odważnej słabości.

Tam, gdzie ma miejsce absolutna władza przełożonych, zakon przestaje być wspólnotą braterską. Gdybyśmy uznali za bezdyskusyjną władzę starszych, nie mielibyśmy przyszłości, gdybyśmy dawali władzę tylko młodym, nie mielibyśmy korzeni. Dobra kondycja w kierowaniu, w służbie wspólnotom zależy od możliwości przenikania się wszystkich głosów, które kształtują naszą wspólnotę.

Kierowanie wspólnotą jest sprawowaniem wspólnej odpowiedzialności za życie i misję Zgromadzenia. Fundamentem kierowania, czy też rządzenia jest zaufanie, które powinniśmy mieć jedni w stosunku do drugich. Przecież celem formacji jest przygotowanie braci wolnych i odpowiedzialnych. Czy chodzi o to, by słuchać, być bezkrytycznym, nie mieć swojego zdania, a jeśli już je mam, nie wypowiadać, żeby nie denerwować?

Władza każdej wspólnoty zakonnej może być budowana jedynie na zaufaniu. Dzisiaj chcemy i z tego zdać sobie sprawę: czy mamy, jako przełożeni, zaufanie do braci? I dalej: czy bracia mają zaufanie do nas, jako przełożonych? Jeden z autorów napisał: „Nie ma większej przysługi jaką można oddać człowiekowi, jak wychować go do wolności”. Strach przed wolnością może brać swoje korzenie w dobrej woli tych, którzy czują się odpowiedzialni za innych. Czy jednak strach i brak wiary, nie idą zawsze w parze?

Strach, lęk – niszczy każde dobre rządzenie, kierowanie, służenie innym. Strach jest niewolniczy i dlatego niezgodny z naszym statusem dzieci Bożych. Strach przede wszystkim jest niedobry u przełożonego, który jest powołana by pomagać innym wzrastać w zaufaniu i odwadze. Czy moi bracia wzrastają w zaufaniu i odwadze?

To wzajemne zaufanie nie może jednak być wytłumaczeniem dla wzajemnego zaniedbywania się. Choć mam zaufanie do mojego brata, nie znaczy to, że mogę przestać o nim myśleć i pozwolić mu pójść po prostu własną drogą. Jesteśmy w rękach jedni drugich. Dopuszczając brata do ślubów wieczystych, przyjmujemy za niego odpowiedzialność, za jego szczęście, za jego rozwój. Jego powołanie jest naszą wspólną troską, całego Zgromadzenia.

Czy walczymy zawsze o powołanie naszych braci? Jeżeli przeżywa on chwile trudne, czy odwracam spojrzenie od niego? Czy boję się słuchać wątpliwości, którymi on mógłby się za mną podzielić? Ja również mogę doświadczać chwil bardzo trudnych. Dobrze jest mieć pewność, że będę mógł podzielić się tym z moimi braćmi i być pewnym ich zrozumienia i miłosierdzia.

Winniśmy być szczególnie odpowiedzialni za słowa, które wypowiadamy. Nasze słowa mają inny ciężar, niż słowa pozostałych osób w Zakonie. To spotkanie niech będzie szczególnym zaproszeniem do wymawiania słów „łaski” i uznania siły z jaką nasze słowa mogą ranić, burzyć, wstrząsać i niszczyć członów wspólnoty.

Wielkim wezwaniem jest również nauczenie się mówienia słów prawdy. Czyż jednym z podstawowych warunków istnienia wspólnoty zakonnej jest to, że bracia mają śmiałość rozmawiać ze sobą w prawdzie, mają odwagę nazywać napięcia i konflikty, które ranią wspólnotę i są przeszkodą w realizacji razem – wspólnego powołania. Mamy niekiedy „odwagę” i śmiałość rozmawiać w prawdzie z przypadkowym bratem, a nie z tym, który jest sprawą zainteresowany. Jeśli postępowanie któregoś z nas niepokoi, trzeba spróbować rozmawiać z nim o tym otwarcie, delikatnie i życzliwie. Potrzeba znaleźć czas, aby rozmawiać między sobą. Jeśli uczynimy ten wysiłek, wzmocnimy więź braterską w ten sposób, że będziemy mogli poruszać wspólnie trudne problemy.

Niezależnie od tego, jak bardzo nie zgadzam się z moim bratem, on może mnie jeszcze czegoś nauczyć. Umiejętność słuchania polega na ćwiczeniu wyobraźni i inteligencji. Może warto czasami ośmielić się, lub odważyć się wątpić w swoje własne zdanie, otworzyć się na problemy poruszane przez innych, stać się podatnym na jego wątpliwości. Jest to akt miłosierdzia rodzący się z umiłowania prawdy. Warto dokonać wysiłku, by ocalić to co jest prawdziwe w tym, w jaki sposób myślą bracia we wspólnotach.

To, co należy sobie cenić w życiu zakonnym, to bycie przygotowanym na to, że inni mają pomysły, które różnią się być może od moich. Warto zobaczyć, dlaczego różnię się w moim myśleniu z braćmi, dlaczego oni podchodzą do spraw tak, że mnie to niepokoi, a nawet wyprowadza z równowagi. Może należałoby posłuchać tego, czego oni się obawiają, do czego najczęściej wracają w swoich wypowiedziach.

W tworzeniu wspólnoty wolnej i odpowiedzialnej, ważne jest podprowadzanie jej pod jednomyślność tam, gdzie jest to możliwe. Nie zawsze jest to możliwe. Zadaniem przełożonego jest doprowadzanie braci jak najbliżej do jednomyślności. „Jedno myślcie, pokój zachowujcie” – pisał św. Paweł. Brak zdecydowania przełożonego, może wspólnotę paraliżować i zniechęcać. W tym dążeniu do jednomyślności, mamy na uwadze to, co jest konieczne dla „dobra wspólnego”.

Cierpimy na „tajemnicę znikającej odpowiedzialności”. My, dla których odpowiedzialność jest jedną z podstawowych wartości w życiu konsekrowanym, pozwalamy jej przeciekać przez palce. Jednym z powodów dla których uciekamy od odpowiedzialności jest to, że wolności się boimy a odpowiedzialność jest nudna i dlatego mamy pokusę by uciec.

Jedną z podstawowych odpowiedzialności przełożonego, jest umacnianie swych braci, ufność w ich zdolności dawania więcej niż mogliby przypuszczać i wspieranie ich, kiedy zajmują odważne stanowisko w jakiejkolwiek sprawie. Nałożywszy obowiązki na barki braci, należy ich wspierać, troszczyć się o nich i dodawać im otuchy. Rozróżnienie i pójście za dobrem wspólnym, to główne zadania przełożonych.



Liczba wyświetleń strony: 10345171 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-09-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC