MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Szukanie wolności



Człowiek może sobie nie zdawać sprawy, jaka jest głębia i siła niszcząca jego wewnętrznych zniewoleń i lęków. Wielokrotnie słyszymy od osób odpowiedzialnych za formację, że nie akceptujemy siebie, lub też - brakuje nam jeszcze dojrzałości emocjonalnej. Możemy nie czuć się pewni autentyczności naszej modlitwy, widząc, jak bardzo nie harmonizuje ona z życiem. Człowiek z czasem może zacząć wątpić czy ma prawo do modlitwy i do miłości Boga, skoro nie umie na nią odpowiedzieć odpowiednimi uczynkami. Chcemy niekiedy rozmawiać o swoim doświadczeniu Boga, ale często wydaje się nam, że innych to nie interesuje albo dziwi.

W takiej sytuacji niekiedy żyjemy w lęku przed złudzeniem lub w poczuciu winy, że zaniedbujemy coś istotnego. Ograniczamy wówczas swoje mówienie, również podczas spowiedzi, do wyznawania zaniedbań i grzechów. Niekiedy ktoś nam tłumaczy, że nie powinniśmy czegoś odbierać tak, jak to odbieramy, że mamy „obniżać” próg wrażliwości i inne tego typu rozwiązania: nie analizuj, nie pamiętaj, naśladuj świętych, zostaw siebie. W pewnym jednak momencie uświadamiamy sobie fakt, że to wszystko jest bezskuteczne, a pomoc, którą otrzymujemy, przynosi odwrotny skutek. Zamiast poczucia zrozumienia i łączności z innymi, coraz bardziej doświadczamy swojej odrębności, odrzucenia nas takimi jacy jesteśmy, wręcz potępienia. Podświadomie usiłujemy wówczas stać się kimś innym i myślimy, że jesteśmy w stanie to osiągnąć.

Zapominanie o sobie bardzo często przeradza się w tłumienie, przybieranie maski. Coraz częściej możemy mieć poczucie, że jesteśmy nieszczerzy, przewrotni, zakłamani, że nie mówimy tego, co myślimy. Coraz trudniejszy staje się kontakt z innymi. Wydaje się nam, że innych oszukujemy a także, że sami jesteśmy oszukiwani, traktowani instrumentalnie jak przedmiot, z którym można zrobić to, co się chce. Niekiedy nasze myślenie idzie w stronę wyobrażania sobie, że nasza obecność wśród innych ich denerwuje lub że nas się boją. Niekiedy zamknięcie się i sztywność w zachowaniu osób żyjących we wspólnocie traktujemy jako zarozumiałość i wywyższanie się, a tymczasem osoby te myślą o tym, co zrobić, by nie przeszkadzać sobą innym. Odczuwamy niekiedy skłonność do potępiania i osądzania innych, a nie wiemy, jak się od tego uwolnić. Żyjemy niekiedy w ciągłym poczuciu winy, nie umiejąc nawet określić jej rozmiarów. Wolimy niekiedy myśleć o sobie gorzej niż lepiej i odczuwamy potrzebę spowiadania się jakby „na zapas”. Po oczyszczeniu i odnowieniu w sakramencie pokuty, ponownie wracamy do poprzednich schematów i ról. Wiemy, że trzeba to rozbić, lecz nie wiemy jak.

Nazywamy niekiedy tę potrzebę mianem „umierania sobie”. Odczuwamy jednak, że w towarzyszącym nam niejednokrotnie pragnieniu śmierci jest więcej myśli o ucieczce z tego okrutnego świata, do którego, mamy takie wrażenie, nie nadajemy się. W końcu uświadamiamy sobie, że cały przyjęty przez nas „system ascetyczny” polega na podciąganiu się w górę za włosy, podczas gdy nogi są słabe i na nic się to nie przyda.

Jak szukać wolności? Znaleźć kogoś, kto nie będzie się dziwił temu, co mu opowiem o swoim życiu, nie będzie się denerwował, nie będzie się bał ciebie, ale będzie wierzył, oraz współ odczuwał twój ból. To pomaga zobaczyć swoje przeżycia z dystansu, co bardzo uspokaja. To też jest zaproszeniem do autentycznego dialogu. Potrzeba nam osoby, która będzie słuchała nas z uwagą, akceptowała, współ uczestniczyła w naszym doświadczeniu. Potrzeba zauważyć, że nie jest się ocenianym, klasyfikowanym, oraz że nie ma jakiegoś przygotowanego z góry planu rozwiązania twoich trudności za pomocą dobrych rad i pouczeń.

Problemów się nie rozwiązuje, ale się je przeżywa. Trzeba sięgać w przeszłość, by tam poznać źródło i przyczynę swoich trudności. Niektórzy tego bardzo odradzają. Niekiedy wstydzimy się, że ciągle wracają pytania i pamięć o przeszłości, skoro jesteśmy już dorosłymi ludźmi. Nie można też wymagać od człowieka nie znając go takim jaki jest, a nie jakim chciałoby się go widzieć. Gdy jasno nie określamy tego, co przeżywamy, nie możemy nawiązać dialogu z własnym wnętrzem. Niekiedy taką ślepotę i głuchotę nazywamy dążeniem do doskonałości, lecz nie tej, której od nas chce Bóg, ale tej, o której czytamy i słyszymy od innych. To, co należy, to wydobyć na jaw i podjąć otwartą walkę z lękiem i wątpliwościami względem Boga, jakie mnie podświadomie nurtowały.

Pierwszym zadaniem w pracy nad sobą winno być obserwowanie siebie i uzewnętrznianie wrażeń, odczuć, także poprzez łzy, przy których człowiek sobie wmawia, że nie powinien płakać i rozczulać się nad sobą. Patrząc ze spokojem na siebie, należy uświadamiać sobie swoje dawne, błędne, wzmocnione lękiem przekonanie, że moja twarz odzwierciedla całą brzydotę mojego wnętrza, że zapisane są na niej wszystkie moje grzechy. Niekiedy nie możemy zapomnieć tłumionego z wysiłkiem, fałszywego obrazu siebie, który ktoś w nas wtłoczył. To powoduje dodatkowe usztywnienie i trudność w kontakcie. Mówiąc o sobie, przed osobą przygotowaną do kierownictwa duchowego, możemy mieć wrażenie otwierania się wewnętrznego i porządkowania spraw. Zobaczmy, że wcześniej gdy mówiliśmy o sobie, automatycznie pojawiała się myśl samo potępiająca, za nią wina, grzech i strach /zajmujesz i męczysz innych sobą, nie powinnaś tyle mówić, to subiektywizm, narcyzm i inne rzeczy/.

Przyznając się przed sobą do lęku i odkrycie jego źródeł pozwala nam coraz bardziej na świadome podejmowanie zobowiązań, w wewnętrznej wolności, do której dorastamy powoli i stopniowo, akceptując ten proces. W trakcie mówienia, przypominamy sobie nasze życie, więzi rodzinne, koleżeńskie, zdobywanie wiedzy, zainteresowania. Patrzymy wówczas na siebie, jak na kogoś innego. Mówiąc, poznajemy coraz lepiej: co i jak oraz dlaczego uformowało nas takimi jacy jesteśmy teraz. Zaczynamy wówczas rozumieć wiele trudnych przeżyć z przeszłości, a rozumiejąc, nabieramy do nich dystansu i możemy się od nich uwalniać przez przebaczenie sobie i ludziom.

Każdy dzień przynosi coś nowego, a my, mówiąc o tym, wszystko porządkujemy, nazywamy, ujawniamy, wydobywamy z ukrycia, z jakiegoś chaosu. Poprzez nazwanie, nagłośnienie tego - rośnie w nas przekonanie, że możemy się zmienić, skoro bardzo chcemy. Dodaje nam to otuchy, wzmacnia również nadzieję. Możemy zauważyć konkretne owoce: więcej pogody ducha, mniej osądzania i kontrolowania innych, dążenie do tego, by raczej rozumieć, niż oskarżać. Zauważamy też, że wiele trudnych sytuacji danych jest po to, by czegoś się uczyć, a nie pogrążać się. Uświadamiamy sobie, jak wiele zależy od naszego osobistego spojrzenia, pozytywnego lub negatywnego nastawienia do sprawy, przy czym mamy prawo zarówno do jednego, jak i drugiego. Zaczynamy wówczas odróżniać grzech od zwykłego nieporozumienia, słabości, braku.

Potrzeba uczyć się patrzeć cieplej i jaśniej na siebie i innych. Doświadczamy, że możemy uważnie wpatrywać się, wsłuchiwać w daną sytuację i że ma ona nam wiele do powiedzenia, jeśli nie stosujemy „plastra emocji”, który uniemożliwia nam spokojne patrzenie, pouczającą obserwację. Nie możemy posiąść siebie, nie poznając siebie wcześniej. Potrzeba zacząć realnie oceniać swoje możliwości i nie wymagać od siebie tego, czego nie jesteśmy w stanie zrobić. W tym momencie nasza modlitwa staje się bardziej błaganiem i otwieraniem się na moc Bożą, niż wmawianiem Bogu, sobie i ludziom swoich nieograniczonych możliwości i heroicznych marzeń. Spokojnie, ale codziennie należy szukać Bożego oblicza.



Liczba wyświetleń strony: 10652842 * Liczba gości online: 30 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-18
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC