MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Od magii do wiary



Przeczytałem o grupie młodych ludzi, którzy porzucili pracę, wygodne domy i poszli do miejsc największej biedy, aby żyć z tymi ludźmi, których nawet nie znają. Czy to jest magia czy wiara? Przesąd czy kontakt z rzeczywistością ostateczną? Coś, czego należy się wystrzegać, czy raczej coś, do czego trzeba dążyć?

Pierwszym krokiem do wyjścia z magicznego świata jest odkrycie rzeczywistości obiektywnej. Wielu dojrzałych ludzi, cieszących się szacunkiem często traktuje Boga jako część samych siebie. Bóg jest czynnikiem, który znajduje się pod ręką w czasie choroby, jakiegoś wstrząsu, egzaminów końcowych i w każdej sytuacji, kiedy nie czujemy się bezpiecznie. Jeśli obecność Pana Boga okazuje się nieskuteczna, człowiek wchodzi w rytm narzekania a nawet płaczu. Wydaje się, że Bóg powinien być wygodną ramą dokładnie przylegającą do krawędzi mojego poczucia bezpieczeństwa. Wielki niepokój wywołany przez zewnętrzne lub wewnętrzne doświadczenia sprawia, że jesteśmy zmuszeni cofnąć się na ten poziom życia religijnego. Takie cofnięcie okazuje się być ratunkiem dla naszego życia wiary. Daje coś, co możemy uchwycić: medalik czy świecę. Może to być bardzo pomocna forma religijności, ale z pewnością nie jest to dojrzała wiara.

Drugim krokiem wyjścia z magii jest kształtowanie się mowy. Religia jest wypełniona, nasycona słowami. Długie litanie, powtarzane formuły modlitw odgrywają znaczącą rolę w wielu religiach. Wydaje się, że używanie słów bardzo często w wymiarze życia religijnego nie wykracza poza sferę magiczną. Czy coś z tego magicznego świata nie zostaje w nas, skoro czujemy, że możemy być zbawieni, jeśli tylko będziemy odmawiać codzienny Pacierz, albo trzy razy Zdrowaś Maryjo przed snem? Pokonanie tej magii słowa wydaje się być niezwykle trudne. Czujemy się bardzo dobrzy jeśli spełniamy swój obowiązek, mrucząc modlitwę przy stole, pośpiesznie przebiegając różaniec czy recytując brewiarz. Mówimy sobie: „Wykonałem to, czego chce ode mnie Bóg, a teraz kolej na Niego, żeby mi to wynagrodził”. Nasze modlitwy dają nam coś w rodzaju władzy nad Bogiem, zamiast nas wprowadzać w prawdziwy dialog.

Nie tylko życie na zewnątrz nas, ale i nasze życie wewnętrzne jest sprawą bardzo skomplikowaną. Poruszają nas niekiedy bardzo dziwne i niepokojące uczucia. Popychają nas wewnętrznie potrzeby, których nie rozumiemy. Przytłaczają nas uczucia ogromnej radości i szczęścia, że nie wiemy, co to oznacza. Stajemy się ofiarami żądzy śmierci, zabijania, ranienia czy niszczenia. Rozdzierają nas najbardziej sprzeczne uczucia i idee: miłość i nienawiść, pragnienie dawania i żądza brania. Niekiedy religię utożsamia się z czystością, schludnością, doskonałym życiem – a każde uczucie, które jakby rzucało czarne plamy na nasze białe prześcieradło, wydaje się antyreligijne i bardzo grzeszne. W takiej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na to, by mieć silne potrzeby seksualne, okrutne fantazje albo agresywne żądze. Religia mówi: Nie! Nie przeklinaj, nie kradnij, nie zabijaj, nie masturbuj się, nie plotkuj, nie, nie, nie… W naszym świecie uczuć z jednej strony czujemy się tak niepowtarzalni, a z drugiej bardzo samotni.

Tak często pragnęliśmy zrozumienia ze strony innych. Trudno nam było przedstawić siebie takimi, jakimi czuliśmy się w naszym wnętrzu. Jak wiele osób, również z tego powodu, nie było nam bliskich. Poczucie wstydu i winy często czyniło nas ludźmi strasznie samotnymi. Odczuwaliśmy, że jesteśmy hipokrytami, których nikt nie jest w stanie pokochać, jeśli się dowie, jakie myśli krążą nam „po głowie”, oraz jakie uczucia „rozrywają” nasze serce. Czyż nie czuliśmy w takich chwilach, że religia jest bardzo despotyczna, odległa od tego, czego doświadczamy? Wydawało się nam, a może i nadal takie odczucia nam towarzyszą, że jedynym sposobem rozwiązania konfliktu jaki w nas powstaje jest ucieczka od niego. Niektórzy nie mogą słuchać księży „podnoszących” głos na kazaniach, moralizujących o tym jak „trzeba”, „należy”, „powinni wszyscy” znajdujący się w świątyni postąpić. Są i tacy, którzy nie mogą wprost patrzeć na hipokrytów chodzących do kościoła. Inni zaś „odpadają” od praktyk religijnych powoli. Niektórzy decydują się na otwarty bunt.

Spotykamy tych, którzy nie chcą się przyznać do niszczenia w sobie ciemnej strony życia z którą, nie wiedząc co uczynić, rozprawiają się przez brutalne jej wypieranie i tłumienie. Zamierzają w ten sposób całkowicie sprawować nad sobą kontrolę: nigdy nie ulegać złym myślom, nigdy nie przeklinać, nigdy się nie upijać, nigdy nikogo nie zawieść. Chcemy zawsze być doskonali, święci i w pewien sposób zadowoleni z siebie. Nic nie zostawiamy Panu Bogu, aby mógł nas zbawić. Idziemy przez życie jakby usztywnieni wielkanocną świecą, surowi i napięci, zawsze w strachu, że coś może wymknąć się spod naszej perfekcyjnej kontroli. To jest sposób na zablokowanie w sobie religijnej dojrzałości. A przecież jest inne wyjście, które nazwiemy dojrzałością religijną. Wystarczy powiedzieć: „Boże, mam słabe strony, ale to nie czyni mnie „ofiarą losu”. Mam brzydkie myśli, ale nie jestem z tego powodu brzydalem”. Człowiekowi jest potrzebna świadomość, że musi tolerować chwasty, aby zebrać dobrą pszenicę. Gdybyśmy próbowali wyrwać wszystkie chwasty, moglibyśmy także niechcący wyciągnąć cenną pszenicę.

Człowiek który się nie wścieka ani się nie gniewa, nie może też namiętnie zaangażować się w nic pozytywnego. Człowiek, który nigdy nie traci panowania nad sobą, może w końcu nie mieć nic cennego, co mógłby stracić. Osoba, która nie zawodzi, rzadko się cieszy sobą. Człowiek nie ryzykujący, może nie upadnie, ale też nie odniesie sukcesu. Tak wielu osobom trudno uwierzyć w słowa Chrystusa: „Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników”.

Jaką funkcję spełnia dojrzała postawa wiary? Ona jednoczy. Poszczególne elementy ludzkiego życia składa w jedną, sensowną całość. Pokazuje nam coś, czego nie byliśmy w stanie zobaczyć wcześniej. To, co kiedyś, pojedynczo nie miało dla nas sensu, w perspektywie czasowej, z dystansu, zaczyna się układać w logiczną dla nas całość. Dojrzała wiara nadaje sens życiu, wskazuje kierunek zdążania, objawia nam cel i pokazuje zadania, które należy wykonać. Wiara, to taka rzeczywistość, która temu wszystkiemu co spotykamy nadaje nowy wymiar. Ona inspiruje nas do poszukiwań odpowiedzi na pytania, mobilizuje do stawiania pytań, których dotychczas w życiu nie stawialiśmy, ona wprowadza w klimat wątpliwości, które z jednaj strony budzą ciekawość, z drugiej zaś nadzieję na odkrycie tego, co jeszcze zakryte przed nami zakryte. Gdy jest wiara, to jest też realna podnieta aby własne życie potraktować twórczo. Wiara, to również możliwość zbierania się z innymi razem w taką rzeczywistość, którą nazywamy wspólnotą.



Liczba wyświetleń strony: 10652865 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-18
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC